środa, 13 sierpnia 2014

prosto

Karl Lagerfeld powiedział, że zapach świeżo wydrukowanej książki to najlepsze perfumy na świecie. Nic nie równa się zapachowi nowej książki w domu. Tak, jak nic nie równa się zapachowi starych bibliotek i czytelni, tych książek, które wchłonęły zapach palców przewracających ich kartki. 
Podobno wyprodukowano spray o zapachu książek. Jedno psiknięcie na czytnik e-booka lub tabletu przenosi w świat zapachu identycznego z naturalnym. Takie to proste. Pewnie o wiele prostsze niż kupienie normalnej książki, w normalnej księgarni, do której trzeba pójść, wyszukać odpowiedni dział i regał, poczuć grzbiet okładki pod palcami, obrócić kilka razy w dłoni, usłyszeć jej szelest, a gdy jest już twoja, nim zaczniesz czytać pierwsze słowa, zanurzyć końcówkę nosa w samym środku tomu. I się uśmiechnąć. Tego piękna, tego momentu pomiędzy zakupem a pierwszym czytaniem nie odda żadna zawartość pojemnika pod wysokim ciśnieniem. 
W czytnikach są też gazety, ulubione piosenki i stacje radiowe, filtry do zdjęć. Wszystko, czego potrzebujesz zapisane zero-jedynkowo i zamknięte w jednym urządzeniu. I nic w tym złego. Na ogół.
Wciąż i wszędzie, coraz częściej i zupełnie bezsensu stosujemy substytuty normalnego życia, które przeistacza się w deficyt odkrywany z prawdziwym zdumieniem. 

Starłam kurz z lustrzanki, bo chciałabym znów oddać się tej chwili, gdy w ciszy ustawiam ostrość, wymienić to za szybkie pstryk telefonem, gdzie nie ma miejsca na to, by pomyśleć nad łapanym kadrem. Nie ma czasu na to co pomiędzy.
Na obiad jem fasolkę zerwaną na działce. W koszu na stole mix świeżych pomidorów, ogórków, cukinii i kukurydzy przytarganej z rodzicielskiego ogródka. Zamiast wyszukanych składników do odjechanych potraw, czy gotowych dań, sięgam po to co najprostsze i najbliższe. Coś wymyślam, komponuję, i znajduję czas na to, co pomiędzy, co najważniejsze - na przygotowanie tego, co się zje. W spokoju, z uśmiechem, bez presji czasu i burczącego brzucha. Odnalazłam w tym prostotę i szczerość. Zwyczajną radość z gotowania i wspólnych posiłków. 

Lubię tusz codziennej gazety, który zostaje mi na palcach. Zapach nowych książek i to jak szumi mi w kuchni radiowa Trójka z odbiornika z anteną, gdy przy lodówce zrobię zbyt duży krok w lewą stronę. Lubię wkładać płyty do odtwarzacza i to, jak przeskakuje mi w tym najbardziej wysłużonym miejscu. Lubię tę całą naturalną niedoskonałość codziennego życia, takiego unplugged od tego co szybkie i mobilne.
Lubię proste życie. I lubię to, co pomiędzy

Często budzę się o 5:30 rano. Tak zupełnie bez powodu, tylko po to, by spojrzeć na zegarek i przewrócić się na drugi bok. Ale nim to zrobię, patrzę na to, jak wstaje dzień, jak się zmienia. Lubię zmierzch i lubię te wszystkie chwile przed, przygotowania do właściwych zdarzeń. Myślę, że nie doceniamy momentów przejścia. A przecież są tak bardzo ważne. Może najważniejsze? Momenty przejścia mają w sobie jakąś mądrość i wymagany porządek. Jak przedwiośnie, babie lato i przedzimie. Gdy nie zwracamy na nie uwagi, pomijamy, pozbawiamy się jakiejś istoty, tego co się stanie, odbieramy mniej autentycznie, pobieżnie. Tak mi się przynajmniej wydaje. 

Podobno nie mamy czasu. Nie mamy czasu na zwykłe, proste rzeczy. Nie mamy czasu na momenty przejścia, na mądre dojrzewanie do kolejnych etapów i wyzwań. To bardzo w modzie mówić, że nie ma się czasu. Bo to oznacza, że ma się dużo zadań, jest się niezastąpionym i wszechstronnie rozwiniętym (a nie niezorganizowanym, niedookreślonym lub przeciążonym). Bo wszystko musi być tu i teraz, as soon as possible, byle szybciej i byle więcej. 
A potem wszystko zrobione jest pobieżnie i po łebkach, choć na czas. I w wieku 31 lat diagnoza lekarska: stan przedzawałowy.

Lubię odkładać sprawy na później. Tak, jak tematy postów, czy sedno recenzji. Lubię dać im odetchnąć, wyrosnąć, przybrać formę, jak ciastu na chleb. Lubię o nich myśleć, podchodzić do nich z różnych stron, pozwolić im dojrzeć
Nie poganiać, jeśli nie trzeba. Nie brać udziału w wyścigach, dać czas. Docenić moment przejścia, dostrzec to, co pomiędzy. Nie wydziwiać, nie utrudniać. 
Wąchać prawdziwe książki i pamiętać, że nie trzeba nic, tylko trzeba mieć czas (L.Janerka):




8 komentarzy:

  1. A ja lubie ruch, gdy czasu brakuje, gdy sprawy biegna nazbyt szybko. Za wolno mnie meczy. A zapach ksiazek i druk gazety towarzyszy mi czesto i bardzo ten zapach tez lubie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki pęd od czasu do czasu też jest potrzebny i dobry, pod warunkiem, że nie niszczy zdrowia.

      Usuń
  2. Nie lubię kupować książek przez internet. Tu kupuję zwykle to, co wcześniej gdzieś wypatrzę. W księgarni zawsze kupię nie to, po co przyszłam. Bo coś innego zaczaruje tytułem, wyrywkowym zdaniem, okładką inną niż wszystkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak często mam. A ostatnio, ku mojemu zaskoczeniu, zauważyłam, że coraz częściej przeglądam książki kucharskie...

      Usuń
    2. To mi raczej nie grozi ;)

      Usuń
    3. Też tak myślałam... ;)

      Usuń
  3. annajulia.blog.onet.pl18 sierpnia 2014 11:17

    Taka prostota życia bardzo uspokaja, wycisza. Obrazy, zapachy, klimaty... Piszę to, ale daleko mi do tego, by się dostosować. Żyję szybko, szybko pracuję, przemyka mi to życie pomiędzy jedną a drugą sprawą do załatwienia. Kiedyś będę tego żałować :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak myślisz, że będziesz? Może taka sinusoida jest najbardziej optymalna, czasem spokojnie, czasem w biegu?

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger