niedziela, 23 lipca 2017

high on a mountain top

high on a mountain top
zachód; serendipity, góry, Karkonosze

Góry mają smak pierogów z jagodami. 
Pachną powietrzem rozbijającym się na policzkach. 
W górach nikt niczego nie udaje. Ani przed innymi, a tym bardziej przed sobą. 
W górach jesteś najlepszą wersją siebie, bo sobą. W końcu, żeby pójść w kolejne metry nad poziomem morza, trzeba być uczciwym w stosunku do siebie samego, nazwać po imieniu swoje niedoskonałości, realnie ocenić siły. Góry to opowieść o  cesze, o której zbyt często zapominamy tam na dole: o pokorze. Przy każdym dzień dobry  na szlaku wraca mi wiara w człowieka. Przy zachodzie i wschodzie słońca obserwowanych ze schroniska myślę o tym, że to jest właśnie szczęście. 

Jeśli obudzisz mnie o drugiej w nocy, to bez zająknięcia wymienię porządki architektoniczne, powiem dokładną datę urodzin Mickiewicza i wymienię chronologicznie wszystkie filmy Marylin Monroe. Wiem, kiedy była bitwa pod Grunwaldem, jak brzmi III zasada dynamiki Newtona, wiem, że dla mnie Ania z Zielonego wzgórza zawsze będzie miała twarz Megan Follows a dla M-ki Amybeth McNulty (najpiękniejsza czołówka ever). I wiem też, że za 30 lat będę miała dom w górach (darmowy nocleg na hasło serendipity). Po prostu wiem. Jak tą całą resztę i jeszcze kilka innych spraw.

Miasto śni o agresji, o wojnie przed którą uciekam wydmami do baru, gdzie pod drewnianą podłogą chowam zdjęcia i drewniane fajki. Miasto śni o samotności i torebkach na każdą okazję trzymanych w hotelowej szafie. W mieście rzeczywistym stoję wśród świeczek i białych róż. Ze spakowaną torbą czekam aż przestanie padać, by wsiąść do samochodu. 
Być może za kilka godzin spotkacie nas na szlaku. Rozpoznacie nas po kolorowych paznokciach i fotografowaniu stóp.  



piątek, 7 lipca 2017

estranged

estranged
schody,serendipity, katie_lamassu


Znowu przyszło lato i koniec szkoły. M-ka zatrzasnęła świadectwo i zeszyty w szufladach biurka i pomalowała każdy paznokieć na inny kolor. Ja nie mogę się zdecydować, którą z kwiecistych sukienek ubrać następnego dnia. Znów kolekcjonuję piegi, które tworzą nowe gwiazdozbiory na mojej twarzy i wystawiam nogi do słońca. Każdego wieczora marzę o zboczach gór i złotym piasku pod stopami. Apetyt na wakacje mamy olbrzymi, a plany konkretne: będziemy bawić się świetnie, uczyć się robić balony z gumy do żucia i wyszywać haftem krzyżykowym (tak naprawdę to będziemy tego uczyć M-ki, bo ja już umiem). 

Czerwiec przeciągnął się delikatnie, jak kot. Zamruczał tymi chwilami, które niosły ukojenie i radość. Cztery kawałki bursztynu w metalowym kółku, wiatr od morza na policzkach i wpleciony we włosy, kawa pita na parapecie z widokiem na Gdańsk, koszulka ukochanego zespołu na ciele i ten podmuch ciepłego powietrza spełnienia na twarzy i rozwiane włosy idealnie w punkt w 0:24. To ten moment, gdy wiem, że wszystko, czego pragnę, jest możliwe, realne i na wyciągnięcie ręki, tak jak Axl i Slash przede mną na scenie.
Bo, po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że w życiu chodzi o to, co przeżyjesz, zobaczysz i co ciebie dotknie. Nowe tytuły i ciepłe słowa ze służbowej przestrzeni cieszą, ale nie mówią całej prawdy o mnie. A teksty piosenek, o wiele bardziej.

Czerwiec obfitował w truskawki, arbuzy i jedno serendipity obok drugiego. 

I myślałam, że czerwce się odczarowały, ale one zawsze mają w sobie coś z ostateczności, jak ten nagłówek publicznie bijący po oczach, a przecież o śmierci tak bardzo prywatnej.

Są wśród nas takie rzeczy, które się nie śnią. A są takie sny, które pachną tęsknotą za rzeczywistością.

W kalendarzu już lipiec i dobijam do wieku Marylin.
Kiedyś myślałam, że umarła staro.
Moje trzy siwe włosy śmieją się dziś z tego w głos.  


Z uwagą na 0:24



poniedziałek, 12 czerwca 2017

inside the lines

inside the lines
lamassu katie biurko rysunek

- Co słychać?
- W zasadzie, to niewiele - odpowiadam i czuję, że kłamię.

Obiektywnie niewiele: chodzę do pracy, wracam do domu, robię zakupy, spędzam czas z M-ką, oglądam seriale, rozmawiam ze znajomymi, czytam. Dużo piorę. 
Znowu chodzę w sandałach i znowu miasto pachnie kwiatami. Znowu się uśmiecham tak po prostu i znowu zaczęła mnie cieszyć jazda samochodem. Znowu głośno śpiewam i tańczę. 

I uczę się odpuszczać. Zajmować jedną rzeczą na raz. Zarządzanie kalendarzem polega na jego czyszczeniu, a nie uzupełnianiu. 
I pod tą warstwą, że dzieje się niezbyt wiele, jest ukryta cała prawda, o tych wszystkich procesach pod skórą, bo tam toczy się życie, tam jest ciągły ruch, tam dzieje się bardzo dużo. Trzeba to wyciszać.  

Paradoksalnie, po drugiej stronie milknę i się kurczę, drgam każdym swym konturem i mięśniem. A w brzuchu, tuż przed świtem, od lewa do prawa, toczy się fioletowo-rubinowa kula z miliardem parzydełek, które nieprzyjemnie gilgoczą mnie od środka. I wciąż to nieznośne poczucie, że w oczach innych widać mnie mniej. 

Rosną stosy książek i skracają się zdania pisane w głowie do kropki, która w tej sytuacji nie ma żadnej racji bytu. Wykrzywiają się linie kadrów,  poszerzają horyzonty a Gallup snuje baśnie z tysiąca i jednego spełnienia.

Poranki bulgoczą czarnym płynem w kawiarce, pod oknem banda szpaków dziobie w ziemi. M-ka chciałaby trochę dłużej pospać, a ja zastanawiam się, co tam - tak naprawdę - dobija się we mnie?

poniedziałek, 15 maja 2017

be still, my soul

be still, my soul
serendipity, katie lamassu, deszcz, klasy

Składam się z małych chwil. Z zapachu żywicy, mroźnego powietrza od resztek śniegu leżącego w górach. Składam się głębokiego oddechu, aż do pępka, na szczycie. Składam się z widoku rzepakowych pól i szybkiej jazdy samochodem poza miastem. Jestem w dzwonkach mijających mnie rowerów, stukocie klawiatury pod opuszkami palców, kadrem zdjętym z rzeczywistości. Składam się z zapachu powietrza przed burzą i bzów po wiosennej ulewie. 
I składam się z waszych historii, zwątpień, radości i strachów. Waszych zasłuchań w piosenki, zagiętych rogów książek w miejscach istotnych, zapatrzeń i gestów. Jestem waszymi krokami, które rozpoznaję przed zakrętem, przeczuciami, które po obu stronach każą chwycić za telefon. I jestem tymi światami, które otwieracie we mnie swoją obecnością. 
Składam się też z ciężkich kołder, pod którymi chowam się zbyt często, z kawy bez której nie mam głowy do kontekstów, z listka tabletek na ogólne rozbicie, kłębka nerwów pod skórą i worka połamanych drogowskazów. 

Byłam na szkoleniu z kaizen i cały czas myślałam o życiu. O swoich codziennych mudach. 
O tym, że ze wszystkich dostępnych dróg zawsze wybieram te najtrudniejsze. O tym, że nie mówię, tylko kiszę, jak ogórki w słoikach, których nikt później nie otwiera. O tym, że nadal jestem tą 16latką, która swój bunt i niezgodę wyrazi mocniejszą kreską na powiece. O tym, że tak naprawdę, to wcale nie jest ważne. O tym, że gnam czasem na oślep, jakby tylko ruch i działanie potwierdzały moje bycie.

W końcu wyszło słońce, na które czekałam z utęsknieniem. W słuchawkach tak bardzo deszczowe The Cure. Tak idealnie wypełniło wnętrze. 

To nie jest źle, że myślisz o innych, za dużo jest tych, co rozpychają się łokciami. 
Ty jesteś dobra i to nie jest złe. 

Kiedy idę z parkingu do bramy, garstka dzieciaków krzyczy do mnie dzień dobry. Sąsiedzi zagadują o pogodę, kurtkę, rozliczenie wody i ostatni wyjazd za miasto. Dzwonki domofonów wyciągają M-kę na podwórko lub przyprowadzają koleżanki. Mam swoje umowne miejsce parkingowe, skrzynkę na listy i miejsce na zepsuty rower. Mam swoje miejsce, które mnie przyjęło. 

Dziś rozpycham się łokciami we własnym życiu. Dopycham się do siebie samej. Do punktu zaczepienia. 

Dziś zaczynam składać siebie z tego wszystkiego, co składa się na mnie. I nie mam pojęcia, co mi wyjdzie z tej układanki. 

Ale co też takiego może się stać?
Nic. 
Można tylko stać się wolnym. 



czwartek, 4 maja 2017

our corner of the universe

our corner of the universe
stopy; m-ka; katie lamassu



M-ka przemierza już sama cały dziedziniec szkolny, robiąc co chwila obrót i machając w moją stronę. Dobrze znam swoje geny w niej zatopione, dlatego wiem, że w tych chwilach czuje się niezwykle dorośle i odgrywa właśnie w głowie scenę z kolejnego filmu, w którym jest scenarzystą, reżyserem i odtwórczynią głównej roli. 

Gdy pędzelkiem rozprowadzam kolor na płytce paznokcia, gdy biorę zalotkę w dłoń i gdy zwijam rajstopy przed wsunięciem w nie stopy, widzę ten wszechświat w jej oczach, który tak dobrze znam ze swojego dzieciństwa. Tak samo patrzyłam na moją mamę i babcię przy tych codziennych, prozaicznych czynnościach. To jest  element magii, odkrywanie kobiecości, jeden z tych momentów, w których myślisz, że jak dorośniesz, to chcesz tak samo. 

Podobno, gdy zaczynam o niej mówić, to uśmiecham się całą sobą. Śmieją się moje usta, oczy, końcówki włosów i odruchowo uśmiechają się wszyscy obok. Bo M-ka to jest uśmiech, od dwóch kresek na kawałku plastiku, ziemniaka na USG (bo M-ka nigdy nie była fasolką), uśmiechniętą blizną po niej na mym brzuchu poprzez wszystkie minuty, godziny, dni i lata. 

Za kilka lat naturalnie zacznie się oddalać.  By nazwać siebie, zaneguje wszystko, w czym będzie przypominać mnie. Potem wróci. Na razie unosi się nad podłogą z bałaganem we włosach, tysiącem twórczych pomysłów, których nie ma kiedy zrealizować i ja wiem, że to muśnięcie po mnie. Kiedy siadam, kładzie głowę na moich kolanach i zamyka oczy. Gdy idziemy chodnikiem wsuwa swoją dłoń w moją. Prowadzi swą codzienną manufakturę rysunków tylko dla mnie. Czyta mi bajki. 

Czasu dla M-ki nie liczę, nie wydzielam, nie rozpraszam. Marnujemy go razem, leżąc na trawie i czytając chmury, rysując podwodne światy i rzucając kamieniami przed siebie, która dalej. Czytamy sobie na głos, przytulamy się w ciszy patrząc na drzewo za oknem, malujemy kamienie, tańczymy w kuchni, gniazdujemy. Robimy zdjęcia naszych stóp, piszemy wspólny dziennik i oglądamy dużo filmów zajadając się popcornem. Śpiewamy w głos, śmiejemy się aż po bóle brzuchów i nie rozczesujemy włosów.

Gdy się na siebie zezłościmy, to jest nam tak bardzo przykro, że płaczemy ściskając się, aż któraś z nas powie, żeby nie beczeć. A potem jemy dużo lodów i spotykamy się w połowie drogi z naszymi silnymi charakterami. 

Bycie mamą, to jedyny taki stan, w którym potrafię wybaczyć sobie własne błędy. Do których przyznaję się na głos bez mrugnięcia okiem. Jedyny obszar, w którym mogę bez wahania powiedzieć, że sobie radzę, nawet, gdy się mylę. 
Ósmy z kolei tort, był najsmaczniejszy i najładniejszy do tej pory. Idealne proporcje doświadczenia i spokoju, miłości i wiary we własny osąd. Bo ja też dorastam, dojrzewam, uczę się i odkrywam. Wyluzowałam. 

Być może jestem osobą, która cieszy się na majówkę najbardziej na świecie, choć od tylu lat nigdzie nie wyjeżdżam, bo wyprawiam urodzinowe przyjęcia. Początek maja już zawsze będzie miał jej zapach, a maj pozostanie najjaśniejszym ze wszystkich miesięcy. Z każdym zdmuchnięciem kolejnej świeczki, wraca do mnie jej pierwszy krzyk tuż przed północą, pierwszy dotyk jej skóry, ciepło jej ciała na moim i pierwszy raz, gdy jej zapach przeszedł przez moje nozdrza. I ten stan, gdy po prostu wiesz, co jest w życiu ważne, że wszystko jest na swoim miejscu.

M-ka powoli wyrusza w swój świat. I tak, jak w drodze przez ten dziedziniec szkolny, co jakiś czas odwraca się i macha do mnie z uśmiechem.
Odmachuję spokojna. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

o'oh

o'oh
katie lamassu, serendipity, minimalizm

To musiał być maj, bo ulice pachniały bzem. Było bardzo ciepło, godzina popołudniowa. Siedziałam na schodach kamienicy trochę jakby w Bostonie, trochę jakby bliżej Gdańska, pod moimi ukochanymi dachami, jakby z Paryża. A były to dachy mojego W i ulica na literę k.
I choć w tamtym czasie wszystko było jakby, to właśnie wtedy czułam się po prostu dobrze.

Siedziałam na tych schodach, chyba na coś czekałam, choć całkiem możliwe jest, że siedziałam, dla samego aktu siedzenia przed kamienicą. Słuchałam szumu miasta i pomyślałam, że mam wszystko, bo nie mam nic. Całe moje bycie mogłam spakować do jednej walizki, nie miałam wymagań względem siebie i innych. Przyjmowałam to, co było i miałam tyle, ile mi potrzeba. A potrzebowałam niezbyt wiele.
Byłam wtedy dziewczyną w kolorowych skarpetkach, już dawno nie Gerdą i Królową Śniegu. Najcenniejszy był mój spokój i wewnętrzna radość, którymi otulałam innych. A innych było wtedy w okół mnie całkiem sporo. I jeszcze ten widok z okna wprost na dachy miasta i na wiecznie pusty czerwony fotel, z kamienicy na przeciwko, zamknięty w ramach okna, wyjęty żywcem z obrazów Hoopera.

To był maj, bo ulice pachniały bzem. Siedziałam na nagrzanych od słońca schodach. Uśmiechałam się i byłam szczęśliwa, bo wszystkiego było w odpowiedniej ilości i było to na swoim miejscu.

Psychologia mówi, że potrzeba 10 sekund, by móc przywołać emocje i uczucia z przeszłości i poczuć się tak samo, jak dawniej.
Ja mówię, że potrzebowałam ponad 10 lat, by zacząć znów zbliżać się do takiego stanu na poziomie emocji i mentalności.

Jeszcze trochę się złoszczę, że po drodze zgubiłam to, co miałam naturalnie, jakby w darze. Złoszczę się, że wypadło z walizki, że zostawiłam przez przypadek gdzieś, w którymś ze swoich tymczasowych miejsc, tak jak Muminka w wagonie pociągu na trasie Wrocław-Kołobrzeg.
Tego lata morze miało smutny odcień błękitu.

Jeszcze nie umiem się cieszyć, że wróciłam, znalazłam i ciągnę za sznurek od tamtego kłębka (choć coś czuję, że ten jest poprzetykany brokatową nitką), że wracam do rozbijania swoich codziennych piniat. Jak przez zegarmistrzowską lupę jeszcze szukam w tej stracie zysków i lekcji, które odrobiłam.

Ale chyba nie jestem aż tak daleko siebie, skoro sprzedając auto nie zastanawiam się, jak ma to wyglądać od strony prawnej, wiem natomiast, gdzie kupić tubę z confetti, którym obsypię samochód na pożegnanie.

Z zaniedbania, z pędu nawarstwiły się emocje, myśli, pragnienia. Odkładając jedne na drugie bez weryfikacji, zbudowałam wieżę przesytu, która nie potrzebowała żadnej siły wewnętrznej, by wprowadzić się w nerwowy ruch i chwiać się we wszystkich możliwych kierunkach.
Nie rozpoznawałam w niej siebie, radości, swoich potrzeb i pragnień.

Potrzebuję przestrzeni, powietrza, tych kilku rzeczy na wyciągnięcie ręki, których nie ma zbyt wiele. Wolnych przebiegów w głowie. Leniwie sunącego czasu. Ludzi, którzy chcą rozmawiać, odkrywać nowe, czerpać i dawać bez pozowania i egzaltacji. I mniejszej ilości słów.

Oczyściłam domową przestrzeń, oczyszczam głowę i nastroje.
Wyrzucam to, co nie moje, z czego już wyrosłam i do czego nie czuję nic. Rezygnuję ze wszystkiego, w czym nie dostrzegam dobra dla siebie. Zostawiam potrzebne minimum.

Minimalizm odmieniany jest przez wszystkie przypadki, formy, odcienie bieli i krój mebli.
Ja też go odmieniam. Przez zestaw swoich wartości, motywacji i przyzwyczajeń. Kroję go na własne potrzeby i stan umysłu. Mój minimalizm nie dotyczy sukienek i książek, tylko spokoju w głowie, autentyczności i umiaru w byciu, słuchaniu, mówieniu tyle, ile potrzeba.

