poniedziałek, 24 kwietnia 2017

o'oh

o'oh
katie lamassu, serendipity, minimalizm

To musiał być maj, bo ulice pachniały bzem. Było bardzo ciepło, godzina popołudniowa. Siedziałam na schodach kamienicy trochę jakby w Bostonie, trochę jakby bliżej Gdańska, pod moimi ukochanymi dachami, jakby z Paryża. A były to dachy mojego W i ulica na literę k.
I choć w tamtym czasie wszystko było jakby, to właśnie wtedy czułam się po prostu dobrze.

Siedziałam na tych schodach, chyba na coś czekałam, choć całkiem możliwe jest, że siedziałam, dla samego aktu siedzenia przed kamienicą. Słuchałam szumu miasta i pomyślałam, że mam wszystko, bo nie mam nic. Całe moje bycie mogłam spakować do jednej walizki, nie miałam wymagań względem siebie i innych. Przyjmowałam to, co było i miałam tyle, ile mi potrzeba. A potrzebowałam niezbyt wiele.
Byłam wtedy dziewczyną w kolorowych skarpetkach, już dawno nie Gerdą i Królową Śniegu. Najcenniejszy był mój spokój i wewnętrzna radość, którymi otulałam innych. A innych było wtedy w okół mnie całkiem sporo. I jeszcze ten widok z okna wprost na dachy miasta i na wiecznie pusty czerwony fotel, z kamienicy na przeciwko, zamknięty w ramach okna, wyjęty żywcem z obrazów Hoopera.

To był maj, bo ulice pachniały bzem. Siedziałam na nagrzanych od słońca schodach. Uśmiechałam się i byłam szczęśliwa, bo wszystkiego było w odpowiedniej ilości i było to na swoim miejscu.

Psychologia mówi, że potrzeba 10 sekund, by móc przywołać emocje i uczucia z przeszłości i poczuć się tak samo, jak dawniej.
Ja mówię, że potrzebowałam ponad 10 lat, by zacząć znów zbliżać się do takiego stanu na poziomie emocji i mentalności.

Jeszcze trochę się złoszczę, że po drodze zgubiłam to, co miałam naturalnie, jakby w darze. Złoszczę się, że wypadło z walizki, że zostawiłam przez przypadek gdzieś, w którymś ze swoich tymczasowych miejsc, tak jak Muminka w wagonie pociągu na trasie Wrocław-Kołobrzeg.
Tego lata morze miało smutny odcień błękitu.

Jeszcze nie umiem się cieszyć, że wróciłam, znalazłam i ciągnę za sznurek od tamtego kłębka (choć coś czuję, że ten jest poprzetykany brokatową nitką), że wracam do rozbijania swoich codziennych piniat. Jak przez zegarmistrzowską lupę jeszcze szukam w tej stracie zysków i lekcji, które odrobiłam.

Ale chyba nie jestem aż tak daleko siebie, skoro sprzedając auto nie zastanawiam się, jak ma to wyglądać od strony prawnej, wiem natomiast, gdzie kupić tubę z confetti, którym obsypię samochód na pożegnanie.

Z zaniedbania, z pędu nawarstwiły się emocje, myśli, pragnienia. Odkładając jedne na drugie bez weryfikacji, zbudowałam wieżę przesytu, która nie potrzebowała żadnej siły wewnętrznej, by wprowadzić się w nerwowy ruch i chwiać się we wszystkich możliwych kierunkach.
Nie rozpoznawałam w niej siebie, radości, swoich potrzeb i pragnień.

Potrzebuję przestrzeni, powietrza, tych kilku rzeczy na wyciągnięcie ręki, których nie ma zbyt wiele. Wolnych przebiegów w głowie. Leniwie sunącego czasu. Ludzi, którzy chcą rozmawiać, odkrywać nowe, czerpać i dawać bez pozowania i egzaltacji. I mniejszej ilości słów.

Oczyściłam domową przestrzeń, oczyszczam głowę i nastroje.
Wyrzucam to, co nie moje, z czego już wyrosłam i do czego nie czuję nic. Rezygnuję ze wszystkiego, w czym nie dostrzegam dobra dla siebie. Zostawiam potrzebne minimum.

