wtorek, 14 marca 2017

into the great wide open

into the great wide open
katie lamassu, serendipity; introwertyzm


Nie czułam się inna. Nikt też nie kazał mi się zmieniać, nikt nie mówił, że inne dzieci to… Szanowano moje granice, moją przestrzeń, więc rozwijałam się w poczuciu, że każdy może być takim, jakim jest. 
Druga strona jest też taka, że nigdy się nie wychylałam. No może tylko wtedy, gdy ktoś niesłusznie oskarżył K. o zburzenie zamku z klocków. I wtedy, gdy dwie najpopularniejsze dziewczynki w grupie dokuczały A. lub gdy nauczyciel wyrzucił Ł. z klasy, kompletnie bez sensu. I jeszcze w paru innych sprawach. Jedynie niesprawiedliwość miała (i nadal ma) tę moc, by uczynić mój głos silnym i wypchnąć mnie przed szereg. 

Potem świat stał się trochę większy niż moje mieszkanie, podwórko i szkolna sala. 
Było trochę więcej ludzi niż rodzina i koleżanki od zawsze. 
Było trochę zdarzeń, gdy wymagano ode mnie czegoś, co do mnie nie pasowało. I byłam jeszcze bardziej z boku. Zazwyczaj było mi z tym dobrze, ale czasami myślałam, że inni to… i pytałam, dlaczego i ja tak nie umiem? I myślałam, że to mega proste udzielić odpowiedzi przed całą klasą, skoro tylko ja wiedziałam, jaka jest. Ogłosić, tym których znam, że piszę i robię zdjęcia, skoro anonimowi mi ludzie tak bardzo to doceniają (nigdy nie przestanę być Wam za to wdzięczna). Powiedzieć, co myślę. Nie zgodzić się z nurtem, z którym płyną inni. Wrzucić kilkanaście nic nie mówiących zdjęć na FB, oznaczyć się w kilkunastu miejscach, w których bywam i wyrażać swoje zdanie, tylko dlatego, że je mam. Kupić tę czerwoną marynarkę, przez którą będą się gapić, bo przecież ja zawsze ubieram się na czarno (zwłaszcza wtedy, gdy na biało). 

No i nie, nie jest mega proste. 
Bo głos więźnie w gardle i jest zbyt cichy. Bo kiepska jestem w konfrontacjach, bo nigdy nie uczono mnie, że swoje racje się udowadnia, raczej, że każdy ma swoją i że to spoko, że zawsze można się wymienić jakimś poglądem, myślą, wiedzą i że można się nie zgodzić i żyć dalej w peace and love i jak mawiał Dylan McKay żyć i dać żyć innym.  Bo wrzucenie głupiego zdjęcia może i jest proste, ale jakoś tak cholernie gniecie, bo nie jest moje i pociąga za sobą sznurki interpretacji zahaczające o katastrofizm. Bo gubię się, gdy słyszę: o, czerwona marynarka. Bo jestem typem osoby, którą dziwi zderzenie własnych myśli z rzeczywistością. Bo jestem rozproszona w kilkunastu swoich wewnętrznych światach. Bo śnię warszawskie podwórka, które tak naprawdę są hawańskimi studniami, małymi i wąskimi, obwieszonymi roślinami. Śnię opuszczone, najwyższe dachy miast, z których widzę, jak budują most, na którym już stoją ogromne lunety na widok, którego nie ma. I zawsze, gdy się budzę, to myślę, że jest to prawda. Bo mniej chętnie pracuję z ludźmi, którzy piszą niedbałe i niegramatyczne maile. Bo większość sytuacji, w których znajduję się każdego dnia, sprawia mi wewnętrzny ból, co wiążę mi język i zastyga ciałem. 

Bo jestem nieśmiałym, wątpiącym w siebie introwertykiem. 
Co jest niezwykle pięknym ale jednocześnie niezwykle upierdliwym i kompletnie nieżyciowym połączeniem. 