Bo obok haseł: kupować mniej, posiadać mniej, mam ochotę dodać kolejne: mówić mniej.

Uwielbiam słowa. Mają ogromną moc. Kształtują naszą rzeczywistość, potrafią podnieść na duchu w najgorszy czas, natchnąć wiarą, dodać siły, sprawić, że czujemy się piękni, przenieść w inny świat. Mogą nas ponieść. Mogą nas ściągnąć w dół, zranić, mogą sprawić, że już nigdy nie będziemy chcieli usłyszeć ani słowa.

Nie lubię ich nadużywać. Nie lubię, gdy ludzie wkładają je w niewłaściwe miejsca i oczekują, że będą znaczyć coś innego. Przyparci słownikiem do muru machają z lekceważeniem ręką, że to tylko semantyka.

A przecież chyba znaczenie ma znaczenie?

Minimalizm w głowie, minimalizm w słowie. Jeśli masz coś do powiedzenia, powiedz to najprościej, jak się da. Bez wzniosłych słów na czynność niewzniosłą. Jeśli chcesz wiedzieć, jaką diagnozę postawił lekarz, to po prostu o to zapytaj, nie buduj konstrukcji czy udało ci się coś ustalić w kwestii twojego zdrowia? bo tracę ochotę na rozmowę i czuję się, jak w urzędzie.

Mój minimalizm to prosty przekaz, bez podszewki z intencji i oczekiwanych reakcji.
Mój minimalizm to rozwijanie i rozszerzanie przez ograniczanie, odsiewanie. To moje pozwolenie, by odeszło wszystko to, co  rozprasza i odciąga od tego, co jest dla mnie ważne.
Paradoksalnie przez to pozbywanie się, mam więcej. To jak rozciąganie mięśni, w których zaczynasz czuć ciepło, w których robi się więcej miejsca, jesteś więc silniejszy i pełen energii.

Nastrajam się na własną melodię. Jedną z tych żywych, wesołych, ale niezbyt skocznych. Z tekstem, który zastanowi i da nadzieję. Nieprzegadanym.
I coraz bliżej mi do tej dziewczyny ze schodów.

Z rzeczy ważnych w porannej codzienności, prócz przygotowania M-ce pożywnego śniadania do szkoły z liścikiem, zakropleniu kotu oczu, najważniejsze staje się zbudowanie pewności, że jestem wystarczająca.

środa, 12 kwietnia 2017

no more drama

no more drama
katie lamassu serendipity

Ciepło na twarzy od promienia, które rozłożyło się plackiem na moim policzku, zaraz potem, gdy prześlizgnęło się przez niezasłoniętą roletę, wybudziło mnie ze snu, którego jakby nie było wcale. 
Przeciągnęłam się, otworzyłam oczy i poczułam lekkość.
Zdecydowanie tą nieznośną.

To był ten dzień, gdy w pościeli w kwiaty obudziłam się sama. 
Zostawiła mnie moja własna osobowość. 

Gdzieś tam w tłumie zwanym społeczeństwem ktoś, komu wydawało się, że jest Alfą i Omegą, przyczepił mi do pleców naklejkę z napisem “nie pasuje”. Nie przejęłam się tym zbytnio. Potem minęły dwie dekady i zaczęłam zastanawiać się, czy może ona jeszcze tam jest? Wydawało mi się, że czuję ją na wysokości lewej łopatki i wtedy jednak trochę się przejęłam. 
Z Piosenką Młodych Wioślarzy w głowie stwierdziłam, że jak nie, skoro tak. Zwyczajnie posiałam gdzieś drogę do przynależności. 

Szukałam na prawo i lewo, z głową spuszczoną w dół i zadartą do góry, w testach o talentach, osobowościach. Wszystko po to, żeby nazwać każdą część siebie i widzieć, w który układ się wpasować. Testowałam aktywności, stawiałam sobie cele (wbrew sobie, bo zawsze po prostu żyłam i robiłam to, co czułam), stworzyłam plany, frustrowałam się, że ich nie realizuję, obserwowałam innych, wyciągałam (mylne) wnioski, na ich podstawie budowałam karkołomne tezy, by szukać ich potwierdzenia w przypadkach, tak jak pies swojego właściciela w tłumie. Odmierzałam centymetrem, jak bardzo odstaję od reszty, analizując miesięczny przyrost odstawania w stosunku do relacji społecznych i stwierdzałam, że czasami się zwyczajnie nie mieszczę. A gdy w parę miejsc się wpasowałam, to jednak mi to nie pasowało. Nie bardzo wiedziałam czemu, bo w chwilach, gdy machałam sama do siebie, że coś jest nie halo, sama sobie odkrzykiwałam w pędzie, że spoko, bo przecież ja się rozwijam. 

A przecież rozwój to nie tylko nowe rzeczy, umiejętności, doklejanie kolejnych znaczków do kolorowej książeczki. I przecież nie zależało mi nigdy na rozwoju odmierzanym w zewnętrznych punktach, tylko na tym do wewnątrz i zawsze mnie dziwiły jakieś słowa uznania, bo nie taki był cel ani półśrodek. Zawsze chodziło tylko o to, aby wzrastać. Rozwijać siebie z pasją i wewnętrzną zgodą.

I owszem, odstaję. Na klasowych zdjęciach zawsze stoję w ostatnim rzędzie z chłopakami, przez co od razu łatwo mnie znaleźć. Serwowałam najdalej i skakałam najwyżej do bloków, a przez najdłuższe nogi kazano mi biegać w zawodach. Pisałam najdłuższe wypracowania i pamiętałam najwięcej szczegółów. Nie wypowiadałam się na każdy temat, więc ludzie liczyli się z moim zdaniem. Nie byłam najgłośniejszą dziewczyną na imprezach, więc koło mnie było najwięcej tych, którzy cenili wartości, chcieli spokoju i normalności. Ale śmiałam się najgłośniej zarażając tym śmiechem innych. A gdy chciałam wejść w butach na obcasie na drzewo w środku miasta, wskoczyć nocą do jeziora, czy bawić się na wiejskiej drodze nocą w cienie, zwinąć z latarni festiwalową flagę - to po prostu to robiłam, bez badania głosu opinii publicznej. I ta normalność, pierwiastek szaleństwa, radość, spokój i zrozumienie i kilka innych spraw to jest to coś, co dla wielu czyni mnie extraordinary. Odstaję i jest to moje odstawanie, jedyne w swoim rodzaju. I jak ja mogłam o tym chcieć zapomnieć?

Na kilka dni ukradnę światu siebie samą. Zakończę sprawy z wielokropkami i średnikami. Nie stworzę nowych planów. Nie dam się rozproszyć przypadkowym podmuchom, nic nie znaczącym zawirowaniom z zewnątrz. Nie będę przygarniać każdej nowej możliwości, znajomości, bo po prostu przyszła, jeśli nie ma dla niej miejsca w mojej przestrzeni. Teraz wezmę to, co mam, nawet jeśli jest tego niezbyt wiele. Na sam początek to w zupełności wystarczy. 

Zdecydowanie nie chcę, aby moje życie było jedynie reakcją na to, co mi się przydarza. 
Czasami jednak mam wrażenie, że wszystko mnie mija, przelatuje obok mnie szybko, jak miasto w 2 become 1 u Spice Girls - z tymże ja jestem lepiej pomalowana i ubrana. Bo włosy, to wiadomo, że mam zawsze rozczochrane.

Tak w zasadzie dostajemy tylko to jedno życie (a nawet, jeśli jest to któreś z kolei, to i tak tego nie pamiętamy). Może na koniec dadzą nam płytę z 10 Top Stories naszego bycia i bardzo nie chciałabym, aby wśród nich był kadr z teledysku SG.

Słodka beza na talerzu, ciepło w uśmiechu, za którym tęsknię i to jedno zdanie na koniec mojej relacji z minionych miesięcy, jak ten neon nad głowami: masz dobre życie.
No, cholera mam. Czas nim znów żyć. 

Serendipity, Katie!


środa, 5 kwietnia 2017

zwykłe czary wieją

zwykłe czary wieją
red, katie lamassu, serendipity

Okazało się, że wzór na moje dobre samopoczucie i uśmiech od ucha do ucha jest banalnie prosty. Wystarczy słońce na twarzy, ciepły wiatr biegający pomiędzy moimi włosami, gdy idę w rytm własnego soundtracku, który płynie ze słuchawek. Daję słowo, zatrzymują się na mnie także kobiece spojrzenia. 

Chodzę wyprostowana i rytmicznie, więc już chociażby dlatego, w głowie mi się robi lepiej. Zachwyca mnie wszystko i odmachuję każdej szkolnej grupie, która stoi na przystankach. Uśmiecham się do wewnątrz, więc na zewnątrz wysyłam spokój, który udziela się innym. 

I uwielbiam ten czas, kiedy staje się wiosna. Tak po prostu, bez zbędnych ceregieli, puszcza pąki, obsypuje się kwieciem. Po prostu robi swoje. Mogłoby się wydawać, że ona tak z dnia na dzień, przeciąga się rano i myśli, że ma gest, więc sypnie i tu i tam żółtymi główkami żonkili, uwije kilka gniazd nad głową i wybierze listkom najzieleńszą ze wszystkich swoich zieleni. Ale to tylko pozory, to ten cały niewidzialny proces, ta ciężka praca pod korą i ziemią, to wewnętrzne pulsowanie i buzowanie, walka i pragnienie każdego słonecznego promienia.

