Czasem myślę sobie, że gdybym trafiła tu na innym etapie życia zachłysnęłabym się tym całym światem tak bardzo, że zabrakłoby mi tchu. Nie oddychając, nie myślałabym trzeźwo - o ile w ogóle - tylko sunęłabym na pięknej bańce ku radosnej, świetlanej przyszłości, wypełniona po brzegi wodą sodową o smaku wielkości i nieomylności.
Gdybym trafiła tu na innym etapie życia, ktoś mógłby zrobić mi ogromną krzywdę, mówiąc, że jestem świetna, a ja bym w to uwierzyła.
Mijam na korytarzach kilka młodych wilków, tak niewiarygodnie radosnych, tak beztrosko sięgających po więcej, tak otwartych i przyjaznych, że przyglądam się temu z zaciekawieniem.
Przez krótki moment nawet mnie to śmieszyło, teraz jest mi zwyczajnie smutno.
Być może to już zupełnie inna generacja, która po prostu tak ma.
Być może tak należy grać siebie samego w wielkim świecie, by przetrwać.
Być może to wszystko pozy i maski ukrywające wielką pustkę.
Być może jestem z innego świata w jeszcze większym stopniu, niż myślałam.
Nowe powiadomienia o chęci dodania mnie do znajomych bardziej mnie stresują niż cieszą. Bo ja zaproszenia nie wysłałam żadnego, dla mnie to zbyt wcześnie. I mogłabym sobie fantazjować, że zwyczajnie popularna się stałam, ale myślę, że - w większości przypadków - zwiększam jedynie pożądaną statystykę i nie o bliższe poznanie mnie tutaj chodzi.
Cały paradoks polega na tym, że - choć wielu rzeczy nie pojmuję, choć wiele zdarzeń powierzchownością i fałszem trąca, choć niewiadomą wciąż dla mnie są prawdziwe intencje słów i czynów - dobrze czuję się w ich towarzystwie i darzę prawdziwą sympatią.
Czasem myślę, że trafiłam tu na odpowiednim etapie. Gdzie nie zachłystuję się i patrzę na rzeczywistość przez palce. Gdzie nie tak łatwo mnie kupić tanim pochlebstwem. Gdzie bańki puszczam M-ce. Gdzie nie muszę dookreślać siebie tym, co na zewnątrz.
I znów dziękuję wszystkiemu, co przydarzyło mi się do tej pory, za mój zdrowy dystans, pokorę, społeczne wyobcowanie i mój wewnętrzny świat.
On migoce najprawdziwiej.
Gdybym trafiła tu na innym etapie życia, ktoś mógłby zrobić mi ogromną krzywdę, mówiąc, że jestem świetna, a ja bym w to uwierzyła.
Mijam na korytarzach kilka młodych wilków, tak niewiarygodnie radosnych, tak beztrosko sięgających po więcej, tak otwartych i przyjaznych, że przyglądam się temu z zaciekawieniem.
Przez krótki moment nawet mnie to śmieszyło, teraz jest mi zwyczajnie smutno.
Być może to już zupełnie inna generacja, która po prostu tak ma.
Być może tak należy grać siebie samego w wielkim świecie, by przetrwać.
Być może to wszystko pozy i maski ukrywające wielką pustkę.
Być może jestem z innego świata w jeszcze większym stopniu, niż myślałam.
Nowe powiadomienia o chęci dodania mnie do znajomych bardziej mnie stresują niż cieszą. Bo ja zaproszenia nie wysłałam żadnego, dla mnie to zbyt wcześnie. I mogłabym sobie fantazjować, że zwyczajnie popularna się stałam, ale myślę, że - w większości przypadków - zwiększam jedynie pożądaną statystykę i nie o bliższe poznanie mnie tutaj chodzi.
Cały paradoks polega na tym, że - choć wielu rzeczy nie pojmuję, choć wiele zdarzeń powierzchownością i fałszem trąca, choć niewiadomą wciąż dla mnie są prawdziwe intencje słów i czynów - dobrze czuję się w ich towarzystwie i darzę prawdziwą sympatią.
Czasem myślę, że trafiłam tu na odpowiednim etapie. Gdzie nie zachłystuję się i patrzę na rzeczywistość przez palce. Gdzie nie tak łatwo mnie kupić tanim pochlebstwem. Gdzie bańki puszczam M-ce. Gdzie nie muszę dookreślać siebie tym, co na zewnątrz.
I znów dziękuję wszystkiemu, co przydarzyło mi się do tej pory, za mój zdrowy dystans, pokorę, społeczne wyobcowanie i mój wewnętrzny świat.
On migoce najprawdziwiej.