niedziela, 20 listopada 2016

autumn leaves

autumn leaves
Jesienią mam zbyt dużo myśli i zbyt mało czasu, na ich spisywanie. Jesienią chowam się pod kocem i gubię w książkach. Jesienią jeszcze bardziej uciekam do siebie i mówię obrazami. 
Czasem wystawię stopę spod koca, wyściubię nos z wewnętrznego świata. Czasem zrobię coś tylko dla siebie wychodząc poza swoją strefę komfortu. Zapełniam karty pamięci krzywymi kadrami, na widok których uśmiecham się. To, co widzę, to tylko jedna z warstw, każde zdjęcie to historia, chwila, emocja. Gdy zrobię słabe zdjęcie, to po czasie wiem, czemu nie był to najlepszy dzień. Gdy zrobię dobre, to doskonale pamiętam, co czułam, łapiąc kadr. Czasem myślę, że moje zdjęcia więcej mówią o moich nastrojach, niż o tym, co na nich. 
Lubię też siebie sprawdzać, próbować, wyściubiać ten nos, dawać się inspirować, wciągać do zabawy. Gdy Natalia z bloga Jest Rudo ogłosiła jesienne wyzwanie fotograficzne, pomyślałam, że jest niezwykle sympatyczne i takie po prostu, bez nadęcia, jak lubię. Potem pomyślałam, że w zasadzie, to czemu nie? Mogę spróbować, tak sama dla siebie. Zamknąć w folderze, tylko dla moich oczu. A dziś myślę, że wyciągam stopę spod kołdry i wyściubiam nos, bo taka właśnie była moja jesień, której wciąż nie mam czasu opowiedzieć Wam słowami. 

moje miejsce

To zawsze będzie moje miasto. Ta siatka ulic, którą odkrywam każdego dnia na nowo. Architektura, skwery, parki i ludzie. To wszystko, co każdego dnia zachwyca i wygląda wciąż tak samo, choć zawsze zupełnie inaczej. I wszystko to, co widzę po raz pierwszy. Miasto umie zaskakiwać.

kałuża

czułości

W ciągu dnia świat zatrzymuje się na parę chwil, co najmniej dwa razy. Wtedy, gdy rozczesuję M-ce włosy. To taka chwila skupienia, ciszy i miłości. Z wyjątkiem chwil, gdy M-ka mówi "ała" ;)


zjem cię

Niezawodny sposób, by uśmiech nie schodził z twarzy cały dzień. Nie wiem, kto wymyślił bezę, ale jest moim idolem.



drobny szczegół

Padał deszcz i spieszyłam się do pracy. Ten liść na dachu samochodu zatrzymał mnie kilka długich chwil. I zrobił mi dzień.


wyjątkowe

Jak każdego listopada u nas - Dinovember. Tej nocy dinozaury tańczyły w balecie.

dinozaury

tak pachnie jesień

Goździki, pomarańcze, wieczór, koc, kot.



vintage

Nie ma znaczenia, jak często przechodzę obok tej secesyjnej kamienicy. Nie ma znaczenia pora dnia, roku, ani to jak bardzo jestem spóźniona. Zawsze muszę zrobić jedno zdjęcie. Albo dziesięć.

kamienica, secesja, Wrocław, architektura


tylko rano

Pod pościelą niebieską ja. Pod różową M-ka. 


atrybuty jesieni

Obsadziłam nim cały balkon. Roślina magiczna. Celtowie łączyli go z umiejętnością zachowania duchowej równowagi. Pewnie dlatego tak bardzo go lubię. Tylko już trochę mi na tym balkonie zmarniał.

jesienne wyzwanie fotograficzne


noszę

Parasol. Jak żadnej wcześniejszej jesieni.


najważniejsze

Korzenie, historia, rodzina. Miłość do cygańskiej księżniczki, powstanie styczniowe, tyfus, tunel i najbujniejsze loki w rodzinie. A to tylko jedna z gałęzi. Robię drzewo. I się zatracam. 


w dłoniach

A zaraz potem w kieszeni. Przez całą jesień.






sobota, 5 listopada 2016

family portrait

family portrait
obraz kilim lampa

Przy grobach swoich pradziadków M-ka śmieje się w głos wspominając i opowiadając historie, które wypełniały jej dziecięcy świat. Cieszy mnie to, ale i też zazdroszczę. W moich wspomnieniach jest jedna prababcia, ta, w której kryształowym lustrze przeglądam się każdego dnia, którą pamiętam jako milczącą kobietę o długich, srebrnych włosach upiętych w kok. I im tak dłużej myślę, tym bardziej dociera do mnie, że wszyscy, których pamiętam z czasów dzieciństwa w moich wspomnieniach są cichymi postaciami, zamkniętymi w jakimś jednym ruchu. Są jak zdjęcie, pocztówka z dawnych lat, na widok której uśmiechasz się i czujesz ciepło, jakby ktoś objął cię swoim ramieniem. Prababcia E. siedząca tyłem, dziadek T. na taborecie naprawiający radio, wujek T. podciągający spodnie, ciocia W. kładąca talerz z kanapkami na stole, wujek H. zaciągający się papierosem mówiący niskim głosem o czymś, czego nie rozumiem, ciocia J. robiąca herbatę z konfiturami... 

Proste, codzienne gesty, najzwyklejsze, nie mówiące o człowieku nic a jednocześnie tymi czynnościami nadające cały charakter i moją wiedzę o nich. To cały zestaw przymiotników, którymi mogłabym ich opisać, które powiedzą wszystko o tym, jak ich widziałam, jak ich pamiętam, ale nie powiedzą wiele o tym, kim byli.   

To za co lubię pierwszy dzień listopada, to historie rodzinne, które pojawiają się tak nagle, jak płomień w zniczu. Stoję przy grobie prapradziadka, po raz pierwszy tak naprawdę rejestrując, kto nosił to imię i nazwisko wyryte w zmurszałym już kamieniu. Nagle dociera do mnie, że z ostatnim pogrzebem kilka tygodni temu, odeszła ostatnia osoba z tej gałęzi co nade mną, która pamiętała i mogła wiedzieć. I czuję, że chcę wiedzieć, jak te moje korzenie łączą się w podziemnych korytarzach z korzeniami innych drzew. I szalenie ważne są dla mnie informacje, że prababcia pochodziła ze Lwowa, a pradziadek był krawcem o przestrzelonych palcach, że AK, Wołyń, Monte Cassino, ucieczki, schwytania, to nie tylko wiedza historyczna, ale rodzinna, która gdzieś tam się wypala, jak znicz. A ja wiem, że trzeba pamiętać, z różnych powodów, a przede wszystkim dlatego, że zwyczajnie jestem.

Zaczynam więc szukać i zbierać. Szukam zupełnie czegoś innego, a tu nagle dzieje się serendipity. Słucham i widzę te schody, które wydawały mi się prowadzić tak bardzo wysoko, a nie na pierwsze piętro. Widzę ten stół, przy którym jadałam śniadania i ten gest, gdy Druhna Wanda stawiała na stole talerz z kanapkami. Widzę te tory, na które patrzyłam z okien łazienki. Znów czuję zapach tego domu i tych wakacji. Kilkakrotnie odsłuchuję moment, gdy ciocia czyta słowa wpisane do pamiętnika przez moją prababcię. To właśnie w tym momencie przestaje być odległym przodkiem a staje się częścią mnie. A ciocia W. i wujek H., do których przez tyle lat wysyłałam najpiękniej wykaligrafowane życzenia świąteczne, mają nagle inny wymiar i chyba czuję dumę. Tak, myślę, że to własnie to. Jeśli macie ochotę posłuchać audycji o Druhnie Wandzie - starszej siostrze mojego dziadka - i jej mężu dumnym z bycia kolejarzem, posłuchać skrzypienia schodów, po których wchodziłam nie raz, to zapraszam pod ten link: Wanda i Hubert.

I być może nie ma to żadnego związku, a może ten związek o potrzebie pamięci i świadomości własnych korzeni, swojego miejsca w świecie, osadzenia się, widzę tylko ja. Jestem z poszarpanych historii, utkana z nitek, które biegły od morza i od zachodu i też z jego wielu stron. I wiem, że te nitki to  nie tylko smak dżemu agrestowego, uśmiech z zachowanych zdjęć i lustro w przedpokoju. To nitki poprzecierane, zabarwione krwią, nitki strachu, niezrozumienia, cierpienia i złości, całego zbioru emocji, których nawet nie chcę sobie wyobrażać. I być może nie ma to żadnego związku, ale tego samego dnia widziałam Wołyń. I widzę związki i konteksty pamięci. 
Myślę, niezależnie od treści, że to bardzo dobry film. Pięknie nakręcony, przemawiający głównie obrazem, świetną scenografią, fantastycznie zagrany. W bardzo prosty sposób pokazujący, jak niewiele trzeba, by nakręcić spiralę nienawiści i by kręciła się ona coraz szybciej. Naprawdę nie wiem, jak po obejrzeniu tego filmu, można twierdzić, że generuje on nienawiść. Jak bardzo można nie odnosić tego do rosnącej ksenofobii i nacjonalizmu i nie widzieć, do czego to prowadzi. Nie wiem. Tym bardziej nie wiem, jak można się wypowiadać, zwyczajnie go nie widząc. Ale to już chyba zupełnie inna choroba. 
Być może najbardziej oczywiste przekazy, są najłatwiejsze do wypaczenia.  To jednak prawda, że aby zobaczyć i zrozumieć coś więcej, trzeba wiedzieć więcej. 

Przeglądam stare zdjęcia. Ołówkiem na arkuszu papieru zapisuję imiona, ksywy, daty, znaki zapytania. Dużo znaków zapytania. I słowa klucze, po których widzę obrazami: cerata, zamarznięte masło, bawełniany podkoszulek i szelki, zapach fajki, buty na koturnach i szpilki do koka, pies przy budzie. Tak ich pamiętam. 
Zdaje się, że zakończył się już czas zastanawiania się, o czym chciałabym napisać książkę. 


niedziela, 23 października 2016

falling slowly

falling slowly
architektura serendipity katielamassu


Październik miał w sobie nieprzyjazny tydzień z ciemnością o 6 rano, ciężkimi chmurami o barwie wody po plakatowych farbach, nieprzyjemnym smakiem pasty do zębów z rana. Tydzień z żałosnym końcem mleka do kawy, ciągłą potrzebą zakopywania się pod kołdrę, niechęcią serialową (sic!) i wszelkich kontaktów międzyludzkich, ale z abstrakcyjną chęcią na ajerkoniak, który odruchowo wstawiłam do mebli po babci, w tym samym miejscu, w którym ona zwykła stawiać ten trunek tak chętnie pity w jesienne wieczory (i to jest ostateczny dowód, że bliżej mi 40 niż 25). Tydzień z propozycją pracy niemal z kosmosu, brakiem butów na ten konkretny niż atmosferyczny, z pisaniem na akord i z tym poczuciem, że zwyczajnie musisz być gdzie indziej.

W ten cholerny październikowy tydzień zastanawiam się, gdzie jest ta granica między konstruktywną krytyką a sarkazmem i czemu zawsze musi być ktoś, kto ma potrzebę wetknięcia swoich trzech groszy, głośnego wyrażanie opinii tak bardzo odmiennej i najlepiej kontrowersyjnej? Czy to już będzie zawsze tak, ze dyskusja będzie dotyczyć pobocznych tematów, gdzie najważniejsze będzie, aby zakrzyczeć, zagadać, zdeprecjonować i wyrazić swoim populizmem wyższość nad innymi? 

Jest też październikowa Warszawa, tak cholernie warszawska z pogubionymi ulicami i złymi tramwajami. Warszawa, co spada łzą niezrozumienia do grzanego wina, od którego chłód pod sercem. Ta Warszawa ciągle zbyt ciemna, spóźniona i uciekająca skradzioną taksówką przez celebrytę,za którym rzucam najgorszą z możliwych klątw na sobotnią noc. Ale jest w tej Warszawie jeden promyk, ta piękna Dziewczyna z tytułem książki w imieniu i nazwisku, która z takim samym wdziękiem, jak w swoim pisaniu, przenosi w świat nierzeczywisty, delikatnie ironiczny, z którego nie chcesz wyjść. 

Dziś październik jest jasny i świetlisty. Każdego dnia zasypiam i budzę się ze stanem podgorączkowym i wkurzam się na śrubokręt za to, że leży w mojej dłoni. 