I tak samo mogłoby się wydawać, że ten wzór na mnie tak banalny, ten sprężysty krok i uśmiech na twarzy, są ot tak, po prostu. Bo słońce, bo muzyka, bo wiatr i ptaków śpiew. Ale kto mnie zna choć jedną warstwę głębiej niż z tej z pogawędki przy ekspresie do kawy, ten wie, że nie taki prosty ze mnie wielomian. Bo słońce, muzyka, wiatr i ptaków śpiew to pęczek marchewek do ciężkiej pracy każdego dnia z marazmem, demotywacją, pulsowaniem, podawaniem w wątpliwość i buzowaniem niekoniecznie tego, co we mnie najlepsze.

Kiedyś mawiałam, że noszę ciężkie buty, bo dzięki temu unoszę się nad ziemią tylko kilka centymetrów, co pozwala zachować mi jednocześnie dystans i mieć zdrowy ogląd sytuacji. A dzisiaj czuję bardzo dokładnie strukturę brukowych kostek. Dzisiaj widzę, że z każdą szpilką wbijaną sobie samej, bo znów za mało, bo znów nie tak, bo to, bo to nie stawałam się zbyt poważna, zbyt mocno przywierając do ziemi, a cała moja radość ulatywała ze mnie, jak powietrze z balonika.

Myślę, że około 30tki nadchodzi taki moment, gdy ludzie mówią sobie “ogarnij się”. Biorą się w garść i idą po swoje. Ja wtedy nie musiałam, bo ogarnęłam się chwilę wcześniej i byłam w czymś na kształt eudajmonii. A potem się wszystko rozsypało, więc starałam się to zbierać, podtrzymywać, budować i chyba właśnie teraz zbliżyłam się do tego momentu, gdy trzeba potrząsnąć sobą, jak śniegową kulą i zobaczyć z czym można ruszyć dalej. 

Wiosennie mówię: dość odbijając się od gruntu. W ramach wiosennych porządków wykurzam z siebie wkurzenie na pół świata i całą mnie, odświeżam pomysły na siebie, wymieniam zużyte schematy, sieję pozytywne myśli na cały dzień. A gdy wiosenną burzą zmarszczę brew, to nie rzucam w siebie gradem wyrzutów sumienia. Na wiosnę buduję nawyk myślenia o plusach i trenuję umysł książkami, odchudzam tę część siebie, która ciągnie mnie w dół.

To te proste prawdy, jak pierwszy śnieg w zimie, pierwsze kwiaty i śpiew ptaków na wiosnę. Jak te pocałunki nastolatków na parkowych ławkach, zwykła życzliwość, poranny łyk zimnej wody i zapach kwiatów z drzew wpadający przez okno. To wino pite z absurdalnie dużych kieliszków i mruczenie kota nad ranem. To m-kowe jesteś moim robakiem przed zaśnięciem i odgłos zanurzania łyżeczki w kubełku z lodami. To ulubione dźwięki na rozbudzenie i odkrywanie nowych. To dobre rozmowy, na które się czekało, choć niedosłownie, które ściągają z pleców ciężar wyobrażeń i własnych surrealistycznych filmów. To magnolie szalejące po całym mieście i poczucie akceptacji. 

Marzec to był taki miesiąc, w którym możliwe było wszystko: zimowe kozaki i krótkie spodenki obok siebie na siedzeniach w autobusie. Cudowny nastrój i odizolowanie od świata na cały dzień. Ciągłe dychotomie i to poczucie, że jesz, ale wciąż masz niedosyt, bo tak naprawdę masz ochotę na coś innego. 
W kwiecień weszłam z myślą, że będę dla siebie dobra na wiosnę. Sama do siebie mówię: Kaś, ogarnij się. I postaraj się w tym wytrwać chociaż do zimy. A potem to już będzie z górki . Jak na sankach.

Może pamiętacie, jak z bajkowych postaci przez jakiś czas byłam Gerdą w czerwonych bucikach, by potem stać się niezauważalnie Królową Śniegu dla siebie samej? Skoro już poruszamy się w banałach, to dziś jestem Elzą, choć jeszcze w ukryciu i strachu przed tym, co potrafię.

Lubią mnie zimowe opowieści. Zwłaszcza na wiosnę.

niedziela, 26 marca 2017

little earthquakes

little earthquakes


Książka; tulipan, serendipity, kasia lamassu
Józef  Hałas, Notatki z pracowni

Zawijam każdą z myśli na supeł, by o niej nie zapomnieć. Dlatego głowę mam poplątaną, zasupłaną i utknęłam w gąszczu zbitych pakuł nawet nie wiem czego. 
W marcu, jak w garncu jest nie bez przyczyny.

Są takie chwile, gdy wydaje mi się, że dzień trwa miliony godzin i nigdy się nie skończy. Dlatego w tramwajach wybieram najbardziej nasłonecznione miejsca i się w nich grzeję. I są to jedyne momenty stałości, spójności i dobra. Łapię się na tym, że każdego dnia w swojej rzeczywistości jestem przelotem. 

Niesprawiedliwość jest tym wyrazem, którego nie jestem w stanie opisać żadnym znanym mi słowem. Potrafię za to poczuć je każdą komórką mojego ciała, każdym nerwem i emocją. 

Słaba jestem w konfrontacjach, bezbronna w poczuciu, że moje słowa, intencje odbierane są tak bardzo skrajnie od tego, co czuję. O ile w ogóle.    
Każdego dnia staję się na nowo, każdego dnia buduję konstrukcję samej siebie, taką, która nie rozpadnie się nim zaciągnę wieczorem zasłony w bezpiecznej ramie swojego okna. 

A rzeczywistość lubi mnie testować. Sprawdza, ile uniosę, ile razy zachowam dobrą minę do nie swojej gry, komu pozwolę przekroczyć granice i ile małych trzęsień ziemi przeskanuje mój cały środek w ciągu dnia. 

Gdyby moje wnętrze mogło być obrazem, to byłoby obrazem Hałasa. Jednym z tych turkusowo-niebieskich z ciemną, pionową smugą pośrodku. Jednym z tych, których nie namalował. 

Jestem pewna, że właśnie tak wyglądam wewnątrz. 

wtorek, 14 marca 2017

into the great wide open

into the great wide open
katie lamassu, serendipity; introwertyzm


Nie czułam się inna. Nikt też nie kazał mi się zmieniać, nikt nie mówił, że inne dzieci to… Szanowano moje granice, moją przestrzeń, więc rozwijałam się w poczuciu, że każdy może być takim, jakim jest. 
Druga strona jest też taka, że nigdy się nie wychylałam. No może tylko wtedy, gdy ktoś niesłusznie oskarżył K. o zburzenie zamku z klocków. I wtedy, gdy dwie najpopularniejsze dziewczynki w grupie dokuczały A. lub gdy nauczyciel wyrzucił Ł. z klasy, kompletnie bez sensu. I jeszcze w paru innych sprawach. Jedynie niesprawiedliwość miała (i nadal ma) tę moc, by uczynić mój głos silnym i wypchnąć mnie przed szereg. 

Potem świat stał się trochę większy niż moje mieszkanie, podwórko i szkolna sala. 
Było trochę więcej ludzi niż rodzina i koleżanki od zawsze. 
Było trochę zdarzeń, gdy wymagano ode mnie czegoś, co do mnie nie pasowało. I byłam jeszcze bardziej z boku. Zazwyczaj było mi z tym dobrze, ale czasami myślałam, że inni to… i pytałam, dlaczego i ja tak nie umiem? I myślałam, że to mega proste udzielić odpowiedzi przed całą klasą, skoro tylko ja wiedziałam, jaka jest. Ogłosić, tym których znam, że piszę i robię zdjęcia, skoro anonimowi mi ludzie tak bardzo to doceniają (nigdy nie przestanę być Wam za to wdzięczna). Powiedzieć, co myślę. Nie zgodzić się z nurtem, z którym płyną inni. Wrzucić kilkanaście nic nie mówiących zdjęć na FB, oznaczyć się w kilkunastu miejscach, w których bywam i wyrażać swoje zdanie, tylko dlatego, że je mam. Kupić tę czerwoną marynarkę, przez którą będą się gapić, bo przecież ja zawsze ubieram się na czarno (zwłaszcza wtedy, gdy na biało). 

No i nie, nie jest mega proste. 
Bo głos więźnie w gardle i jest zbyt cichy. Bo kiepska jestem w konfrontacjach, bo nigdy nie uczono mnie, że swoje racje się udowadnia, raczej, że każdy ma swoją i że to spoko, że zawsze można się wymienić jakimś poglądem, myślą, wiedzą i że można się nie zgodzić i żyć dalej w peace and love i jak mawiał Dylan McKay żyć i dać żyć innym.  Bo wrzucenie głupiego zdjęcia może i jest proste, ale jakoś tak cholernie gniecie, bo nie jest moje i pociąga za sobą sznurki interpretacji zahaczające o katastrofizm. Bo gubię się, gdy słyszę: o, czerwona marynarka. Bo jestem typem osoby, którą dziwi zderzenie własnych myśli z rzeczywistością. Bo jestem rozproszona w kilkunastu swoich wewnętrznych światach. Bo śnię warszawskie podwórka, które tak naprawdę są hawańskimi studniami, małymi i wąskimi, obwieszonymi roślinami. Śnię opuszczone, najwyższe dachy miast, z których widzę, jak budują most, na którym już stoją ogromne lunety na widok, którego nie ma. I zawsze, gdy się budzę, to myślę, że jest to prawda. Bo mniej chętnie pracuję z ludźmi, którzy piszą niedbałe i niegramatyczne maile. Bo większość sytuacji, w których znajduję się każdego dnia, sprawia mi wewnętrzny ból, co wiążę mi język i zastyga ciałem. 

Bo jestem nieśmiałym, wątpiącym w siebie introwertykiem. 
Co jest niezwykle pięknym ale jednocześnie niezwykle upierdliwym i kompletnie nieżyciowym połączeniem. 

W swoim niedostosowaniu, niezrozumieniu zamykałam się jeszcze bardziej. Stworzyłam swój bezpieczny świat z tymi, co przy mnie ramię w ramię. Tak, aby nic z tego, co na zewnątrz nie mogło nas dosięgnąć. 
A w międzyczasie było mi niezmiernie ciężko. Bo najbardziej pechowe jest to, że jestem uważana, za duszę towarzystwa. I jestem tą, która skleja ludzi. Między towarzyszeniem i klejeniem odchorowywałam wieczorami i dosłownie kuliłam się rano pod kołdrą. Płakałam po kątach i krzyczałam cała w środku. Na jednym z warsztatów w Utrechcie, gdy myślałam, że już nie dam rady, ktoś podrzucił mi tytuł Ciszej proszę. Nie zdążyłam jeszcze wypakować walizki po powrocie, a już pobiegłam kupić tę książkę. I poczułam się lepiej. Przez jeden cały piękny rok, czułam się lepiej. Nie myślałam, już, że inni to... 

Przypomniałam sobie to piękno, tę przestrzeń, ten spokój, które we mnie zawsze były i polubiłam się na nowo. Każdy jednak wie, że kij ma dwa końce i tak samo było w tym przypadku. Bo gdy przypomniałam sobie, że bycie wycofanym to nic złego, gdy uwierzyłam, że nie muszę się do niczego zmuszać, że mogę pozostać w swojej strefie komfortu, to zaczęłam dziczeć jeszcze bardziej z każdą szansą którą przepuściłam między palcami. Bo strefa komfortu bywa jak toksyczny znajomy, o czym pisałam tu.  Moje wyzwolenie stało się granicą. 
Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo mocno można się ścisnąć samemu w sobie. Ze wszystkich strachów najstraszniejszy jest ten przed życiem i sobą samym. Pomyślałam, że potrzeba mi wyluzować, a że nie bardzo miałam pomysł na to jak, to zapytałam Google. Tam wyskoczyło mi jak poluzować kaczkę, co z kolei skojarzyło mi się z Julie i Julia i chyba tylko dlatego poszłam na film. I choć Manchester by the Sea jest najsmutniejszym filmem, jaki widziałam, to napisy końcowe pachniały nadzieją. Pomogło. To prawda, że Google ma rację. 

Kiedyś ktoś powiedział mi, że szczęściarze to ci, których dopuszczam do siebie, bo otwieram im oczy na wszechświat. 
A ja myślę, że mam szczęście do ludzi, że trafiam na tych, którzy też otwierają mi na coś oczy i głowę. 
Dzisiaj muszę otworzyć oczy na złoty środek. Wybrać z introwersji to, co najcenniejsze, pracować nad tym, co najsłabsze. 
Dzisiaj muszę zdecydować, czy stchórzyć, czy złapać byka za rogi. I choć odpowiedź wydaje się być łatwa, to wcale nie jest.
Jak zawsze boję się przegapić ten moment, tę cienką granicę pomiędzy byciem za bardzo i zbyt mało. Być w sam raz. Problem jest taki, że nawet gdy lekko uchylam lufcik swojego wnętrza, to już wydaje mi się, że jestem już za. 

Podobno moje I am mnie na przedramieniu świadczy o pewności siebie. Może podświadomie chciałam to przywołać. A może tak po prostu wyszło. 
Wychyliłam się, bo w pewien wtorek postanowiłam być odważna. I okazało się, że nie bolało. 

Obierz kierunek i się go trzymaj, póki niesie spełnienie. Otwórz się i chłoń. Dawaj i bądź.

Wiecie, że spokój jest moją bronią, tarczą i oddechem? 
Ja przez ostatnie lata nie wiedziałam.  



poniedziałek, 6 marca 2017

zwiedzam świat

zwiedzam świat
Wrocław,  ulica, serendipity, katie-lamassu


W lutym terenowe auto skasowało mój samochód, a tydzień później zmieniłam pracę. Te dwa zdarzenia wywróciły cały system na lewą stronę, do góry nogami i w poprzek. Nowy etap nabrał zupełnie innego znaczenia. 

Tą zmianą oddałam siebie miastu. I teraz ono rewanżuje mi się w szumie ulicy, rozmowach w tramwaju, rytmie wybijanym przez sygnalizację świetlną, klaksonami, liniami wysokiego napięcia i brukowaną kostką pod podeszwą. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak bardzo brakowało mi tego miejskiego mormoranda. 

Teraz jestem tą dziewczyną w słuchawkach, wełnianych rękawiczkach i grubym szaliku i trochę czuje się, jak aktorka filmu offowego, która chodzi w rytm własnego soundtracku. A miasta nie widać z wiaduktu, którym jadę wypchanym autobusem, bo na wszystkich domach, dachach i wieżach położył się smog i zjada moje miasto. Dzięki tym podróżom już wiem, że koty na zaparowanych szybach rysują dorosłe kobiety w białych rękawiczkach na ostatnim odcinku swojej podróży, a potem wyskakują z autobusu na najbliższym przystanku, jak koty właśnie. I tylko one i ja znamy mruczącą tajemnicę. Zauważam kuriozalne stragany rozłożone przy fontannach, na których możesz kupić rosyjską płytę winylową, dwa kieliszki i jednego(!) buta. 
A gdy zagubi się tramwaj, to wchodzę do parku, w którym jeszcze nie wycinają drzew i słucham. Tutaj wiosna na całego. 
Mogłabym też przysiąc, że widziałam Pomarańczarkę z obrazu Gierymskiego, gdy przechodziła świtem przez jeszcze pustą ulicę z pustą torbą bez pomarańczy. 

I choć porankami gubię swój cień drogą do łazienki po omacku, to lubię te poranne dojazdy i popołudniowe powroty. Pozwalają mi się nastroić. Czasem jeszcze chowam się między murami bramy do mieszkania, w którym kiedyś mieszkał czarny kot lub na tym podwórku, gdzie paliłam papierosy rozmawiając o filmach po wyjściu z kina, którego już tu nie ma. Zamykam oczy, opieram się o ścianę, oddycham, nie myślę, nastrajam się. 
Potem siedzę prawie pod samym niebem. Z mojego okna widzę chmury. Ich wszystkie warstwy, które płyną, które rzucają na wysokościowce plamy słońca lub skrywają je w cieniu. 

I ja tutaj też, czasem błyszczę w słońcu swojej radości i odkrywaniu nowego, a czasem skrywam się w cieniu swojej nieśmiałości i wycofania. 

Bo oswajanie to bardzo długi proces. 

poniedziałek, 27 lutego 2017

change time

change time
serendipity, katie, lamassu


Nigdy nie byłam nowa. Nigdy nie wchodziłam do klasy czy grupy w trakcie. Każdy mój początek był tak samo początkiem dla innych. Każdy początek wbijał mój wzrok w czubki palców i jak mantrę powtarzał słowa tylko się do mnie nie odzywaj na przemian z niech ktoś do mnie zagada, żebym nie stała jak ten cieć i czasem no zagadaj do kogoś. W nowej grupie stałam z boku, z tym spokojem na twarzy i delikatnym uśmiechem, podczas gdy we mnie toczył się najbardziej burzliwy dialog świata. I za każdym razem to ktoś wybierał mnie na towarzysza w parze, ławce. Przez to stanie z boku i powściągliwość, byłam idealnym celem dla wszystkich tych, którzy w nowym miejscu chcieli pokazać, że wcale nie pasują do szuflady nieśmiałości, do której wrzuciło ich ostatnie środowisko. Miałam tą przyjazną twarz na korytarzu, która mówiła wszystkim tylko trochę mniej wycofanym niż ja, że można się odezwać, a ja nie odgryzę głowy. 

W nowych miejscach możesz być najlepszą wersją siebie, bo możesz być sobą. Jeszcze nie masz łatek, ani tej przegródki w szufladzie, jeszcze nie plączesz się w zależnościach, społecznych interakcjach, nie odstawiasz tańców plemiennych i nie masz pojęcia, przy kim trzymać język za zębami.

W czasie rozmowy, która spadła jak grom z jasnego nieba, byłam brutalnie szczera. Może to było zbyt szczerze?, myślałam, gdy udzielałam odpowiedzi na zadane pytania. Ale zaraz potem uspakajałam się myślą, że nie mam już 25 i nie będę opowiadała bajek o sobie samej.

