poniedziałek, 12 czerwca 2017

inside the lines

inside the lines
lamassu katie biurko rysunek

- Co słychać?
- W zasadzie, to niewiele - odpowiadam i czuję, że kłamię.

Obiektywnie niewiele: chodzę do pracy, wracam do domu, robię zakupy, spędzam czas z M-ką, oglądam seriale, rozmawiam ze znajomymi, czytam. Dużo piorę. 
Znowu chodzę w sandałach i znowu miasto pachnie kwiatami. Znowu się uśmiecham tak po prostu i znowu zaczęła mnie cieszyć jazda samochodem. Znowu głośno śpiewam i tańczę. 

I uczę się odpuszczać. Zajmować jedną rzeczą na raz. Zarządzanie kalendarzem polega na jego czyszczeniu, a nie uzupełnianiu. 
I pod tą warstwą, że dzieje się niezbyt wiele, jest ukryta cała prawda, o tych wszystkich procesach pod skórą, bo tam toczy się życie, tam jest ciągły ruch, tam dzieje się bardzo dużo. Trzeba to wyciszać.  

Paradoksalnie, po drugiej stronie milknę i się kurczę, drgam każdym swym konturem i mięśniem. A w brzuchu, tuż przed świtem, od lewa do prawa, toczy się fioletowo-rubinowa kula z miliardem parzydełek, które nieprzyjemnie gilgoczą mnie od środka. I wciąż to nieznośne poczucie, że w oczach innych widać mnie mniej. 

Rosną stosy książek i skracają się zdania pisane w głowie do kropki, która w tej sytuacji nie ma żadnej racji bytu. Wykrzywiają się linie kadrów,  poszerzają horyzonty a Gallup snuje baśnie z tysiąca i jednego spełnienia.

Poranki bulgoczą czarnym płynem w kawiarce, pod oknem banda szpaków dziobie w ziemi. M-ka chciałaby trochę dłużej pospać, a ja zastanawiam się, co tam - tak naprawdę - dobija się we mnie?

poniedziałek, 15 maja 2017

be still, my soul

be still, my soul
serendipity, katie lamassu, deszcz, klasy

Składam się z małych chwil. Z zapachu żywicy, mroźnego powietrza od resztek śniegu leżącego w górach. Składam się głębokiego oddechu, aż do pępka, na szczycie. Składam się z widoku rzepakowych pól i szybkiej jazdy samochodem poza miastem. Jestem w dzwonkach mijających mnie rowerów, stukocie klawiatury pod opuszkami palców, kadrem zdjętym z rzeczywistości. Składam się z zapachu powietrza przed burzą i bzów po wiosennej ulewie. 
I składam się z waszych historii, zwątpień, radości i strachów. Waszych zasłuchań w piosenki, zagiętych rogów książek w miejscach istotnych, zapatrzeń i gestów. Jestem waszymi krokami, które rozpoznaję przed zakrętem, przeczuciami, które po obu stronach każą chwycić za telefon. I jestem tymi światami, które otwieracie we mnie swoją obecnością. 
Składam się też z ciężkich kołder, pod którymi chowam się zbyt często, z kawy bez której nie mam głowy do kontekstów, z listka tabletek na ogólne rozbicie, kłębka nerwów pod skórą i worka połamanych drogowskazów. 

Byłam na szkoleniu z kaizen i cały czas myślałam o życiu. O swoich codziennych mudach. 
O tym, że ze wszystkich dostępnych dróg zawsze wybieram te najtrudniejsze. O tym, że nie mówię, tylko kiszę, jak ogórki w słoikach, których nikt później nie otwiera. O tym, że nadal jestem tą 16latką, która swój bunt i niezgodę wyrazi mocniejszą kreską na powiece. O tym, że tak naprawdę, to wcale nie jest ważne. O tym, że gnam czasem na oślep, jakby tylko ruch i działanie potwierdzały moje bycie.

W końcu wyszło słońce, na które czekałam z utęsknieniem. W słuchawkach tak bardzo deszczowe The Cure. Tak idealnie wypełniło wnętrze. 