Minimalizm odmieniany jest przez wszystkie przypadki, formy, odcienie bieli i krój mebli.
Ja też go odmieniam. Przez zestaw swoich wartości, motywacji i przyzwyczajeń. Kroję go na własne potrzeby i stan umysłu. Mój minimalizm nie dotyczy sukienek i książek, tylko spokoju w głowie, autentyczności i umiaru w byciu, słuchaniu, mówieniu tyle, ile potrzeba.

Bo obok haseł: kupować mniej, posiadać mniej, mam ochotę dodać kolejne: mówić mniej.

Uwielbiam słowa. Mają ogromną moc. Kształtują naszą rzeczywistość, potrafią podnieść na duchu w najgorszy czas, natchnąć wiarą, dodać siły, sprawić, że czujemy się piękni, przenieść w inny świat. Mogą nas ponieść. Mogą nas ściągnąć w dół, zranić, mogą sprawić, że już nigdy nie będziemy chcieli usłyszeć ani słowa.

Nie lubię ich nadużywać. Nie lubię, gdy ludzie wkładają je w niewłaściwe miejsca i oczekują, że będą znaczyć coś innego. Przyparci słownikiem do muru machają z lekceważeniem ręką, że to tylko semantyka.

A przecież chyba znaczenie ma znaczenie?

Minimalizm w głowie, minimalizm w słowie. Jeśli masz coś do powiedzenia, powiedz to najprościej, jak się da. Bez wzniosłych słów na czynność niewzniosłą. Jeśli chcesz wiedzieć, jaką diagnozę postawił lekarz, to po prostu o to zapytaj, nie buduj konstrukcji czy udało ci się coś ustalić w kwestii twojego zdrowia? bo tracę ochotę na rozmowę i czuję się, jak w urzędzie.

Mój minimalizm to prosty przekaz, bez podszewki z intencji i oczekiwanych reakcji.
Mój minimalizm to rozwijanie i rozszerzanie przez ograniczanie, odsiewanie. To moje pozwolenie, by odeszło wszystko to, co  rozprasza i odciąga od tego, co jest dla mnie ważne.
Paradoksalnie przez to pozbywanie się, mam więcej. To jak rozciąganie mięśni, w których zaczynasz czuć ciepło, w których robi się więcej miejsca, jesteś więc silniejszy i pełen energii.

Nastrajam się na własną melodię. Jedną z tych żywych, wesołych, ale niezbyt skocznych. Z tekstem, który zastanowi i da nadzieję. Nieprzegadanym.
I coraz bliżej mi do tej dziewczyny ze schodów.

Z rzeczy ważnych w porannej codzienności, prócz przygotowania M-ce pożywnego śniadania do szkoły z liścikiem, zakropleniu kotu oczu, najważniejsze staje się zbudowanie pewności, że jestem wystarczająca.

środa, 12 kwietnia 2017

no more drama

no more drama
katie lamassu serendipity

Ciepło na twarzy od promienia, które rozłożyło się plackiem na moim policzku, zaraz potem, gdy prześlizgnęło się przez niezasłoniętą roletę, wybudziło mnie ze snu, którego jakby nie było wcale. 
Przeciągnęłam się, otworzyłam oczy i poczułam lekkość.
Zdecydowanie tą nieznośną.

To był ten dzień, gdy w pościeli w kwiaty obudziłam się sama. 
Zostawiła mnie moja własna osobowość. 

Gdzieś tam w tłumie zwanym społeczeństwem ktoś, komu wydawało się, że jest Alfą i Omegą, przyczepił mi do pleców naklejkę z napisem “nie pasuje”. Nie przejęłam się tym zbytnio. Potem minęły dwie dekady i zaczęłam zastanawiać się, czy może ona jeszcze tam jest? Wydawało mi się, że czuję ją na wysokości lewej łopatki i wtedy jednak trochę się przejęłam. 
Z Piosenką Młodych Wioślarzy w głowie stwierdziłam, że jak nie, skoro tak. Zwyczajnie posiałam gdzieś drogę do przynależności. 