- No sprzedaj się jakoś.
- No nie.

To, co naprawdę mogę powiedzieć, że lubię w sobie mając te 35 lat to uśmiech, świat wewnętrzny i tę świadomość, że nie mam potrzeby robienia wrażenia na innych. 

Mogłabym użyć kilku mądrych słów i z pewnością siebie udawać, że żadne zagadnienie nie jest  mi obce. Mogłabym odegrać rolę życia, bez zająknięcia. Zrobiłam natomiast coś, co każdy specjalista od rekrutacji mógłby zawrzeć w tekście: 10 rzeczy, dzięki którym nie dostaniesz pracy. Myślę, że zrobiłam ich 11, nim zdążyłam otworzyć usta. 
Zaraz potem mówiłam wprost o swoich niedoskonałościach, o tym, czego w swoim stylu pracy nie zaakceptuję, na jakie kompromisy nie pójdę i jak bardzo nie wierzę w kilka spraw wpisywanych w listy motywacyjne. 

Wygrałam szczerością. I teraz jestem nowa.

Mówią, że trudne są początki. Dla mnie trudniejsze są końce. Te tuż przed metą, gdy już myślisz, że nie dasz rady. Te kilka metrów przed schroniskiem, gdy opadasz z sił. I te w ostatnich dniach pracy, gdy nie masz już serca. Przebierałam nogami na to nowe, jak chyba nigdy wcześniej.

Bycie nowym wyzwala nasze najlepsze cechy, które gdzieś tam się przykurzyły i takie, o których na co dzień zapominamy. Bycie nowym to wklejenie siebie w nowy kontekst i w nowe tło, w którym - na nowo (sic!) nabiera się własnych konturów. Bycie nowym jest po to, by zaskoczyć samego siebie sobą samym. Bycie nowym, to takie bycie kotem jeszcze bardziej niż zwykle.

Bycie nowym to odkrywanie siebie przez pryzmat innych. Przypomnienie sobie, jakie robi się pierwsze wrażenie, obudzenie siódmego zmysłu, wyczuwanie energii innych osób. Czasem to uruchamianie zachowań, które nie są na wyciągnięcie ręki, do których trzeba się dokopać, które trzeba sobie przypomnieć. Bycie nowym to odklejanie się od starych schematów, ciężkie jak zrywanie starej naklejki z okładki zeszytu. I akurat w tym jest pewne pocieszenie, że nie wszystko da się usunąć. To konfrontacja siebie z własnym wyobrażeniem. To rozwój.

To też odpowiedzi na mrożące krew w żyłach pytania typu gdzie trzymamy żółte karteczki? (jakie karteczki?!). To wewnętrzny krzyk przy small talkach i świadomość, że od jakiś kilku godzin mózg nie przyjmuje już nowych informacji, nie rejestruje twarzy i gubi się w korytarzach - w poziomie i w pionie ;)
To takie bycie w niebyciu.
To walka na kilkunastu frontach toczonych podskórnie, przykryta uśmiechem i spokojnym głosem. To szukanie miejsca, w którym można się zaszyć, by wziąć parę głębokich oddechów. To śpiewanie w głowie I co ja robię tu? oraz Mam tę moc na zmianę. To zaskoczenia i obietnice.

Z dziecięcą ufnością (mylnie zwaną naiwnością), z wrodzonym sceptycyzmem (mylonym z negatywizmem), ze swoimi granicami (mylonymi z wyobcowaniem), ze wzrokiem wbitym gdzieś przed siebie (mimo iż nadal uwielbiam swoje stopy), będę odkrywać nowy świat. 
Zwłaszcza ten mój wewnętrzny.

Jak jesteś nowym, to możesz być kim chcesz.
Dlatego jesteś sobą.

środa, 15 lutego 2017

dreams

dreams


Patrzę na skałę która wyrasta tuż przede mną i wiem, że jesteśmy po przeciwnej stronie drogi. Brzydką, surową szosą mkną małe busy, w kolorze cytryny. Wszystko inne: góry, niebo, moje dłonie, Koloseum, którego nie powinno tu być, ponczo i kapelusz naszego przewodnika, wszystko to jest w kolorze ciepłej ziemi, która właśnie wchłonęła sporą ilość deszczu. Na migi próbuję pokazać, że jesteśmy po złej stronie szosy. Przewodnik ma minę, która jednocześnie może oznaczać bezmiar mądrości jak i nieskalanie myślą. Schodzę z muła. Przewodnik bez dwóch zębów odsłania z brzegu góry ręcznie tkaną makatkę, za którą skrywają się gliniane tunele. Idziemy przez nie tylko chwilę. Gdy wychodzimy nadal jestem po złej stronie drogi i czeka na mnie znudzona lama. Płacę pięć centów i paczkę krakersów za wycieczkę nie pod tą górę co trzeba, dostaję zdjęcie z lamą na tle Koloseum, którego nie powinno tu być i znów wędruję korytarzami wydrążonymi w glinie. 

Gdy wychodzę jestem już na bosaka. Razem z M-ką przebiegamy po kolorowej posadzce, by jak małpy w gaju wspinać się po balkonach i parapetach. Parapety skrzą się turkusem, a na balkonach kwitną zioła i suszy się pranie, które plącze się wokół naszych nogawek. Ktoś coś pokrzykuje, a my odmachujemy ze śmiechem w rytmie brzęczących na naszych nadgarstkach bransoletek. Biel jest grecka a błękit marokański. Jest upalnie, mamy na sobie turkusowe sukienki i patrzymy w dół na parę surferów, którzy nie wiedzą, że idąc białą plażą weszli w mój minimalistyczny kadr, który obfotografowuję z każdej strony. Właśnie wtedy myślę sobie, że lubię te delegacje do Brukseli, zwłaszcza od tego momentu, gdy pomyśleli o rajskiej plaży.

Dzwonek do drzwi. Kurier wnosi kilka ogromnych pudeł z nazwą wydawnictwa w miejscu nadawcy. Rozdzieram kartony i wyciągam kilkadziesiąt książek, wściekła, że ze wszystkich rzeczy, jakie mogłam napisać, napisałam opowiadania kryminalne. Gdy przesuwam dłonią po twardej okładce, to pod opuszkami palców wyczuwam wypukłość liter tworzących moje imię i nazwisko. I boli mnie, że na stronach jest wszystko inne niż to, co do tej pory napisałam.

Po prostu siadam przy barze i proszę o dużą kawę z mlekiem, która okazuje się też być kawą gigantem, więc proszę jednocześnie o pad-thai, bo przecież jest to zupełnie logiczne. Miał być na wynos, a jest w pięknej kamionkowej misie. Zostaję niechętnie, bo nagle z poranka zrobił się wczesny wieczór, ja wpadłam tu przecież tylko na chwilę, a grupa studentów oblewa kolejny egzamin. Za barem szczęśliwa, piękna i uśmiechnięta Kinga Rusin ma swój dyżur i nie jest prawdą to, co piszą w tabloidach, bo w ogóle nie przeszkadza jej, że jest na zmianie z Hanną Lis.

__

Śnię pięknie i brutalnie. Ironicznie, bezkompromisowo i realistycznie. Od pyłku na klapie marynarki, przez zawinięty róg chodnika, po ziarenka piasku wbite pod paznokieć. Śnię kolory, gotowe kadry, sok granatu spływający po brodzie i zapach wody z oceanu. Śnię dotyk dłoni na mojej szyi i to, jak brzeg sukienki muska moje łydki. Śnię nastroje i lęki wyczuwalne pod skórą, pomieszczenia, których nie ma, taśmę z supermarketu, którą suniemy wszyscy do kasy, gdzie zmieniają nas w postacie animowane, z bajek, których nikt nie ogląda. Śnię smaki i zapachy, kształty i dźwięki. Śnią mi się te same pomieszczenia po latach wypełnione inną treścią. Śnię miasto, które nie istnieje, a które kryje się gdzieś po chodnikami, trzeba tylko wiedzieć, którą kostkę brukową przekręcić siedem razy w stronę przeciągającego się kota. Śnię też koty znudzone i siebie też śnię, taką, że aż budzę się oniemiała, że tak można. 

W moich snach jest bardziej, mocniej, pełniej. I choć nierealnie, to zdecydowanie bardziej uczciwie.
Nie, nie budźcie mnie. 

poniedziałek, 6 lutego 2017

zwyczajne cuda

zwyczajne cuda

Wiesz, to pewnie absurdalne, żeby pisać do ciebie. Najrozsądniej byłoby zapomnieć o twoim istnieniu. Puścić w niepamięć jak setki nic nieznaczących faktów, które przelatują wokół moich uszu, oczu jak stadami każdego dnia. Jak na przykład kobaltowe kolczyki tej pani, co stała przede mną w kolejce w listopadzie, gdy tak bardzo mi się spieszyło, bo już tego bezczynnego stania znieść nie mogłam. Jak gatunek kwiatów w czwartej scenie, siódmego odcinka serialu, który właśnie kończę. Jak piosenkę, którą puszczono po serwisie informacyjnym tej środy, gdy tak mocno padał śnieg, ale jak widzisz moja niepamięć ma skazę kolekcjonowania i zapamiętywania, na wszelki wypadek (robiłam ostatnio taki test na talenty i wyszło, że jednym jest właśnie kolekcjonowanie informacji, faktów, zdarzeń). Dlatego, nawet jeśli bym chciała, to w niepamięć ciebie puścić nie mogę, ale tak naprawdę nie chcę. Myślę, że należy ci się pamięć przez szacunek, bo dzięki tobie zrozumiałam, z czym mi nie po drodze. 