To nie jest źle, że myślisz o innych, za dużo jest tych, co rozpychają się łokciami. 
Ty jesteś dobra i to nie jest złe. 

Kiedy idę z parkingu do bramy, garstka dzieciaków krzyczy do mnie dzień dobry. Sąsiedzi zagadują o pogodę, kurtkę, rozliczenie wody i ostatni wyjazd za miasto. Dzwonki domofonów wyciągają M-kę na podwórko lub przyprowadzają koleżanki. Mam swoje umowne miejsce parkingowe, skrzynkę na listy i miejsce na zepsuty rower. Mam swoje miejsce, które mnie przyjęło. 

Dziś rozpycham się łokciami we własnym życiu. Dopycham się do siebie samej. Do punktu zaczepienia. 

Dziś zaczynam składać siebie z tego wszystkiego, co składa się na mnie. I nie mam pojęcia, co mi wyjdzie z tej układanki. 

Ale co też takiego może się stać?
Nic. 
Można tylko stać się wolnym. 



czwartek, 4 maja 2017

our corner of the universe

our corner of the universe
stopy; m-ka; katie lamassu



M-ka przemierza już sama cały dziedziniec szkolny, robiąc co chwila obrót i machając w moją stronę. Dobrze znam swoje geny w niej zatopione, dlatego wiem, że w tych chwilach czuje się niezwykle dorośle i odgrywa właśnie w głowie scenę z kolejnego filmu, w którym jest scenarzystą, reżyserem i odtwórczynią głównej roli. 

Gdy pędzelkiem rozprowadzam kolor na płytce paznokcia, gdy biorę zalotkę w dłoń i gdy zwijam rajstopy przed wsunięciem w nie stopy, widzę ten wszechświat w jej oczach, który tak dobrze znam ze swojego dzieciństwa. Tak samo patrzyłam na moją mamę i babcię przy tych codziennych, prozaicznych czynnościach. To jest  element magii, odkrywanie kobiecości, jeden z tych momentów, w których myślisz, że jak dorośniesz, to chcesz tak samo. 

Podobno, gdy zaczynam o niej mówić, to uśmiecham się całą sobą. Śmieją się moje usta, oczy, końcówki włosów i odruchowo uśmiechają się wszyscy obok. Bo M-ka to jest uśmiech, od dwóch kresek na kawałku plastiku, ziemniaka na USG (bo M-ka nigdy nie była fasolką), uśmiechniętą blizną po niej na mym brzuchu poprzez wszystkie minuty, godziny, dni i lata. 

Za kilka lat naturalnie zacznie się oddalać.  By nazwać siebie, zaneguje wszystko, w czym będzie przypominać mnie. Potem wróci. Na razie unosi się nad podłogą z bałaganem we włosach, tysiącem twórczych pomysłów, których nie ma kiedy zrealizować i ja wiem, że to muśnięcie po mnie. Kiedy siadam, kładzie głowę na moich kolanach i zamyka oczy. Gdy idziemy chodnikiem wsuwa swoją dłoń w moją. Prowadzi swą codzienną manufakturę rysunków tylko dla mnie. Czyta mi bajki. 

Czasu dla M-ki nie liczę, nie wydzielam, nie rozpraszam. Marnujemy go razem, leżąc na trawie i czytając chmury, rysując podwodne światy i rzucając kamieniami przed siebie, która dalej. Czytamy sobie na głos, przytulamy się w ciszy patrząc na drzewo za oknem, malujemy kamienie, tańczymy w kuchni, gniazdujemy. Robimy zdjęcia naszych stóp, piszemy wspólny dziennik i oglądamy dużo filmów zajadając się popcornem. Śpiewamy w głos, śmiejemy się aż po bóle brzuchów i nie rozczesujemy włosów.

Gdy się na siebie zezłościmy, to jest nam tak bardzo przykro, że płaczemy ściskając się, aż któraś z nas powie, żeby nie beczeć. A potem jemy dużo lodów i spotykamy się w połowie drogi z naszymi silnymi charakterami. 

Bycie mamą, to jedyny taki stan, w którym potrafię wybaczyć sobie własne błędy. Do których przyznaję się na głos bez mrugnięcia okiem. Jedyny obszar, w którym mogę bez wahania powiedzieć, że sobie radzę, nawet, gdy się mylę. 
Ósmy z kolei tort, był najsmaczniejszy i najładniejszy do tej pory. Idealne proporcje doświadczenia i spokoju, miłości i wiary we własny osąd. Bo ja też dorastam, dojrzewam, uczę się i odkrywam. Wyluzowałam. 

Być może jestem osobą, która cieszy się na majówkę najbardziej na świecie, choć od tylu lat nigdzie nie wyjeżdżam, bo wyprawiam urodzinowe przyjęcia. Początek maja już zawsze będzie miał jej zapach, a maj pozostanie najjaśniejszym ze wszystkich miesięcy. Z każdym zdmuchnięciem kolejnej świeczki, wraca do mnie jej pierwszy krzyk tuż przed północą, pierwszy dotyk jej skóry, ciepło jej ciała na moim i pierwszy raz, gdy jej zapach przeszedł przez moje nozdrza. I ten stan, gdy po prostu wiesz, co jest w życiu ważne, że wszystko jest na swoim miejscu.

M-ka powoli wyrusza w swój świat. I tak, jak w drodze przez ten dziedziniec szkolny, co jakiś czas odwraca się i macha do mnie z uśmiechem.
Odmachuję spokojna. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

o'oh

o'oh
katie lamassu, serendipity, minimalizm

To musiał być maj, bo ulice pachniały bzem. Było bardzo ciepło, godzina popołudniowa. Siedziałam na schodach kamienicy trochę jakby w Bostonie, trochę jakby bliżej Gdańska, pod moimi ukochanymi dachami, jakby z Paryża. A były to dachy mojego W i ulica na literę k.
I choć w tamtym czasie wszystko było jakby, to właśnie wtedy czułam się po prostu dobrze.

Siedziałam na tych schodach, chyba na coś czekałam, choć całkiem możliwe jest, że siedziałam, dla samego aktu siedzenia przed kamienicą. Słuchałam szumu miasta i pomyślałam, że mam wszystko, bo nie mam nic. Całe moje bycie mogłam spakować do jednej walizki, nie miałam wymagań względem siebie i innych. Przyjmowałam to, co było i miałam tyle, ile mi potrzeba. A potrzebowałam niezbyt wiele.
Byłam wtedy dziewczyną w kolorowych skarpetkach, już dawno nie Gerdą i Królową Śniegu. Najcenniejszy był mój spokój i wewnętrzna radość, którymi otulałam innych. A innych było wtedy w okół mnie całkiem sporo. I jeszcze ten widok z okna wprost na dachy miasta i na wiecznie pusty czerwony fotel, z kamienicy na przeciwko, zamknięty w ramach okna, wyjęty żywcem z obrazów Hoopera.

To był maj, bo ulice pachniały bzem. Siedziałam na nagrzanych od słońca schodach. Uśmiechałam się i byłam szczęśliwa, bo wszystkiego było w odpowiedniej ilości i było to na swoim miejscu.

Psychologia mówi, że potrzeba 10 sekund, by móc przywołać emocje i uczucia z przeszłości i poczuć się tak samo, jak dawniej.
Ja mówię, że potrzebowałam ponad 10 lat, by zacząć znów zbliżać się do takiego stanu na poziomie emocji i mentalności.

Jeszcze trochę się złoszczę, że po drodze zgubiłam to, co miałam naturalnie, jakby w darze. Złoszczę się, że wypadło z walizki, że zostawiłam przez przypadek gdzieś, w którymś ze swoich tymczasowych miejsc, tak jak Muminka w wagonie pociągu na trasie Wrocław-Kołobrzeg.
Tego lata morze miało smutny odcień błękitu.

Jeszcze nie umiem się cieszyć, że wróciłam, znalazłam i ciągnę za sznurek od tamtego kłębka (choć coś czuję, że ten jest poprzetykany brokatową nitką), że wracam do rozbijania swoich codziennych piniat. Jak przez zegarmistrzowską lupę jeszcze szukam w tej stracie zysków i lekcji, które odrobiłam.