Szukałam na prawo i lewo, z głową spuszczoną w dół i zadartą do góry, w testach o talentach, osobowościach. Wszystko po to, żeby nazwać każdą część siebie i widzieć, w który układ się wpasować. Testowałam aktywności, stawiałam sobie cele (wbrew sobie, bo zawsze po prostu żyłam i robiłam to, co czułam), stworzyłam plany, frustrowałam się, że ich nie realizuję, obserwowałam innych, wyciągałam (mylne) wnioski, na ich podstawie budowałam karkołomne tezy, by szukać ich potwierdzenia w przypadkach, tak jak pies swojego właściciela w tłumie. Odmierzałam centymetrem, jak bardzo odstaję od reszty, analizując miesięczny przyrost odstawania w stosunku do relacji społecznych i stwierdzałam, że czasami się zwyczajnie nie mieszczę. A gdy w parę miejsc się wpasowałam, to jednak mi to nie pasowało. Nie bardzo wiedziałam czemu, bo w chwilach, gdy machałam sama do siebie, że coś jest nie halo, sama sobie odkrzykiwałam w pędzie, że spoko, bo przecież ja się rozwijam. 

A przecież rozwój to nie tylko nowe rzeczy, umiejętności, doklejanie kolejnych znaczków do kolorowej książeczki. I przecież nie zależało mi nigdy na rozwoju odmierzanym w zewnętrznych punktach, tylko na tym do wewnątrz i zawsze mnie dziwiły jakieś słowa uznania, bo nie taki był cel ani półśrodek. Zawsze chodziło tylko o to, aby wzrastać. Rozwijać siebie z pasją i wewnętrzną zgodą.

I owszem, odstaję. Na klasowych zdjęciach zawsze stoję w ostatnim rzędzie z chłopakami, przez co od razu łatwo mnie znaleźć. Serwowałam najdalej i skakałam najwyżej do bloków, a przez najdłuższe nogi kazano mi biegać w zawodach. Pisałam najdłuższe wypracowania i pamiętałam najwięcej szczegółów. Nie wypowiadałam się na każdy temat, więc ludzie liczyli się z moim zdaniem. Nie byłam najgłośniejszą dziewczyną na imprezach, więc koło mnie było najwięcej tych, którzy cenili wartości, chcieli spokoju i normalności. Ale śmiałam się najgłośniej zarażając tym śmiechem innych. A gdy chciałam wejść w butach na obcasie na drzewo w środku miasta, wskoczyć nocą do jeziora, czy bawić się na wiejskiej drodze nocą w cienie, zwinąć z latarni festiwalową flagę - to po prostu to robiłam, bez badania głosu opinii publicznej. I ta normalność, pierwiastek szaleństwa, radość, spokój i zrozumienie i kilka innych spraw to jest to coś, co dla wielu czyni mnie extraordinary. Odstaję i jest to moje odstawanie, jedyne w swoim rodzaju. I jak ja mogłam o tym chcieć zapomnieć?

Na kilka dni ukradnę światu siebie samą. Zakończę sprawy z wielokropkami i średnikami. Nie stworzę nowych planów. Nie dam się rozproszyć przypadkowym podmuchom, nic nie znaczącym zawirowaniom z zewnątrz. Nie będę przygarniać każdej nowej możliwości, znajomości, bo po prostu przyszła, jeśli nie ma dla niej miejsca w mojej przestrzeni. Teraz wezmę to, co mam, nawet jeśli jest tego niezbyt wiele. Na sam początek to w zupełności wystarczy. 

Zdecydowanie nie chcę, aby moje życie było jedynie reakcją na to, co mi się przydarza. 
Czasami jednak mam wrażenie, że wszystko mnie mija, przelatuje obok mnie szybko, jak miasto w 2 become 1 u Spice Girls - z tymże ja jestem lepiej pomalowana i ubrana. Bo włosy, to wiadomo, że mam zawsze rozczochrane.

Tak w zasadzie dostajemy tylko to jedno życie (a nawet, jeśli jest to któreś z kolei, to i tak tego nie pamiętamy). Może na koniec dadzą nam płytę z 10 Top Stories naszego bycia i bardzo nie chciałabym, aby wśród nich był kadr z teledysku SG.