Pewnego ranka wstałam i otworzyłam okno. Mroźne powietrze wpadło do pokoju, owinęło moje nagie łydki i ramiona. M-ka schowała głowę pod kołdrę, kot wskoczył na parapet i miauknął tęsknotą na świat, a ja jęknęłam tym samym wraz z nim. W jednej chwili przyszło otrzeźwienie i ciepło.   Potem było śniadanie i gorąca kawa, której zapach unosił się po całym mieszkaniu i wtedy pomyślałam, że tak wiele ze zwykłego świata mnie omija.  Przestałam sobie wmawiać, że jest super i po prostu mam taką naturę i poszłam do kogoś, kto się zna. Bo wiesz, nie warto się męczyć z samym sobą. I choć wciąż słyszałam od ciebie, że żadne działanie nie ma sensu, że nie uda mi się nic prócz ośmieszenia, to wbiłam palec w gruby kokon i wydłubałam w nim dziurę na świat. Ten świat nie był wcale taki zły, trochę pokrzywiony w swoje śmieszności, ale tak naprawdę całkiem zwyczajny. Tak zwyczajny, że aż zaparło mi dech. Dłubałam więc coraz mocniej i widziałam coraz więcej i coraz więcej mnie wychodziło na zewnątrz kawałek po kawałku. Czasem ktoś nieświadomy wysiłku jaki toczę, nadepnął na palec, zdzielił po głowie, wymusił krok wstecz, ale dalej dłubałam i wyściubiałam. 

Pojechałam w góry i taplałam się w śniegu i przywiozłam siwy włos. I naprawdę myślę, że on nie ze starości, ale z ogólnego wkurzenia (by nie powiedzieć dosadniej), choć dziś już go nie widzę, może więc to jednak starość, która także rzuciła mi się na wzrok, albo na umysł zakłamując rzeczywistość. 
Dotarała do mnie waga uwzględnienia w czyimś excelu w formule marzenia, potrzeby, radości i uniosło mnie trochę nad ziemię. 
Czy wiesz, że w soboty ludzie nucą podczas porannych zakupów, a chłopcy karmią na przystankach tramwajowych swoje dziewczyny kostkami czekolady? Bo ja już to wiem.
Cały styczeń swą zwyczajnością przerósł minione 12 miesięcy. Tym telefonem, co wywrócił stary porządek rzeczy podwójnym saltem do góry nogami, tymi łzami przez wyśpiewane piosenki na scenach teatru, przez zatańczone M-kowymi stopami układy. Tymi wzdrygnięciami od dobrej prozy, muzyki, wystawy, dobrego wina i tego, jak gładko masło rozsmarowuje się na kromce. 

Droga D.: dziękuję, ze pokazałaś mi, czego nie chcę stracić. Lekcja odrobiona.
 A teraz grzecznie proszę: spadaj (żeby nie powiedzieć dosadniej).

piątek, 27 stycznia 2017

the long way home

the long way home
Karavan | tożsamość


Choć na chwilę załóżmy, że jechała sama. Inni mieli dotrzeć jakiś czas po niej. Albo jechała do niego, bo on już tam na nią czekał z nową wersją życia. Być może była młoda i upinała modnie włosy, a może miała już wszystkiego dość. Tego tłoku, tułaczki, tłumów, tobołów, marudzących dzieci i tych włosów lecących w każdą stronę, do których miała już najmniej siły. Może była pełna nadziei, a może nie miała jej wcale. Może miała tylko jedną walizkę, a może kilka tobołków i krowę. Może wciąż wierzyła, że całkiem niedługo wróci do swojej chaty, gdzie choć wszystkiego jest niewiele, to to niewiele jest wszystkim z widokiem z okna na czele. Być może przesiedziała na dworcu kilkanaście dni wśród innych bezdomnych z nowym adresem w dłoni, tak jak ona. Może szybko znalazła dobre miejsce, albo może musiała je dzielić z innymi, choćby z tymi, którzy mówili tym znienawidzonym językiem.  

Moja dziecięca naiwność kazała mi zawsze wierzyć, że ten odzyskany świat budził radość. Dziś myślę, że głównie niepokój, strach, obcość i niepewność.

*
Przez bardzo długi czas na miasto i jego tożsamość patrzyłam przez pryzmat urbanistyki, siatek ulic, budynków, które zmieniały swoje funkcje, kolory fasad, okna, ale nadal były punktami odniesień. Tak, jak chciał Peiper, dostrzega(ła)m piękno sklepowych witryn, powab sunących tramwajów. Wzruszają mnie elewacje, śpiewam fontannom. Mostom, skwerom i tym zapomnianym domom przesyłam uśmiech, nadaję im własne pseudonimy, zatrzymuję się nad tymi zapomnianymi, zaniedbanymi. Bo miasto to kostka brukowa, kolorowy kafel, klinkierowa cegła i wykusz nad bramą. To rdzawa dachówka i ulica odmierzona jak od linijki. Miasto to organizm, to historia wznoszonych budynków.

Dziś myślę, że miasto to przede wszystkim ludzie.

*
Jestem potomkiem przesiedleńców. I choć nigdy wcześniej nie myślałam o tym zbyt długo (choć zapewne w ogóle, będąc dzieckiem wiecznie zachwycającym i dziwiącym się światu, nie wiedziałam co to oznacza), to teraz zaczynam myśleć w kategoriach bardzo indywidualnych. Myślę, że moja podskórna wiedza o tym, że nic nie trwa wiecznie, to poczucie tymczasowości, wypływająca gdzieś ze środka potrzeba bycia w ruchu, naturalność w dostosowaniu się do wszelkich zmiennych przy jednoczesnym pragnieniu osadzenia się, które jednak zawsze ma swoją granicę, są naturalną spuścizną emocjonalnych konsekwencji migracji społecznych przekazanych mi w genach.         

Był początek bardzo ciepłego lata. Miałam białą sukienkę i podkolanówki, sandałki z brązowej skóry i dopasowaną małą torebkę przewieszoną skosem przez ramię. We włosach spinki ze Smurfami. Była niedziela, karmiłam kaczki w parku, objedzona cukrową watą. Kategorycznie odmówiłam ciepłych lodów, które były dla mnie cukierniczym nieporozumieniem. Coś w tej powolnej niedzieli mnie zastanowiło, zadałam pytanie. I właśnie wtedy tato powiedział mi, że to dlatego, że to miasto było kiedyś niemieckie. Po pierwszym odruchu niedowierzania i zaskoczenia, przyszła ulga, że już jest "nasze", że jest w domu. Ale chyba i tak tego nie zrozumiałam. Byłam na to za mała i za bardzo zajęta kaczkami.

serendipity | katie | lamassu


*
Moje rodzinne miasto to poniemiecki bruk i kamienice. To wyglądające spod warstw tynku niemieckie słowa, to wiedza, że na tym samym piętrze, na którym mieszkałam przez chwilę o wiele wcześniej żyły Charlotte i Bertha.

Najpierw było Liże Twoje serce, potem Miedzianka, pomiędzy nimi małe podróże, zbieranie rodzinnych historii. Wszystko to nagle staje się opowieścią o tym, że życie nie znosi próżni. Opowieścią o życiu rozumianym, jako ciągły ruch, przeistaczanie się, cykl. To opowieści o zagęszczaniu, wypełnianiu struktur znaczeniami, własnymi sensami. To historie o oswajaniu nowych ulic, przestrzeni, pomieszczeń, o oswajaniu nowych ludzi, którzy stają się sąsiadami. To przeplatane z codziennością, prozaicznymi czynnościami, które trzeba robić, pytania o to, jak obłaskawić tę pustkę. I ten dom obcy, w którym ktoś inny spał, jadł, tańczył nocą na palcach w kuchni i rzucał w gniewie talerzami. I jak jeść z tych samych talerzy, grać na porzuconych pianinach i wysypiać się w obcych łóżkach ludzi, którzy byli po drugiej stronie barykady?

Jest jakaś czułość we mnie i wzruszenie na widok budynków przełomu lat 50. i 60. niezrozumiana przez znajomych. Bo przecież to brzydkie, nie takie i nijakie. Do tej pory myślałam, że to dlatego, że widzę kontekst, wyzwanie dla architektów, potrzebę budowania, wielkie architektoniczne wizje i ideały.

A teraz wiem, że w większej mierze wzrusza mnie to zagnieżdżenie, to bycie w domu, koniec życia na walizkach.