Ale chyba nie jestem aż tak daleko siebie, skoro sprzedając auto nie zastanawiam się, jak ma to wyglądać od strony prawnej, wiem natomiast, gdzie kupić tubę z confetti, którym obsypię samochód na pożegnanie.

Z zaniedbania, z pędu nawarstwiły się emocje, myśli, pragnienia. Odkładając jedne na drugie bez weryfikacji, zbudowałam wieżę przesytu, która nie potrzebowała żadnej siły wewnętrznej, by wprowadzić się w nerwowy ruch i chwiać się we wszystkich możliwych kierunkach.
Nie rozpoznawałam w niej siebie, radości, swoich potrzeb i pragnień.

Potrzebuję przestrzeni, powietrza, tych kilku rzeczy na wyciągnięcie ręki, których nie ma zbyt wiele. Wolnych przebiegów w głowie. Leniwie sunącego czasu. Ludzi, którzy chcą rozmawiać, odkrywać nowe, czerpać i dawać bez pozowania i egzaltacji. I mniejszej ilości słów.

Oczyściłam domową przestrzeń, oczyszczam głowę i nastroje.
Wyrzucam to, co nie moje, z czego już wyrosłam i do czego nie czuję nic. Rezygnuję ze wszystkiego, w czym nie dostrzegam dobra dla siebie. Zostawiam potrzebne minimum.

Minimalizm odmieniany jest przez wszystkie przypadki, formy, odcienie bieli i krój mebli.
Ja też go odmieniam. Przez zestaw swoich wartości, motywacji i przyzwyczajeń. Kroję go na własne potrzeby i stan umysłu. Mój minimalizm nie dotyczy sukienek i książek, tylko spokoju w głowie, autentyczności i umiaru w byciu, słuchaniu, mówieniu tyle, ile potrzeba.

Bo obok haseł: kupować mniej, posiadać mniej, mam ochotę dodać kolejne: mówić mniej.

Uwielbiam słowa. Mają ogromną moc. Kształtują naszą rzeczywistość, potrafią podnieść na duchu w najgorszy czas, natchnąć wiarą, dodać siły, sprawić, że czujemy się piękni, przenieść w inny świat. Mogą nas ponieść. Mogą nas ściągnąć w dół, zranić, mogą sprawić, że już nigdy nie będziemy chcieli usłyszeć ani słowa.

Nie lubię ich nadużywać. Nie lubię, gdy ludzie wkładają je w niewłaściwe miejsca i oczekują, że będą znaczyć coś innego. Przyparci słownikiem do muru machają z lekceważeniem ręką, że to tylko semantyka.

A przecież chyba znaczenie ma znaczenie?

Minimalizm w głowie, minimalizm w słowie. Jeśli masz coś do powiedzenia, powiedz to najprościej, jak się da. Bez wzniosłych słów na czynność niewzniosłą. Jeśli chcesz wiedzieć, jaką diagnozę postawił lekarz, to po prostu o to zapytaj, nie buduj konstrukcji czy udało ci się coś ustalić w kwestii twojego zdrowia? bo tracę ochotę na rozmowę i czuję się, jak w urzędzie.

Mój minimalizm to prosty przekaz, bez podszewki z intencji i oczekiwanych reakcji.
Mój minimalizm to rozwijanie i rozszerzanie przez ograniczanie, odsiewanie. To moje pozwolenie, by odeszło wszystko to, co  rozprasza i odciąga od tego, co jest dla mnie ważne.
Paradoksalnie przez to pozbywanie się, mam więcej. To jak rozciąganie mięśni, w których zaczynasz czuć ciepło, w których robi się więcej miejsca, jesteś więc silniejszy i pełen energii.

Nastrajam się na własną melodię. Jedną z tych żywych, wesołych, ale niezbyt skocznych. Z tekstem, który zastanowi i da nadzieję. Nieprzegadanym.
I coraz bliżej mi do tej dziewczyny ze schodów.

Z rzeczy ważnych w porannej codzienności, prócz przygotowania M-ce pożywnego śniadania do szkoły z liścikiem, zakropleniu kotu oczu, najważniejsze staje się zbudowanie pewności, że jestem wystarczająca.

Copyright © 2014 serendipity , Blogger