Słodka beza na talerzu, ciepło w uśmiechu, za którym tęsknię i to jedno zdanie na koniec mojej relacji z minionych miesięcy, jak ten neon nad głowami: masz dobre życie.
No, cholera mam. Czas nim znów żyć. 

Serendipity, Katie!


środa, 5 kwietnia 2017

zwykłe czary wieją

zwykłe czary wieją
red, katie lamassu, serendipity

Okazało się, że wzór na moje dobre samopoczucie i uśmiech od ucha do ucha jest banalnie prosty. Wystarczy słońce na twarzy, ciepły wiatr biegający pomiędzy moimi włosami, gdy idę w rytm własnego soundtracku, który płynie ze słuchawek. Daję słowo, zatrzymują się na mnie także kobiece spojrzenia. 

Chodzę wyprostowana i rytmicznie, więc już chociażby dlatego, w głowie mi się robi lepiej. Zachwyca mnie wszystko i odmachuję każdej szkolnej grupie, która stoi na przystankach. Uśmiecham się do wewnątrz, więc na zewnątrz wysyłam spokój, który udziela się innym. 

I uwielbiam ten czas, kiedy staje się wiosna. Tak po prostu, bez zbędnych ceregieli, puszcza pąki, obsypuje się kwieciem. Po prostu robi swoje. Mogłoby się wydawać, że ona tak z dnia na dzień, przeciąga się rano i myśli, że ma gest, więc sypnie i tu i tam żółtymi główkami żonkili, uwije kilka gniazd nad głową i wybierze listkom najzieleńszą ze wszystkich swoich zieleni. Ale to tylko pozory, to ten cały niewidzialny proces, ta ciężka praca pod korą i ziemią, to wewnętrzne pulsowanie i buzowanie, walka i pragnienie każdego słonecznego promienia.

I tak samo mogłoby się wydawać, że ten wzór na mnie tak banalny, ten sprężysty krok i uśmiech na twarzy, są ot tak, po prostu. Bo słońce, bo muzyka, bo wiatr i ptaków śpiew. Ale kto mnie zna choć jedną warstwę głębiej niż z tej z pogawędki przy ekspresie do kawy, ten wie, że nie taki prosty ze mnie wielomian. Bo słońce, muzyka, wiatr i ptaków śpiew to pęczek marchewek do ciężkiej pracy każdego dnia z marazmem, demotywacją, pulsowaniem, podawaniem w wątpliwość i buzowaniem niekoniecznie tego, co we mnie najlepsze.

Kiedyś mawiałam, że noszę ciężkie buty, bo dzięki temu unoszę się nad ziemią tylko kilka centymetrów, co pozwala zachować mi jednocześnie dystans i mieć zdrowy ogląd sytuacji. A dzisiaj czuję bardzo dokładnie strukturę brukowych kostek. Dzisiaj widzę, że z każdą szpilką wbijaną sobie samej, bo znów za mało, bo znów nie tak, bo to, bo to nie stawałam się zbyt poważna, zbyt mocno przywierając do ziemi, a cała moja radość ulatywała ze mnie, jak powietrze z balonika.

Myślę, że około 30tki nadchodzi taki moment, gdy ludzie mówią sobie “ogarnij się”. Biorą się w garść i idą po swoje. Ja wtedy nie musiałam, bo ogarnęłam się chwilę wcześniej i byłam w czymś na kształt eudajmonii. A potem się wszystko rozsypało, więc starałam się to zbierać, podtrzymywać, budować i chyba właśnie teraz zbliżyłam się do tego momentu, gdy trzeba potrząsnąć sobą, jak śniegową kulą i zobaczyć z czym można ruszyć dalej. 

Wiosennie mówię: dość odbijając się od gruntu. W ramach wiosennych porządków wykurzam z siebie wkurzenie na pół świata i całą mnie, odświeżam pomysły na siebie, wymieniam zużyte schematy, sieję pozytywne myśli na cały dzień. A gdy wiosenną burzą zmarszczę brew, to nie rzucam w siebie gradem wyrzutów sumienia. Na wiosnę buduję nawyk myślenia o plusach i trenuję umysł książkami, odchudzam tę część siebie, która ciągnie mnie w dół.