*
Załóżmy, że on na nią czekał. A ona miała tylko jedną walizkę, bo wszystko inne przewieźli już wcześniej, bo od wojny minęło już trochę. Nie na tyle, by nie budzić się z lękiem, ale w sam raz, by zacząć się przywiązywać. Włosy miała upięte, a dzieci biegały po okolicy, nie przywiązując wagi do tej chwili - to był już ich kolejny adres w nowych granicach, ich rodzice zostaną już tutaj na zawsze. Postawiła walizkę na ziemi, nabrała w płuca uzdrowiskowego powietrza, spojrzała na Góry Złote, które będzie od tej pory widzieć ze swoich okien. Po tych górach będą chodzić jej wnuki i prawnuki. Te prapra- pewnie też. Na oślej łączce, która jest za jej plecami,  będą organizować rodzinne spotkania przy ognisku, nawet wtedy, gdy jej już nie będzie. Tu będzie jeździło się na wyczekane wakacje przez kilka pokoleń. Ona będzie pracować w drogerii, potem tę posadę przejmie jej córka, Gertruda.

Dla wielu z nas dom babci Lonci, przy alei drzew, to taka wyspa szczęśliwa, miejsce beztroski, w którym każdy był tym, kim był.

To taki przykład, jak zasiedlić, nadać sens i znaczenie. Jak się zakorzenić w tym, na logikę, nieprzyjaznym miejscu.

sobota, 14 stycznia 2017

in the end

in the end
katie lamassu serendipity


R Ó W N O W A G A

Skakałam radośnie jak rodzina barona Von Trappa przy dźwiękach muzyki przez cały pierwszy nowy, niczym nieskażony tydzień, z tą naiwną nadzieją, że już właśnie tak będzie. Ale jak wiemy, idylla Von Trappów także się skończyła, gdy wojska niemieckie wkroczyły do Austrii. Nawet wtedy Julie Andrews ze śpiewem na ustach podnosiła ich na duchu, więc i ja podnosiłam samą siebie, gdy coś zatrząsnęło moim światem, ale w okolicy wtorku wpadłam w fałszywy ton.

Na początku było tak pięknie, jak tego dnia, gdy zerwała się śnieżyca i w przeciągu pięciu minut cały świat pokrył się białą ciszą i zrobiło się spokojnie i bajkowo, by z samego rana, równie spektakularnie, spłynąć błotem pośniegowym do studzienek kanalizacyjnych.

To jak dostać wymarzoną porcelanową lalkę, której nie możesz nawet dotknąć, nim wsadzą ją za oszkloną szybę na najwyższą półkę, byś nie mogła jej dosięgnąć, bo możesz zepsuć. A wtedy to już na pewno się nią nie pobawisz. Jak kolorowy cukierek lizany przez papierek, jak zarobek nieosiągalny bez skanu dowodu (to znana praktyka wśród freelancerów podawania fałszywych danych, by nie otrzymać grosza za garść znaków ze spacjami). Pocieszeniem minionego tygodnia będzie fakt, że bez krzyku, introwersją też można w życie wygrać przy pierwszym rzucie kośćmi, nim ci je zabiorą.


B E Z N O C

Zdarzają się takie noce, gdy otwieram oczy dokładnie po 6,5 godzinach beztreściowego snu (gdyby w totolotku były połówki, to obstawiłabym szczęśliwy numerek) i nie wiem nic. Przez godzinę lub trzy chcąc zmęczyć bezsenność czytam, oglądam, ale najczęściej jednak myślę. Myślę na przykład o psie, który kochał mnie, jak nikt inny dotąd, który bronił jak niepodległości przed wyimaginowanymi zagrożeniami w psiej głowie, który był wierniejszy niż pies z powiedzenia, który po prostu we mnie wierzył bezgranicznie na kanapie, w kukurydzy polu, na siedzeniu samochodu, a M-kę uczynił oczkiem w głowie swojego stada. W tych bezsennych godzinach podejmuję radykalne decyzje o liście tematów nieporuszanych z bliskimi i o grafiku pielęgnacji swoich stóp. A jak nie myślę, to słyszę, jak przez wywietrzniki w oknach, do domu wślizguje się smog i gilgocze moje gardło w ramach nocnych igraszek.

F I Z Y C Z N O Ś Ć

Pod wpływem gigantycznego stresu i naporu ze wszystkich stron sączonego dzień po dniu można czuć kołatanie serc w swoim sercu, to jak z każdym biciem multiplikują się na mniejsze, które każdym swym ruchem ocierają się o naczynia włosowate, giną w przełyku i szepczą swym ruchem w obojczyku o tym, że ich nie zatrzymasz żadnym spokojnym oddechem. A każde z nich ma skrzydła zbyt wątłe by ulecieć, zbyt głośne by zapomnieć.

Organizm może też przejść samego siebie wzdłuż i wszerz, wyjść ze swojej formy i pogrążać w stanie całkowitej nieświadomości fizycznej. Bo fizyczność to obosieczny miecz. Z jednej strony zachwyca, mami, zdobywa, z drugiej odrzuca, obrzydza marnością swej biologiczności i dosadnością argumentów, że jest tylko ciałem.

K O J E N I E

Płynna nowoczesność dotyka mnie, gdy rozgniatam kocią karmę w różowej misce, ale są przekroje, które układają warstwami wartości i mądrości spokojnie, jak babcia wafle i krem w piszingerze.
A potem muzyka na żywo i śpiew co wzdryga i oplata ciarkami i sunie strugami łez po policzkach, brodzie, zagłębieniach obojczyka, by wpaść w ten jar między piersiami i zastygnąć między nimi wzruszeniem, co liże me serce opowieścią o moim miejscu, która uświadamia mi tak dosadnie, jak bardzo kocham to poplątane miasto, które wymyślono od nowa.



S T O P K A  R E D A K T O R S K A

Dzwonkiem do drzwi politolog z Ukrainy i kamerzystka weselna wnoszą tą prawdę, że lepiej zapalić świeczkę, niż przeklinać ciemność, więc zapalam dla więźniów sumienia, mimo iż początkowo nie chcą dać mi zapałek, bo jestem małolatą, która nie ma jeszcze 25 lat, więc moje dodatkowe 10, schowane w umęczonej duszy i zmarszczonym umyśle przyjmują z niedowierzaniem i takim uznaniem, jakbym właśnie znalazła dowód na istnienie San Escobaru.

Pod koniec dnia piątego, gdy wszystkie skrzynki zapełnią się wiadomościami, które wyczekujesz każdym powiadomieniem od pierwszego dnia, gdy śnieg się nie topi, bawisz się lalką z lizakiem bez papierka w buzi, a z okienka uśmiechnięta blond panienka wypłaca ci należną wygraną i gdy po tym wszystkim należałoby wystrzelić korkiem z szampana odkrywasz, że MTV miało kiedyś rację, że na końcu, to już nawet nie ma znaczenia. 


niedziela, 8 stycznia 2017

małe szczęścia

małe szczęścia

mróz, frozen, katie_lamassu

Ósmego dnia pomyślałam, że jest całkiem miło. 

Mroźne powietrze poszczypało moje policzki nadając im kolorytu i przy okazji błysku w oku. W tej scenerii moje włosy są jeszcze ciemniejsze, a usta czerwieńsze i wizualnie znów całkiem blisko mi do Królewny Śnieżki. Emocjonalnie też, bo wysyłam swój uśmiech na cztery świata strony, do ściany przede mną, sąsiadów, psów, które zza zakrętu wpadają pod moje nogi i obcych mijanych na ulicy, którzy dość dziwnie mi się przyglądają. Jeszcze chwila i zacznę śpiewać do sikorek i kaczek.
Nawet w pracy z nieudawanym zdziwieniem stwierdzają: Ty się już drugi dzień z rzędu uśmiechasz. Tak po prostu.  Bo ja po prostu w ramach noworocznych postanowień, oprócz tego, że skończę TĘ książkę, posegreguję zdjęcia i m-kowe rysunki i tych z kategorii samorozwoju duchowo-zawodowo-ludzkiego, co się nigdy nie realizują, postanowiłam przekierować choć trochę tej radości, którą noszę w sobie na zewnątrz. Opowiadanie moich niezwykle błyskotliwych żartów samej sobie, jest jednak jakąś stratą dla świata. 

Mam świadomość, że to, że jest całkiem miło, to jeszcze konsekwencja działań, które nie zdążyły się skończyć przed 31 grudnia i 2017 wystartował trochę na dokonaniach 2016, ale postanawiam nie być aż tak małostkowa. Poza tym mój wewnętrzny cynizm, świadomość trochę jednak większa niż średnia krajowa sugerują mi, że lepiej to już było, więc niech przynajmniej będzie radośnie. 

Ósmego dnia pomyślałam, że nie trzeba zbyt wiele. Kilka przeczytanych stron, earl gray w ulubionym kubku, poranny zapach kawy parzonej w kawiarce, który unosi się między pokojami przez cały dzień, rozmowa z kimś bliskim lub obcym, film lub odcinek ulubionego serialu, szybki spacer i słońce skrzące się w śniegu, który skrzypi pod butami. Może nawet jakiś niewielki wysiłek fizyczny, ale wiadomo - bez przesady. Taniec na bosaka w kuchni do ulubionej piosenki, nierobienie zaległości w codzienności, nieodkładanie na stos wyrzutów sumienia, kilka słów zapisanych odręcznie w zeszycie. Dobra muzyka, mruczenie kota, m-kowy śmiech, jedna łyżeczka nutelli dziennie. 

Tylko tyle i aż tyle, by uśmiechać się kilka dni z rzędu, tak po prostu. 
Copyright © 2014 serendipity , Blogger