W swoim niedostosowaniu, niezrozumieniu zamykałam się jeszcze bardziej. Stworzyłam swój bezpieczny świat z tymi, co przy mnie ramię w ramię. Tak, aby nic z tego, co na zewnątrz nie mogło nas dosięgnąć. 
A w międzyczasie było mi niezmiernie ciężko. Bo najbardziej pechowe jest to, że jestem uważana, za duszę towarzystwa. I jestem tą, która skleja ludzi. Między towarzyszeniem i klejeniem odchorowywałam wieczorami i dosłownie kuliłam się rano pod kołdrą. Płakałam po kątach i krzyczałam cała w środku. Na jednym z warsztatów w Utrechcie, gdy myślałam, że już nie dam rady, ktoś podrzucił mi tytuł Ciszej proszę. Nie zdążyłam jeszcze wypakować walizki po powrocie, a już pobiegłam kupić tę książkę. I poczułam się lepiej. Przez jeden cały piękny rok, czułam się lepiej. Nie myślałam, już, że inni to... 

Przypomniałam sobie to piękno, tę przestrzeń, ten spokój, które we mnie zawsze były i polubiłam się na nowo. Każdy jednak wie, że kij ma dwa końce i tak samo było w tym przypadku. Bo gdy przypomniałam sobie, że bycie wycofanym to nic złego, gdy uwierzyłam, że nie muszę się do niczego zmuszać, że mogę pozostać w swojej strefie komfortu, to zaczęłam dziczeć jeszcze bardziej z każdą szansą którą przepuściłam między palcami. Bo strefa komfortu bywa jak toksyczny znajomy, o czym pisałam tu.  Moje wyzwolenie stało się granicą. 
Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo mocno można się ścisnąć samemu w sobie. Ze wszystkich strachów najstraszniejszy jest ten przed życiem i sobą samym. Pomyślałam, że potrzeba mi wyluzować, a że nie bardzo miałam pomysł na to jak, to zapytałam Google. Tam wyskoczyło mi jak poluzować kaczkę, co z kolei skojarzyło mi się z Julie i Julia i chyba tylko dlatego poszłam na film. I choć Manchester by the Sea jest najsmutniejszym filmem, jaki widziałam, to napisy końcowe pachniały nadzieją. Pomogło. To prawda, że Google ma rację. 

Kiedyś ktoś powiedział mi, że szczęściarze to ci, których dopuszczam do siebie, bo otwieram im oczy na wszechświat. 
A ja myślę, że mam szczęście do ludzi, że trafiam na tych, którzy też otwierają mi na coś oczy i głowę. 
Dzisiaj muszę otworzyć oczy na złoty środek. Wybrać z introwersji to, co najcenniejsze, pracować nad tym, co najsłabsze. 
Dzisiaj muszę zdecydować, czy stchórzyć, czy złapać byka za rogi. I choć odpowiedź wydaje się być łatwa, to wcale nie jest.
Jak zawsze boję się przegapić ten moment, tę cienką granicę pomiędzy byciem za bardzo i zbyt mało. Być w sam raz. Problem jest taki, że nawet gdy lekko uchylam lufcik swojego wnętrza, to już wydaje mi się, że jestem już za. 

Podobno moje I am mnie na przedramieniu świadczy o pewności siebie. Może podświadomie chciałam to przywołać. A może tak po prostu wyszło. 
Wychyliłam się, bo w pewien wtorek postanowiłam być odważna. I okazało się, że nie bolało. 

Obierz kierunek i się go trzymaj, póki niesie spełnienie. Otwórz się i chłoń. Dawaj i bądź.

Wiecie, że spokój jest moją bronią, tarczą i oddechem? 
Ja przez ostatnie lata nie wiedziałam.  



poniedziałek, 6 marca 2017

zwiedzam świat

zwiedzam świat
Wrocław,  ulica, serendipity, katie-lamassu


W lutym terenowe auto skasowało mój samochód, a tydzień później zmieniłam pracę. Te dwa zdarzenia wywróciły cały system na lewą stronę, do góry nogami i w poprzek. Nowy etap nabrał zupełnie innego znaczenia. 

Tą zmianą oddałam siebie miastu. I teraz ono rewanżuje mi się w szumie ulicy, rozmowach w tramwaju, rytmie wybijanym przez sygnalizację świetlną, klaksonami, liniami wysokiego napięcia i brukowaną kostką pod podeszwą. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak bardzo brakowało mi tego miejskiego mormoranda. 

