Do pracy w maju przyszłam zupełnie nieprzygotowana, bo zapomniałam kalendarza z całą listą to do i do tego zmoknięta, jak kura, bo w moich strukturach myślowych maj nie jest miesiącem ulewnym. Do tego przyszłam zasmarkana, mięśniowo obolała, zaspana, z bardzo mocno zarysowanym planem na dziś: jak najszybciej wrócić do domu, pod kołdrę. Zdecydowanie lepiej komponowałabym się z listopadem.