Całą egzystencję można skurczyć do kilku ścian i kroków od czajnika do łazienki a potem z powrotem pod koc. Cała egzystencja to może być tylko kilka dźwięków. Można nie wypowiedzieć ani jednego słowa, nawet do kota i nic nie czuć w związku z tym. Bo czasem usłyszysz coś takiego, że już na zawsze chcesz zatkać uszy, a każde z twoich słów w konfrontacji jest zupełnie bezradne.



niedziela, 9 października 2016

maliny się kończą

maliny się kończą
fromwhereistand rainy day buty

W snach mojej córki jestem superbohaterką, która ratuje słońce przed upadkiem z nieba. I gdyby tylko wiedziała z jaką radością, każdego dnia, wciągam to słońce na nasze niebo i jak mi czasem zwyczajnie przykro, gdy się nie udaje.
Deszcz pada od kilku dni, więc bawimy się w wyścigi kropli po szybie. I nie wiem, która z nas się bardziej dziwi: ja, że M-ka bawi się w to samo, w co ja w jej wieku, czy M-ka, że w odległej galaktyce, gdzie matka spędzała dzieciństwo krople również się ścigały w dziecięcej wyobraźni? 

Earl Grey pachnie w kubku w charakterystyczne niebieskie koła, a my otulamy się kocami w kratę i przewracamy kartki swoich książek. Pod ścianą schną dwa kolorowe obrazy namaziane kilka godzin wcześniej. Wiemy, że namalujemy ich jeszcze więcej.
Kasztany wyskakują ze swych kolczastych pancerzy, a ja krok po kroku wchodzę bardziej w głąb siebie. Trochę rozmyślam o tym, co minęło,trochę snuję planów na przyszłość, które odmienią wszystko. Wyciągam grube swetry na wolność i żegnam muśnięciem dłoni kwieciste sukienki. Zamykam powieki, by zachować pod podniebieniem smak ostatnich malin i w ciszy wchodzę w jesień, by odpocząć, nabrać kolorów i natchnień. 
Znów mam ten czas, gdy daję się wciągać wyśpiewanym słowom, obrazom - i tym statycznym i tym kadr po kadrze. 
Są takie filmy, w których odnajdujesz wystrój mieszkań, które nazywałeś swoim domem, w których odnajdujesz swoje myśli, te nie do końca lubiane, w których odnajdujesz prostotę bycia, naturalność rodzinnych śmierci i poezję puszki szczecińskiego paprykarza. I nie wdając się zbytnio w dyskurs o naturalizm, patrzysz na opowieść o rodzinie, ostatniej rodzinie, tak bardzo ci bliskiej w zbliżeniach na porcelit i okulary w grubej oprawce. Bo rodzina, to zawsze będzie tragikomedia, takie najmniejsze państwo świata, w którym wszystkie mapy i przewodniki nie mają racji bytu, bo to wszystko jest w krwiobiegu i w tym, jakie lubisz ziemniaki. Gdy wychodzisz z kina w gardle więźnie ci ostatnia minuta, te kilka niewyreżyserowanych kadrów, minuta prawdy, rzeczywistości, historii, którą przecież tak dobrze znasz i ten realizm tak rośnie ci w przełyku, że aż braknie ci tchu przez całe następne 10 długich minut. I w tym stanie daję się wciągać w domino moich myśli, gdzie na samym końcu okazuje się, że byłeś moim punktem odniesienia. A teraz chyba nie mam ani jednego. I jest mi przykro. 
A potem jest drugi biegun rzeczywistości, w którym wszystkie poradniki motywacyjne chowają się przy Bridget . Czy wspominałam, że uwielbiam chodzić do kina? Kiedyś i o tym napiszę.

Wieczorami czytam, piszę i słucham muzyki. Zbieram te muzyczne kawałki, które dają mi (przeciętnie) trzy minuty pełni. Swoją listę nazwałam me gusta i dziwię się, że algorytm poleca mi latynoskie utwory. A choć mogłabym słuchać portugalskiego nieprzerwanie, mimo iż nie rozumiem ani jednego słowa, to jednak jesienią chcę słuchać pianissimo possible
Albo tego, do czasu, gdy znów będą maliny (zbiegło się z 80 urodzinami Osieckiej. I, jak się okazało po kropce, ze śmiercią Wajdy...)



Copyright © 2014 serendipity , Blogger