Teraz jestem tą dziewczyną w słuchawkach, wełnianych rękawiczkach i grubym szaliku i trochę czuje się, jak aktorka filmu offowego, która chodzi w rytm własnego soundtracku. A miasta nie widać z wiaduktu, którym jadę wypchanym autobusem, bo na wszystkich domach, dachach i wieżach położył się smog i zjada moje miasto. Dzięki tym podróżom już wiem, że koty na zaparowanych szybach rysują dorosłe kobiety w białych rękawiczkach na ostatnim odcinku swojej podróży, a potem wyskakują z autobusu na najbliższym przystanku, jak koty właśnie. I tylko one i ja znamy mruczącą tajemnicę. Zauważam kuriozalne stragany rozłożone przy fontannach, na których możesz kupić rosyjską płytę winylową, dwa kieliszki i jednego(!) buta. 
A gdy zagubi się tramwaj, to wchodzę do parku, w którym jeszcze nie wycinają drzew i słucham. Tutaj wiosna na całego. 
Mogłabym też przysiąc, że widziałam Pomarańczarkę z obrazu Gierymskiego, gdy przechodziła świtem przez jeszcze pustą ulicę z pustą torbą bez pomarańczy. 

I choć porankami gubię swój cień drogą do łazienki po omacku, to lubię te poranne dojazdy i popołudniowe powroty. Pozwalają mi się nastroić. Czasem jeszcze chowam się między murami bramy do mieszkania, w którym kiedyś mieszkał czarny kot lub na tym podwórku, gdzie paliłam papierosy rozmawiając o filmach po wyjściu z kina, którego już tu nie ma. Zamykam oczy, opieram się o ścianę, oddycham, nie myślę, nastrajam się. 
Potem siedzę prawie pod samym niebem. Z mojego okna widzę chmury. Ich wszystkie warstwy, które płyną, które rzucają na wysokościowce plamy słońca lub skrywają je w cieniu. 

I ja tutaj też, czasem błyszczę w słońcu swojej radości i odkrywaniu nowego, a czasem skrywam się w cieniu swojej nieśmiałości i wycofania. 

Bo oswajanie to bardzo długi proces. 

poniedziałek, 27 lutego 2017

change time

change time
serendipity, katie, lamassu


Nigdy nie byłam nowa. Nigdy nie wchodziłam do klasy czy grupy w trakcie. Każdy mój początek był tak samo początkiem dla innych. Każdy początek wbijał mój wzrok w czubki palców i jak mantrę powtarzał słowa tylko się do mnie nie odzywaj na przemian z niech ktoś do mnie zagada, żebym nie stała jak ten cieć i czasem no zagadaj do kogoś. W nowej grupie stałam z boku, z tym spokojem na twarzy i delikatnym uśmiechem, podczas gdy we mnie toczył się najbardziej burzliwy dialog świata. I za każdym razem to ktoś wybierał mnie na towarzysza w parze, ławce. Przez to stanie z boku i powściągliwość, byłam idealnym celem dla wszystkich tych, którzy w nowym miejscu chcieli pokazać, że wcale nie pasują do szuflady nieśmiałości, do której wrzuciło ich ostatnie środowisko. Miałam tą przyjazną twarz na korytarzu, która mówiła wszystkim tylko trochę mniej wycofanym niż ja, że można się odezwać, a ja nie odgryzę głowy. 

W nowych miejscach możesz być najlepszą wersją siebie, bo możesz być sobą. Jeszcze nie masz łatek, ani tej przegródki w szufladzie, jeszcze nie plączesz się w zależnościach, społecznych interakcjach, nie odstawiasz tańców plemiennych i nie masz pojęcia, przy kim trzymać język za zębami.

W czasie rozmowy, która spadła jak grom z jasnego nieba, byłam brutalnie szczera. Może to było zbyt szczerze?, myślałam, gdy udzielałam odpowiedzi na zadane pytania. Ale zaraz potem uspakajałam się myślą, że nie mam już 25 i nie będę opowiadała bajek o sobie samej.

- No sprzedaj się jakoś.
- No nie.

To, co naprawdę mogę powiedzieć, że lubię w sobie mając te 35 lat to uśmiech, świat wewnętrzny i tę świadomość, że nie mam potrzeby robienia wrażenia na innych. 

Mogłabym użyć kilku mądrych słów i z pewnością siebie udawać, że żadne zagadnienie nie jest  mi obce. Mogłabym odegrać rolę życia, bez zająknięcia. Zrobiłam natomiast coś, co każdy specjalista od rekrutacji mógłby zawrzeć w tekście: 10 rzeczy, dzięki którym nie dostaniesz pracy. Myślę, że zrobiłam ich 11, nim zdążyłam otworzyć usta. 
Zaraz potem mówiłam wprost o swoich niedoskonałościach, o tym, czego w swoim stylu pracy nie zaakceptuję, na jakie kompromisy nie pójdę i jak bardzo nie wierzę w kilka spraw wpisywanych w listy motywacyjne. 

Wygrałam szczerością. I teraz jestem nowa.

Mówią, że trudne są początki. Dla mnie trudniejsze są końce. Te tuż przed metą, gdy już myślisz, że nie dasz rady. Te kilka metrów przed schroniskiem, gdy opadasz z sił. I te w ostatnich dniach pracy, gdy nie masz już serca. Przebierałam nogami na to nowe, jak chyba nigdy wcześniej.

Bycie nowym wyzwala nasze najlepsze cechy, które gdzieś tam się przykurzyły i takie, o których na co dzień zapominamy. Bycie nowym to wklejenie siebie w nowy kontekst i w nowe tło, w którym - na nowo (sic!) nabiera się własnych konturów. Bycie nowym jest po to, by zaskoczyć samego siebie sobą samym. Bycie nowym, to takie bycie kotem jeszcze bardziej niż zwykle.

Bycie nowym to odkrywanie siebie przez pryzmat innych. Przypomnienie sobie, jakie robi się pierwsze wrażenie, obudzenie siódmego zmysłu, wyczuwanie energii innych osób. Czasem to uruchamianie zachowań, które nie są na wyciągnięcie ręki, do których trzeba się dokopać, które trzeba sobie przypomnieć. Bycie nowym to odklejanie się od starych schematów, ciężkie jak zrywanie starej naklejki z okładki zeszytu. I akurat w tym jest pewne pocieszenie, że nie wszystko da się usunąć. To konfrontacja siebie z własnym wyobrażeniem. To rozwój.

To też odpowiedzi na mrożące krew w żyłach pytania typu gdzie trzymamy żółte karteczki? (jakie karteczki?!). To wewnętrzny krzyk przy small talkach i świadomość, że od jakiś kilku godzin mózg nie przyjmuje już nowych informacji, nie rejestruje twarzy i gubi się w korytarzach - w poziomie i w pionie ;)
To takie bycie w niebyciu.
To walka na kilkunastu frontach toczonych podskórnie, przykryta uśmiechem i spokojnym głosem. To szukanie miejsca, w którym można się zaszyć, by wziąć parę głębokich oddechów. To śpiewanie w głowie I co ja robię tu? oraz Mam tę moc na zmianę. To zaskoczenia i obietnice.

Z dziecięcą ufnością (mylnie zwaną naiwnością), z wrodzonym sceptycyzmem (mylonym z negatywizmem), ze swoimi granicami (mylonymi z wyobcowaniem), ze wzrokiem wbitym gdzieś przed siebie (mimo iż nadal uwielbiam swoje stopy), będę odkrywać nowy świat. 
Zwłaszcza ten mój wewnętrzny.

Jak jesteś nowym, to możesz być kim chcesz.
Dlatego jesteś sobą.