To te proste prawdy, jak pierwszy śnieg w zimie, pierwsze kwiaty i śpiew ptaków na wiosnę. Jak te pocałunki nastolatków na parkowych ławkach, zwykła życzliwość, poranny łyk zimnej wody i zapach kwiatów z drzew wpadający przez okno. To wino pite z absurdalnie dużych kieliszków i mruczenie kota nad ranem. To m-kowe jesteś moim robakiem przed zaśnięciem i odgłos zanurzania łyżeczki w kubełku z lodami. To ulubione dźwięki na rozbudzenie i odkrywanie nowych. To dobre rozmowy, na które się czekało, choć niedosłownie, które ściągają z pleców ciężar wyobrażeń i własnych surrealistycznych filmów. To magnolie szalejące po całym mieście i poczucie akceptacji. 

Marzec to był taki miesiąc, w którym możliwe było wszystko: zimowe kozaki i krótkie spodenki obok siebie na siedzeniach w autobusie. Cudowny nastrój i odizolowanie od świata na cały dzień. Ciągłe dychotomie i to poczucie, że jesz, ale wciąż masz niedosyt, bo tak naprawdę masz ochotę na coś innego. 
W kwiecień weszłam z myślą, że będę dla siebie dobra na wiosnę. Sama do siebie mówię: Kaś, ogarnij się. I postaraj się w tym wytrwać chociaż do zimy. A potem to już będzie z górki . Jak na sankach.

Może pamiętacie, jak z bajkowych postaci przez jakiś czas byłam Gerdą w czerwonych bucikach, by potem stać się niezauważalnie Królową Śniegu dla siebie samej? Skoro już poruszamy się w banałach, to dziś jestem Elzą, choć jeszcze w ukryciu i strachu przed tym, co potrafię.

Lubią mnie zimowe opowieści. Zwłaszcza na wiosnę.

niedziela, 26 marca 2017

little earthquakes

little earthquakes


Książka; tulipan, serendipity, kasia lamassu
Józef  Hałas, Notatki z pracowni

Zawijam każdą z myśli na supeł, by o niej nie zapomnieć. Dlatego głowę mam poplątaną, zasupłaną i utknęłam w gąszczu zbitych pakuł nawet nie wiem czego. 
W marcu, jak w garncu jest nie bez przyczyny.

Są takie chwile, gdy wydaje mi się, że dzień trwa miliony godzin i nigdy się nie skończy. Dlatego w tramwajach wybieram najbardziej nasłonecznione miejsca i się w nich grzeję. I są to jedyne momenty stałości, spójności i dobra. Łapię się na tym, że każdego dnia w swojej rzeczywistości jestem przelotem. 

Niesprawiedliwość jest tym wyrazem, którego nie jestem w stanie opisać żadnym znanym mi słowem. Potrafię za to poczuć je każdą komórką mojego ciała, każdym nerwem i emocją. 

Słaba jestem w konfrontacjach, bezbronna w poczuciu, że moje słowa, intencje odbierane są tak bardzo skrajnie od tego, co czuję. O ile w ogóle.    
Każdego dnia staję się na nowo, każdego dnia buduję konstrukcję samej siebie, taką, która nie rozpadnie się nim zaciągnę wieczorem zasłony w bezpiecznej ramie swojego okna. 

A rzeczywistość lubi mnie testować. Sprawdza, ile uniosę, ile razy zachowam dobrą minę do nie swojej gry, komu pozwolę przekroczyć granice i ile małych trzęsień ziemi przeskanuje mój cały środek w ciągu dnia. 

Gdyby moje wnętrze mogło być obrazem, to byłoby obrazem Hałasa. Jednym z tych turkusowo-niebieskich z ciemną, pionową smugą pośrodku. Jednym z tych, których nie namalował. 

Jestem pewna, że właśnie tak wyglądam wewnątrz. 

Copyright © 2014 serendipity , Blogger