środa, 17 kwietnia 2013

manic monday

Podczas gdy prawie cały departament rozjechał się w różne końce świata, ja zostałam na posterunku, by przyjąć z szeroko rozpostartymi ramionami zagranicznych gości, okazać im polską gościnność oraz rozprawiać merytorycznie na temat dwuletniego projektu, przy którym pracuję około trzech miesięcy z częstotliwością trzech godzin tygodniowo. To była lekcja latania numer jeden.
Podeszłam do całej sprawy, jak zwykle, w pełni profesjonalnie zapełniając każdą minutę trzydniowego pobytu.

Włoszki poszły na kawę o godzinie, o której miały czekać pod hotelem - co jest zupełnie zrozumiałe.
Godzinę później biegam po dworcu szukając - wedle udzielonego mi opisu - młodego blondyna, co wcale nie jest szukaniem igły w stogu siana.
A potem przyjeżdża Hans. Typowy Hans.

Mimo dopracowania wszystkich szczegółów wciąż mam wrażenie, że do study visit nie dojdzie, a całe steering group zakończy się katastrofą. Nie sądziłam jednak, że może chodzić o katastrofę drogową, o którą nie było trudno, biorąc pod uwagę fakt, że nasz kierowca musiał zbyt wiele razy oglądnąć Mistrz kierownicy ucieka. 

Jakimś cudem dojeżdżamy w jednym kawałku i udaje nam się wrócić. Słaniając się na nogach, marząc o tym, by pójść do domu, siedzimy twardo na kolacji, która naszym gościom z każdą minutą dodaje energii. Do domu wracam jedynie siłą woli.
Na drugi dzień powtórka z rozrywki. Notuję wnioski i sugestie, aby przekazać je później tym, co ich nie ma i wiem na temat kolektorów słonecznych oraz bojlerów więcej niż bym chciała - co nie zmienia faktu, że nadal wiem niewiele. Marzę o swoim łóżku, ale Hans chciałby zobaczyć miasto, więc robię za przewodnika i po godzinie tracę głos. Podczas kolejnej kolacji przed oczami widzę jedynie falujący obraz i zastanawiam się, co ci ludzie biorą, że nie widać po nich ani krzty zmęczenia?

Po dwóch dniach i przepracowanych 27 godzinach nastawiam budzik na 3 rano, bo moje źle pojęte rozumienie słowa obowiązek każe przygotować mi prezentację o czymś, o czym nie mam zielonego pojęcia, którą miał zrobić inny ktoś. O 3 rano myślę sobie: nie mój cyrk, nie moje małpy, nie mój obowiązek i postanawiam nie wykonywać pracy, za którą ktoś inny pobiera pensję. W całej mojej karierze zawodowej jest to moje największe osiągnięcie.

Na samym końcu Włoszki rozpływają się nad naszą gościnnością, młody blondyn twierdzi, że spędził fantastyczny czas, Hans dziękuję, że zrozumiał trudną historię tego miasta i mówi: you did a good job. 
No ba! To był najdłuższy poniedziałek w moim życiu i udało mi się go przeżyć.
I w końcu nauczyłam się nie czuć się winną za błędy innych.
A to dodaje skrzydeł.

6 komentarzy:

  1. Gratuluję życiowego osiągnięcia :)
    I posyłam słoneczną energię na resztę tygodnia i weekend przede wszystkim - niech ładuje Ci akumulatory :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo - przyda się :)

      Usuń
  2. Do twarzy Ci ze skrzydłami!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak trzymać! Niech się inni wstydzą,a Ty rób swoje z wdziękiem :))) Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, mówiłam, że kiedyś zacznę dorastać! ;)

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger