Ten kiosk w centrum miasta nadal stoi w tym samym miejscu i nadal jest kioskiem, mimo iż minęło 20 lat.
Gdy go mijam, myślę tylko o tej niedzieli, gdy wysiadałam z samochodu. Gdzie wtedy jechaliśmy? Nie pamiętam. Pamiętam tylko, jak mama dostrzegła ten kiosk, chwyciła mnie za rękę i stanowczym, niemal misyjnym tonem, powiedziała: chodź. To był taki moment wychowawczy. Sądzę, że obecność rubryki Mój pierwszy raz w gazecie kupowanej tylko za względu na informacje muzyczne, mocno wstrząsnęło moją rodzicielką. Tego dnia kupiła mi gazetę, którą sama czytała, gdy była w moim, ówczesnym wieku. Bez przesadnej ekscytacji zaczęłam ją czytać po powrocie do domu. I tak się zaczęło.
Co dwa tygodnie wtorkowe popołudnie wyglądało dokładnie tak samo. Po godzinie czternastej, zamiast prosto do domu, szłam prosto do kiosku i kupowałam kolejny numer Filipinki.
I potem najbardziej wygniecione miejsce na moim tapczanie, wygodny dres, koc, kubek herbaty. I byłam tylko ja. Od pierwszej do ostatniej strony czas tylko dla mnie. Celebrowałam te chwile. Zbierałam wszystkie numery. Co piątek, każda z wizyt W i Sz kończyła się tym, że siedziałyśmy w ciszy i przeglądałyśmy wszystkie egzemplarze. Kiedyś na czarnej stronie pojawiły się moje dialogi z tatą. Tak, to była moja gazeta. Bardzo ciężko przeżywałam wszystkie zmiany: od rodzaju papieru i czcionki, po zmianę redaktor naczelnej. Nadszedł taki dzień, że ktoś F wykupił, dał lśniący papier, więcej zdjęć butów i kosmetyków. I moja przygoda się skończyła.
Ileś lat później pojawiło się Zwierciadło. I znów: dres, łóżko, koc, herbata. Chwila tylko dla mnie.
Myślę o tym właśnie teraz, gdy wyciągam kolejny, nowy numer ulubionego czasopisma z torebki. Wyciągam i kładę na stertę poprzednich numerów. Tych nieczytanych od miesięcy, bo nie mam czasu.
I właśnie wtedy się zdenerwowałam. Dlaczego nie mogę znaleźć czasu na coś, co sprawia mi przyjemność?
I postanawiam sobie, że nadszedł czas, by reaktywować swoje małe przyjemności, które sprawiały, że czułam się lepiej ze sobą samą i ze światem.
Powrócą moje poranki i mocna kawa z mlekiem, miodem i kardamonem. Koniecznie z muzyką z dużą ilością szybkich i mocnych gitar. Tak rozpoczęty dzień niesie.
Powrócą moje popołudnia z herbatą, kocem i dobrą lekturą. Takie popołudnia dają ukojenie.
Powrócą moje wieczory przespacerowane miastem, wypite piwem przy barze. Takie wieczory pozwalają usłyszeć siebie.
To wszystko wróci. Wszystkie moje drobne przyjemności.
Wróci też pisanie. To daje mi radość.
Wróci jaśniejsza strona mnie samej. To już najwyższy czas, by zadbać o samą siebie.
Gdy go mijam, myślę tylko o tej niedzieli, gdy wysiadałam z samochodu. Gdzie wtedy jechaliśmy? Nie pamiętam. Pamiętam tylko, jak mama dostrzegła ten kiosk, chwyciła mnie za rękę i stanowczym, niemal misyjnym tonem, powiedziała: chodź. To był taki moment wychowawczy. Sądzę, że obecność rubryki Mój pierwszy raz w gazecie kupowanej tylko za względu na informacje muzyczne, mocno wstrząsnęło moją rodzicielką. Tego dnia kupiła mi gazetę, którą sama czytała, gdy była w moim, ówczesnym wieku. Bez przesadnej ekscytacji zaczęłam ją czytać po powrocie do domu. I tak się zaczęło.
Co dwa tygodnie wtorkowe popołudnie wyglądało dokładnie tak samo. Po godzinie czternastej, zamiast prosto do domu, szłam prosto do kiosku i kupowałam kolejny numer Filipinki.
I potem najbardziej wygniecione miejsce na moim tapczanie, wygodny dres, koc, kubek herbaty. I byłam tylko ja. Od pierwszej do ostatniej strony czas tylko dla mnie. Celebrowałam te chwile. Zbierałam wszystkie numery. Co piątek, każda z wizyt W i Sz kończyła się tym, że siedziałyśmy w ciszy i przeglądałyśmy wszystkie egzemplarze. Kiedyś na czarnej stronie pojawiły się moje dialogi z tatą. Tak, to była moja gazeta. Bardzo ciężko przeżywałam wszystkie zmiany: od rodzaju papieru i czcionki, po zmianę redaktor naczelnej. Nadszedł taki dzień, że ktoś F wykupił, dał lśniący papier, więcej zdjęć butów i kosmetyków. I moja przygoda się skończyła.
Ileś lat później pojawiło się Zwierciadło. I znów: dres, łóżko, koc, herbata. Chwila tylko dla mnie.
Myślę o tym właśnie teraz, gdy wyciągam kolejny, nowy numer ulubionego czasopisma z torebki. Wyciągam i kładę na stertę poprzednich numerów. Tych nieczytanych od miesięcy, bo nie mam czasu.
I właśnie wtedy się zdenerwowałam. Dlaczego nie mogę znaleźć czasu na coś, co sprawia mi przyjemność?
I postanawiam sobie, że nadszedł czas, by reaktywować swoje małe przyjemności, które sprawiały, że czułam się lepiej ze sobą samą i ze światem.
Powrócą moje poranki i mocna kawa z mlekiem, miodem i kardamonem. Koniecznie z muzyką z dużą ilością szybkich i mocnych gitar. Tak rozpoczęty dzień niesie.
Powrócą moje popołudnia z herbatą, kocem i dobrą lekturą. Takie popołudnia dają ukojenie.
Powrócą moje wieczory przespacerowane miastem, wypite piwem przy barze. Takie wieczory pozwalają usłyszeć siebie.
To wszystko wróci. Wszystkie moje drobne przyjemności.
Wróci też pisanie. To daje mi radość.
Wróci jaśniejsza strona mnie samej. To już najwyższy czas, by zadbać o samą siebie.