sobota, 14 stycznia 2017

in the end

in the end
katie lamassu serendipity


R Ó W N O W A G A

Skakałam radośnie jak rodzina barona Von Trappa przy dźwiękach muzyki przez cały pierwszy nowy, niczym nieskażony tydzień, z tą naiwną nadzieją, że już właśnie tak będzie. Ale jak wiemy, idylla Von Trappów także się skończyła, gdy wojska niemieckie wkroczyły do Austrii. Nawet wtedy Julie Andrews ze śpiewem na ustach podnosiła ich na duchu, więc i ja podnosiłam samą siebie, gdy coś zatrząsnęło moim światem, ale w okolicy wtorku wpadłam w fałszywy ton.

Na początku było tak pięknie, jak tego dnia, gdy zerwała się śnieżyca i w przeciągu pięciu minut cały świat pokrył się białą ciszą i zrobiło się spokojnie i bajkowo, by z samego rana, równie spektakularnie, spłynąć błotem pośniegowym do studzienek kanalizacyjnych.

To jak dostać wymarzoną porcelanową lalkę, której nie możesz nawet dotknąć, nim wsadzą ją za oszkloną szybę na najwyższą półkę, byś nie mogła jej dosięgnąć, bo możesz zepsuć. A wtedy to już na pewno się nią nie pobawisz. Jak kolorowy cukierek lizany przez papierek, jak zarobek nieosiągalny bez skanu dowodu (to znana praktyka wśród freelancerów podawania fałszywych danych, by nie otrzymać grosza za garść znaków ze spacjami). Pocieszeniem minionego tygodnia będzie fakt, że bez krzyku, introwersją też można w życie wygrać przy pierwszym rzucie kośćmi, nim ci je zabiorą.


B E Z N O C

Zdarzają się takie noce, gdy otwieram oczy dokładnie po 6,5 godzinach beztreściowego snu (gdyby w totolotku były połówki, to obstawiłabym szczęśliwy numerek) i nie wiem nic. Przez godzinę lub trzy chcąc zmęczyć bezsenność czytam, oglądam, ale najczęściej jednak myślę. Myślę na przykład o psie, który kochał mnie, jak nikt inny dotąd, który bronił jak niepodległości przed wyimaginowanymi zagrożeniami w psiej głowie, który był wierniejszy niż pies z powiedzenia, który po prostu we mnie wierzył bezgranicznie na kanapie, w kukurydzy polu, na siedzeniu samochodu, a M-kę uczynił oczkiem w głowie swojego stada. W tych bezsennych godzinach podejmuję radykalne decyzje o liście tematów nieporuszanych z bliskimi i o grafiku pielęgnacji swoich stóp. A jak nie myślę, to słyszę, jak przez wywietrzniki w oknach, do domu wślizguje się smog i gilgocze moje gardło w ramach nocnych igraszek.

F I Z Y C Z N O Ś Ć

Pod wpływem gigantycznego stresu i naporu ze wszystkich stron sączonego dzień po dniu można czuć kołatanie serc w swoim sercu, to jak z każdym biciem multiplikują się na mniejsze, które każdym swym ruchem ocierają się o naczynia włosowate, giną w przełyku i szepczą swym ruchem w obojczyku o tym, że ich nie zatrzymasz żadnym spokojnym oddechem. A każde z nich ma skrzydła zbyt wątłe by ulecieć, zbyt głośne by zapomnieć.

Organizm może też przejść samego siebie wzdłuż i wszerz, wyjść ze swojej formy i pogrążać w stanie całkowitej nieświadomości fizycznej. Bo fizyczność to obosieczny miecz. Z jednej strony zachwyca, mami, zdobywa, z drugiej odrzuca, obrzydza marnością swej biologiczności i dosadnością argumentów, że jest tylko ciałem.

K O J E N I E

Płynna nowoczesność dotyka mnie, gdy rozgniatam kocią karmę w różowej misce, ale są przekroje, które układają warstwami wartości i mądrości spokojnie, jak babcia wafle i krem w piszingerze.
A potem muzyka na żywo i śpiew co wzdryga i oplata ciarkami i sunie strugami łez po policzkach, brodzie, zagłębieniach obojczyka, by wpaść w ten jar między piersiami i zastygnąć między nimi wzruszeniem, co liże me serce opowieścią o moim miejscu, która uświadamia mi tak dosadnie, jak bardzo kocham to poplątane miasto, które wymyślono od nowa.



S T O P K A  R E D A K T O R S K A

Dzwonkiem do drzwi politolog z Ukrainy i kamerzystka weselna wnoszą tą prawdę, że lepiej zapalić świeczkę, niż przeklinać ciemność, więc zapalam dla więźniów sumienia, mimo iż początkowo nie chcą dać mi zapałek, bo jestem małolatą, która nie ma jeszcze 25 lat, więc moje dodatkowe 10, schowane w umęczonej duszy i zmarszczonym umyśle przyjmują z niedowierzaniem i takim uznaniem, jakbym właśnie znalazła dowód na istnienie San Escobaru.

Pod koniec dnia piątego, gdy wszystkie skrzynki zapełnią się wiadomościami, które wyczekujesz każdym powiadomieniem od pierwszego dnia, gdy śnieg się nie topi, bawisz się lalką z lizakiem bez papierka w buzi, a z okienka uśmiechnięta blond panienka wypłaca ci należną wygraną i gdy po tym wszystkim należałoby wystrzelić korkiem z szampana odkrywasz, że MTV miało kiedyś rację, że na końcu, to już nawet nie ma znaczenia. 


niedziela, 8 stycznia 2017

małe szczęścia

małe szczęścia

mróz, frozen, katie_lamassu

Ósmego dnia pomyślałam, że jest całkiem miło. 

Mroźne powietrze poszczypało moje policzki nadając im kolorytu i przy okazji błysku w oku. W tej scenerii moje włosy są jeszcze ciemniejsze, a usta czerwieńsze i wizualnie znów całkiem blisko mi do Królewny Śnieżki. Emocjonalnie też, bo wysyłam swój uśmiech na cztery świata strony, do ściany przede mną, sąsiadów, psów, które zza zakrętu wpadają pod moje nogi i obcych mijanych na ulicy, którzy dość dziwnie mi się przyglądają. Jeszcze chwila i zacznę śpiewać do sikorek i kaczek.
Nawet w pracy z nieudawanym zdziwieniem stwierdzają: Ty się już drugi dzień z rzędu uśmiechasz. Tak po prostu.  Bo ja po prostu w ramach noworocznych postanowień, oprócz tego, że skończę TĘ książkę, posegreguję zdjęcia i m-kowe rysunki i tych z kategorii samorozwoju duchowo-zawodowo-ludzkiego, co się nigdy nie realizują, postanowiłam przekierować choć trochę tej radości, którą noszę w sobie na zewnątrz. Opowiadanie moich niezwykle błyskotliwych żartów samej sobie, jest jednak jakąś stratą dla świata. 

Mam świadomość, że to, że jest całkiem miło, to jeszcze konsekwencja działań, które nie zdążyły się skończyć przed 31 grudnia i 2017 wystartował trochę na dokonaniach 2016, ale postanawiam nie być aż tak małostkowa. Poza tym mój wewnętrzny cynizm, świadomość trochę jednak większa niż średnia krajowa sugerują mi, że lepiej to już było, więc niech przynajmniej będzie radośnie. 

Ósmego dnia pomyślałam, że nie trzeba zbyt wiele. Kilka przeczytanych stron, earl gray w ulubionym kubku, poranny zapach kawy parzonej w kawiarce, który unosi się między pokojami przez cały dzień, rozmowa z kimś bliskim lub obcym, film lub odcinek ulubionego serialu, szybki spacer i słońce skrzące się w śniegu, który skrzypi pod butami. Może nawet jakiś niewielki wysiłek fizyczny, ale wiadomo - bez przesady. Taniec na bosaka w kuchni do ulubionej piosenki, nierobienie zaległości w codzienności, nieodkładanie na stos wyrzutów sumienia, kilka słów zapisanych odręcznie w zeszycie. Dobra muzyka, mruczenie kota, m-kowy śmiech, jedna łyżeczka nutelli dziennie. 

Tylko tyle i aż tyle, by uśmiechać się kilka dni z rzędu, tak po prostu. 

piątek, 30 grudnia 2016

stale płynne

stale płynne
katie_lamassu, serendipity

Zdarzają się chwile, gdy wiem, dokąd to wszystko zmierza.
Ale te chwile trwają ułamek sekundy.
Angela Chase

Nie miałam żadnych oczekiwań w stosunku do 2016. Poza tym, żeby w końcu przyszedł. Od kilku tygodni mam jeszcze jedno oczekiwanie: aby się wreszcie skończył. 
Nie wiedzieć czemu uległam jakiejś dziwnej myśli, że od stycznia wszystko będzie nowe, inne, że nie będzie się liczyło nic z tego, co było, taka tabula rasa. I przez kilka dni sunęłam swą grudniową bańką przed siebie, aż nie roztrzaskałam się pewnego ranka o swą niezwykle trzeźwą myśl, że przecież nie zmieni się absolutnie nic. A nawet jeśli się zmieni, to wciąż będzie tak samo. I wtedy pomyślałam, że mi wszystko jedno.

Z kolei dzisiaj pomyślałam, że zdecydowanie zbyt długo jest mi wszystko jedno i wobec 2017 jakieś wymagania mieć trzeba (bo brak wymagań w stosunku do nowego roku jest w rezultacie brakiem wymagań w stosunku do siebie samego, a to jest po prosu zwykłe i głupie marnotrawstwo tego, co się w sobie ma). Bardzo potrzebuję nowego rozdania, ale bardzo też nie chcę w kolejny rok, mieć poczucia, że stałam w miejscu. 

Czasem myślę, że tak właśnie było. Że stałam i patrzyłam. Pozwoliłam odchodzić ludziom, którzy nie widzieli, że walczę o nasze relacje, Pozwoliłam przychodzić rzeczom dobrym i puszczałam je dalej. Jakbym miała tylko obserwować, zostawiać to, co rzeczywiście ważne i pozwalać odejść temu, czego nie będę mogła zabrać ze sobą teraz. To był rok na przeczekanie, na uczenie się nowych zadań, nowej rzeczywistości, odnajdywanie się w biegu codzienności. Rok zastanowienia się nad tym, w którą stronę chcę iść. I chyba jeszcze tak do końca tego nie wiem, ale wiem, że mogę już iść.
Rok testowania własnych granic, grzebania w środku, konfrontacji ze swoją ciemną stroną i akceptacji, że jest jaka jest. 

To był rok, który nie zmieścił mi się w głowie. Bo w emocjach utonął. I tych z przedstawień, wystaw, koncertów, książek (których znów przeczytałam za mało), płyt (które znów zaczęłam słuchać i kupować), filmów (na które znów zaczęłam chodzić i, o których znów odważyłam się mówić), relacji (których staram się nie bać). Nie zmieścił mi się w głowie przemocą, nienawiścią, populizmem, śmiercią tych wszystkich wielkich, mimo iż wielką fanką nie byłam nigdy, ale za to każdy z nich miał co najmniej 5 kawałków, które wbiły mnie kiedyś w ziemię i zmieniły sposób myślenia o sobie samej i świecie. 

To jest taki rok, po którym mogę przybyć piątkę sobie jako mamie. Rok, w którym gratuluję sobie samej odbycia szeregu przedziwnych badań i wizyt lekarskich i zadbania w końcu o siebie. Rok, w którym usłyszałam tyle mądrych i dobrych słów do ludzi, znanych mi i tych nie, że tylko się cieszyć. 
W tym roku były piękne góry i morze. Znów zaczęłam mieć sny fabularne i te tak bardzo realistyczne (jak ten, że mam na głowie tysiąc małych warkoczyków, które muszę rozplątać jeden po drugim i tak śniłam o tym, że je rozplątuje i trwało to bardzo długo, tak długo, że aż zaspałam do pracy). 

To był rok, w którym powiększyła mi się rodzina, ale nie za sprawą narodzin, ale odkryć tych, którzy są już od tak dawna, tych, których już nie ma i tych, z którymi urwał się kontakt. Obudziłam dawne relacje, powiązania, pamięć. Rok, w którym zaczęłam uczyć się jazdy na nartach i rok, w którym The Guardian zaprosił mnie do udziału w konkursie fotograficznym. Rok, w którym odważyłam się sięgnąć, po to, czym chcę się naprawdę zajmować i co okazało się czymś, co naprawdę umiem. Mimo braku oczekiwań, było całkiem nieźle.

Nadal wiem niewiele i nie sądzę, że w 2017 będę wiedzieć dużo więcej. 
Ale mam plan.

Wszystkiego dobrego Moi Kochani! 

*Na zdjęciu dedykacja dla mnie od profesora Beresia. Biorę ją jako myśl przewodnią na nadchodzący rok. 



czwartek, 15 grudnia 2016

skąd przybywasz?

skąd przybywasz?
pamięć, rodzina, serendipity, korzenie

Gubimy się wśród pięknych ulic, w głównej mierze dlatego, że chodzimy z głową zadartą do góry, a rzeczywistość zdejmujemy obiektywami aparatów. Krążymy między ścianami pokrytymi sgraffito a tymi z obdrapanym tynkiem i wybitymi szybami. 

- Przepraszam, czy wiedzą państwo, gdzie jest ulica Senatorska?
Starsze małżeństwo spogląda na siebie, jakby w tych drugich oczach była zatopiona mapa ze wszystkimi ulicami i skwerami miasta.
- Senatorska, Senatorska... A! Rewolucji Październikowej! 

W końcu trafiamy do odnowionej bramy XIX wiecznej kamienicy, gdzie na schodach mężczyźni w dresach i swetrach we wzory palą bardzo mocne papierosy. Czuję się jak intruz wstukując kod do bramy i naciskając na klamkę mieszkania osoby, o której istnieniu dowiedziałam się kilka tygodni temu, a rozmawiałam kilkanaście dni wcześniej. Ku mojemu zdziwieniu drzwi otwiera mi kobieta, o znudzonej, bezbarwnej twarzy, mocno stojąca na nogach, nie pasująca do mojej wiedzy i odczuć.
- Dobrze państwo trafiliście - i niedbałym ruchem ręki wskazuje na drzwi w końcu mieszkania, zza których dobiega nieprzerwane, bardzo głośnie świergotanie, jakby ktoś zapałkę włożył w przycisk dzwonkowy. Naciskam powoli klamkę, a ku mnie jedzie na wózku uśmiechnięta ciepłem staruszka, której zza pleców wtóruje żółciutki kanarek. TVN huczy przeraźliwie, kanarek przestaje świergotać, ciocia ze śmiechem opowiada dawne dzieje, bezbarwna twarz niechętnie nalewa wrzątek do szklanek umieszczonych w koszyczkach, a ja dopasowuję twarze ze zdjęć do historii, które zbieram. Siedzę w tym pokoju, który jest dla niej całym światem, zastanawiając się, jak to możliwe, że nikt z nas nie wiedział, że niecałe 40 minut drogi pociągiem mieszka ktoś, z kim łączą mnie więzy krwi i kto jest chodzącą encyklopedią tej ogromnej rodziny. 

Herbata jest mocna, ja zawstydzona, tato roztargniony, ona spokojna i chyba, w tej właśnie chwili, szczęśliwa. 
- Ona wszystko wie - zwraca się do taty, gdy ustalam kolejne linie pokrewieństwa i miejsca na rodzinnej mapie - A twarz masz Kazimierza.
O Kazimierzu wiem, że był bratem dziadka, architektem z Warszawy. I wiem, że moja próżność i ciekawość każą mi znaleźć jego zdjęcie.

Opowiada historie, dodaje moim przodkom koloru oczu, wąsy i długość włosów. Daje im pseudonimy, talenty, zalety i przywary. Oddaje im gesty, czyny i słowa. 

Już wiem, że aby w pełni zrozumieć siebie, trzeba próbować zrozumieć swoje korzenie, swoją rodzinę. Zrozumieć to skąd się przychodzi, jaki nieuświadomiony ciężar się niesie, a przy tym wszystkim nigdy nie można zapomnieć o kontekście. Społecznym, politycznym i takim czysto ogólnoludzkim. To zawsze rzuca światło i daje cień na decyzje, zachowania. 

Jak bardzo chcąc znaleźć odpowiedź na pytanie skąd przybywam naruszam delikatną tkankę wspomnień, jak bardzo wchodzę w prywatne historie osób, których nie było mi dane poznać i tych, których znam, tak bardzo dobrze? Gdzie jest granica między dążeniem do tożsamości a poszanowaniem prywatności życia? 

Pytam o czasy, o których niekoniecznie chce się pamiętać. O czasy ludzkich transportów, ucieczek przez las, przemocy i zasiedlania obcych miejsc. Pytam o złamane serca i podbite oczy. O pogrzeby, śluby i niespełnione nadzieje. 
Przy niektórych pytaniach moja babcia zasłania się brakiem pamięci i słabym słuchem, z żywej staruszki przemienia się w zagubioną dziewczynkę, która nie wie i nie rozumie pytań. A ja wiem, że rozgrzebuję rany, grzebię we wciąż żywej tkance. 
Czym jest moje chcę wiedzieć, przy ich chcę zapomnieć?

Z orłem na czapce, biało-czerwoną przepaską, lilijką w klapie marynarki, szpilką w koku, tytułem adwokata, z nieswoimi pieniędzmi w kieszeni, pożądaniem w sercu ciągle jesteśmy tylko ludźmi. Targanymi namiętnościami, dokonującymi wyborów, poddającymi się biegowi wydarzeń, żyjącymi na bakier, pragnącymi spełnienia i szczęścia. 

I nigdy nie wiem, na ile pokolorują wyblakłe wspomnienia, ile przemilczą, ile fałszywych obrazów podsunie mózg, dzięki którym było im łatwiej iść do przodu. A ja swoim rozszerzonym, głodnym wzrokiem, listą pytań, wątpliwości ciągnę ich w stronę obrazów pamięci, które muszą ubrać w tak okrutne słowa jak "ostatni transport", "rozstrzelanie", "nie wiem, gdzie teraz jest", które teraz pozbawione są cech emocji.

Prababcia na wszystkich zdjęciach patrzy jakby w dal. Gdy wszyscy odwróceni są plecami, zajęci jakąś prowizoryczną sceną, którą ktoś postanowił zatrzymać w kadrze, ona jako jedyna, odważnie patrzy w stronę fotografa. Spojrzenie ma ciepłe, mądre i myślące. A jeśli nawet na innych zdjęciach wszyscy są zwróceni w stronę aparatu i wszyscy patrzą, to ja wiem, że tylko ona widzi. Widzi to, co za aparatem, za fotografem, to, co dalej.  

I choć zabrzmi to dziwnie, to czuję od niej energię, jakby było coś pomiędzy nami, coś, do czego jeszcze muszę dorosnąć, by zrozumieć rodzinną linię kobiet. I siebie.

Pierwszy rozdział będzie o Marii.





Copyright © 2014 serendipity , Blogger