środa, 15 lutego 2017

dreams

dreams


Patrzę na skałę która wyrasta tuż przede mną i wiem, że jesteśmy po przeciwnej stronie drogi. Brzydką, surową szosą mkną małe busy, w kolorze cytryny. Wszystko inne: góry, niebo, moje dłonie, Koloseum, którego nie powinno tu być, ponczo i kapelusz naszego przewodnika, wszystko to jest w kolorze ciepłej ziemi, która właśnie wchłonęła sporą ilość deszczu. Na migi próbuję pokazać, że jesteśmy po złej stronie szosy. Przewodnik ma minę, która jednocześnie może oznaczać bezmiar mądrości jak i nieskalanie myślą. Schodzę z muła. Przewodnik bez dwóch zębów odsłania z brzegu góry ręcznie tkaną makatkę, za którą skrywają się gliniane tunele. Idziemy przez nie tylko chwilę. Gdy wychodzimy nadal jestem po złej stronie drogi i czeka na mnie znudzona lama. Płacę pięć centów i paczkę krakersów za wycieczkę nie pod tą górę co trzeba, dostaję zdjęcie z lamą na tle Koloseum, którego nie powinno tu być i znów wędruję korytarzami wydrążonymi w glinie. 

Gdy wychodzę jestem już na bosaka. Razem z M-ką przebiegamy po kolorowej posadzce, by jak małpy w gaju wspinać się po balkonach i parapetach. Parapety skrzą się turkusem, a na balkonach kwitną zioła i suszy się pranie, które plącze się wokół naszych nogawek. Ktoś coś pokrzykuje, a my odmachujemy ze śmiechem w rytmie brzęczących na naszych nadgarstkach bransoletek. Biel jest grecka a błękit marokański. Jest upalnie, mamy na sobie turkusowe sukienki i patrzymy w dół na parę surferów, którzy nie wiedzą, że idąc białą plażą weszli w mój minimalistyczny kadr, który obfotografowuję z każdej strony. Właśnie wtedy myślę sobie, że lubię te delegacje do Brukseli, zwłaszcza od tego momentu, gdy pomyśleli o rajskiej plaży.

Dzwonek do drzwi. Kurier wnosi kilka ogromnych pudeł z nazwą wydawnictwa w miejscu nadawcy. Rozdzieram kartony i wyciągam kilkadziesiąt książek, wściekła, że ze wszystkich rzeczy, jakie mogłam napisać, napisałam opowiadania kryminalne. Gdy przesuwam dłonią po twardej okładce, to pod opuszkami palców wyczuwam wypukłość liter tworzących moje imię i nazwisko. I boli mnie, że na stronach jest wszystko inne niż to, co do tej pory napisałam.

Po prostu siadam przy barze i proszę o dużą kawę z mlekiem, która okazuje się też być kawą gigantem, więc proszę jednocześnie o pad-thai, bo przecież jest to zupełnie logiczne. Miał być na wynos, a jest w pięknej kamionkowej misie. Zostaję niechętnie, bo nagle z poranka zrobił się wczesny wieczór, ja wpadłam tu przecież tylko na chwilę, a grupa studentów oblewa kolejny egzamin. Za barem szczęśliwa, piękna i uśmiechnięta Kinga Rusin ma swój dyżur i nie jest prawdą to, co piszą w tabloidach, bo w ogóle nie przeszkadza jej, że jest na zmianie z Hanną Lis.

__

Śnię pięknie i brutalnie. Ironicznie, bezkompromisowo i realistycznie. Od pyłku na klapie marynarki, przez zawinięty róg chodnika, po ziarenka piasku wbite pod paznokieć. Śnię kolory, gotowe kadry, sok granatu spływający po brodzie i zapach wody z oceanu. Śnię dotyk dłoni na mojej szyi i to, jak brzeg sukienki muska moje łydki. Śnię nastroje i lęki wyczuwalne pod skórą, pomieszczenia, których nie ma, taśmę z supermarketu, którą suniemy wszyscy do kasy, gdzie zmieniają nas w postacie animowane, z bajek, których nikt nie ogląda. Śnię smaki i zapachy, kształty i dźwięki. Śnią mi się te same pomieszczenia po latach wypełnione inną treścią. Śnię miasto, które nie istnieje, a które kryje się gdzieś po chodnikami, trzeba tylko wiedzieć, którą kostkę brukową przekręcić siedem razy w stronę przeciągającego się kota. Śnię też koty znudzone i siebie też śnię, taką, że aż budzę się oniemiała, że tak można. 

W moich snach jest bardziej, mocniej, pełniej. I choć nierealnie, to zdecydowanie bardziej uczciwie.
Nie, nie budźcie mnie. 
Copyright © 2014 serendipity , Blogger