niedziela, 23 lipca 2017

high on a mountain top

high on a mountain top
zachód; serendipity, góry, Karkonosze

Góry mają smak pierogów z jagodami. 
Pachną powietrzem rozbijającym się na policzkach. 
W górach nikt niczego nie udaje. Ani przed innymi, a tym bardziej przed sobą. 
W górach jesteś najlepszą wersją siebie, bo sobą. W końcu, żeby pójść w kolejne metry nad poziomem morza, trzeba być uczciwym w stosunku do siebie samego, nazwać po imieniu swoje niedoskonałości, realnie ocenić siły. Góry to opowieść o  cesze, o której zbyt często zapominamy tam na dole: o pokorze. Przy każdym dzień dobry  na szlaku wraca mi wiara w człowieka. Przy zachodzie i wschodzie słońca obserwowanych ze schroniska myślę o tym, że to jest właśnie szczęście. 

Jeśli obudzisz mnie o drugiej w nocy, to bez zająknięcia wymienię porządki architektoniczne, powiem dokładną datę urodzin Mickiewicza i wymienię chronologicznie wszystkie filmy Marylin Monroe. Wiem, kiedy była bitwa pod Grunwaldem, jak brzmi III zasada dynamiki Newtona, wiem, że dla mnie Ania z Zielonego wzgórza zawsze będzie miała twarz Megan Follows a dla M-ki Amybeth McNulty (najpiękniejsza czołówka ever). I wiem też, że za 30 lat będę miała dom w górach (darmowy nocleg na hasło serendipity). Po prostu wiem. Jak tą całą resztę i jeszcze kilka innych spraw.

Miasto śni o agresji, o wojnie przed którą uciekam wydmami do baru, gdzie pod drewnianą podłogą chowam zdjęcia i drewniane fajki. Miasto śni o samotności i torebkach na każdą okazję trzymanych w hotelowej szafie. W mieście rzeczywistym stoję wśród świeczek i białych róż. Ze spakowaną torbą czekam aż przestanie padać, by wsiąść do samochodu. 
Być może za kilka godzin spotkacie nas na szlaku. Rozpoznacie nas po kolorowych paznokciach i fotografowaniu stóp.  



piątek, 7 lipca 2017

estranged

estranged
schody,serendipity, katie_lamassu


Znowu przyszło lato i koniec szkoły. M-ka zatrzasnęła świadectwo i zeszyty w szufladach biurka i pomalowała każdy paznokieć na inny kolor. Ja nie mogę się zdecydować, którą z kwiecistych sukienek ubrać następnego dnia. Znów kolekcjonuję piegi, które tworzą nowe gwiazdozbiory na mojej twarzy i wystawiam nogi do słońca. Każdego wieczora marzę o zboczach gór i złotym piasku pod stopami. Apetyt na wakacje mamy olbrzymi, a plany konkretne: będziemy bawić się świetnie, uczyć się robić balony z gumy do żucia i wyszywać haftem krzyżykowym (tak naprawdę to będziemy tego uczyć M-ki, bo ja już umiem). 

Czerwiec przeciągnął się delikatnie, jak kot. Zamruczał tymi chwilami, które niosły ukojenie i radość. Cztery kawałki bursztynu w metalowym kółku, wiatr od morza na policzkach i wpleciony we włosy, kawa pita na parapecie z widokiem na Gdańsk, koszulka ukochanego zespołu na ciele i ten podmuch ciepłego powietrza spełnienia na twarzy i rozwiane włosy idealnie w punkt w 0:24. To ten moment, gdy wiem, że wszystko, czego pragnę, jest możliwe, realne i na wyciągnięcie ręki, tak jak Axl i Slash przede mną na scenie.
Bo, po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że w życiu chodzi o to, co przeżyjesz, zobaczysz i co ciebie dotknie. Nowe tytuły i ciepłe słowa ze służbowej przestrzeni cieszą, ale nie mówią całej prawdy o mnie. A teksty piosenek, o wiele bardziej.

Czerwiec obfitował w truskawki, arbuzy i jedno serendipity obok drugiego. 

I myślałam, że czerwce się odczarowały, ale one zawsze mają w sobie coś z ostateczności, jak ten nagłówek publicznie bijący po oczach, a przecież o śmierci tak bardzo prywatnej.

Są wśród nas takie rzeczy, które się nie śnią. A są takie sny, które pachną tęsknotą za rzeczywistością.

W kalendarzu już lipiec i dobijam do wieku Marylin.
Kiedyś myślałam, że umarła staro.
Moje trzy siwe włosy śmieją się dziś z tego w głos.  


Z uwagą na 0:24



Copyright © 2014 serendipity , Blogger