poniedziałek, 6 marca 2017

zwiedzam świat

Wrocław,  ulica, serendipity, katie-lamassu


W lutym terenowe auto skasowało mój samochód, a tydzień później zmieniłam pracę. Te dwa zdarzenia wywróciły cały system na lewą stronę, do góry nogami i w poprzek. Nowy etap nabrał zupełnie innego znaczenia. 

Tą zmianą oddałam siebie miastu. I teraz ono rewanżuje mi się w szumie ulicy, rozmowach w tramwaju, rytmie wybijanym przez sygnalizację świetlną, klaksonami, liniami wysokiego napięcia i brukowaną kostką pod podeszwą. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak bardzo brakowało mi tego miejskiego mormoranda. 

Teraz jestem tą dziewczyną w słuchawkach, wełnianych rękawiczkach i grubym szaliku i trochę czuje się, jak aktorka filmu offowego, która chodzi w rytm własnego soundtracku. A miasta nie widać z wiaduktu, którym jadę wypchanym autobusem, bo na wszystkich domach, dachach i wieżach położył się smog i zjada moje miasto. Dzięki tym podróżom już wiem, że koty na zaparowanych szybach rysują dorosłe kobiety w białych rękawiczkach na ostatnim odcinku swojej podróży, a potem wyskakują z autobusu na najbliższym przystanku, jak koty właśnie. I tylko one i ja znamy mruczącą tajemnicę. Zauważam kuriozalne stragany rozłożone przy fontannach, na których możesz kupić rosyjską płytę winylową, dwa kieliszki i jednego(!) buta. 
A gdy zagubi się tramwaj, to wchodzę do parku, w którym jeszcze nie wycinają drzew i słucham. Tutaj wiosna na całego. 
Mogłabym też przysiąc, że widziałam Pomarańczarkę z obrazu Gierymskiego, gdy przechodziła świtem przez jeszcze pustą ulicę z pustą torbą bez pomarańczy. 

I choć porankami gubię swój cień drogą do łazienki po omacku, to lubię te poranne dojazdy i popołudniowe powroty. Pozwalają mi się nastroić. Czasem jeszcze chowam się między murami bramy do mieszkania, w którym kiedyś mieszkał czarny kot lub na tym podwórku, gdzie paliłam papierosy rozmawiając o filmach po wyjściu z kina, którego już tu nie ma. Zamykam oczy, opieram się o ścianę, oddycham, nie myślę, nastrajam się. 
Potem siedzę prawie pod samym niebem. Z mojego okna widzę chmury. Ich wszystkie warstwy, które płyną, które rzucają na wysokościowce plamy słońca lub skrywają je w cieniu. 

I ja tutaj też, czasem błyszczę w słońcu swojej radości i odkrywaniu nowego, a czasem skrywam się w cieniu swojej nieśmiałości i wycofania. 

Bo oswajanie to bardzo długi proces. 

4 komentarze:

  1. Może to Mc Cartneya but był :)Ciekawa kwadratura koła:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie! Pójdę jutro pod fontannę, może stragan z butem będzie...
      To S. Dróżdż :)

      Usuń
  2. Uwielbiam zwiedzać swoje miasto. Uściski Katie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za każdym razem jest zupełnie inne, prawda? :)

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger