Z każdą sekundą Wysoki ma ze mną coraz większy problem.
Z każdą informacją o mnie, z każdym słowem - a szczególnie wtedy, gdy z moich ust wychodzi wyraz 'dychotomia' nie mieszczę się w przygotowane przegródki.
Gdy już w jednej mnie umieści, robię coś takiego, że z niej wystaję i nie może domknąć swojej stereotypowej szufladki.
Wymykam się najpierw ze stereotypu ładnej idiotki, potem z młodej gęsi a już zupełnie rozkładam go na łopatki byciem żoną i mamą aktywną zawodowo i to w czymś, co przerasta jego widzenie świata.
Bo miałam być pusta, ledwie po dwudziestce i głupia. A moje riposty są cięte i zabawne, wiekiem mu prawie dorównuję i do tego mówię ciekawie i wcale nie głupio. Co gorsza, przejmuję od niego pałeczkę duszy towarzystwa.
No i bezczelna jestem, bo o 2 nad ranem wywijam na parkiecie i nie mam odrostów, zwałów tłuszczu i ogólnie prezentuję się przyzwoicie, a przecież w jego perspektywie żony i matki zachowują i wyglądają zupełnie inaczej.
Coraz większy problem przechodzi w coraz większe zainteresowanie a ono z kolei w całkiem spory podziw.
Rzucam coś od niechcenia przez lewe ramię, a on komentuje:
- I za to cię właśnie lubię!
No cóż.
Ja ciebie nie.
I wcale nie jestem lepsza. Też wsadziłam cię w szufladkę. Tylko do mojej wpasowałeś się idealnie. Mimo wysokiego wzrostu. I nie wiem, czy gorzej świadczy to o tobie, czy o mnie?
Bo nie wszystko jest takim, jakim się wydaje.
Patrzę na stopkę swojego służbowego maila.
Usunęłam z niej stanowisko.
Bo mogłoby sugerować coś, co prawdą nie jest.
Choć w sumie jest, jest prawdą oficjalną czarnym tuszem wybitym na papierze z podpisami i pieczątką.
Usunęłam stanowisko, bo daje tylko ułamek prawdy. A ja ułamków nigdy nie lubiłam. Gdy sprowadzę wszystkie swoje obowiązki do wspólnego mianownika wychodzi piękna całość kilku etatów i zakresu obowiązków, które nijak mają się do stanowiska w stopce maila.
Bo nie wszystko jest takim, jakim się wydaje.
Ze spokojnym uśmiechem robię to, co zwykle. I jeszcze więcej trochę. I można by sądzić, że czuję się tu świetnie i jestem zadowolona. Otóż nie jestem i nie czuję się wcale. Czuję jak kipię od wewnątrz, jak razi mnie wyświechtana misyjność organizacji pozarządowej kryjąca czystą korpo z jej nieczystymi zagrywkami.
Bo nie wszystko jest takim, jakim się wydaje.
Uzbrajam się w cierpliwość. Jeszcze tylko trochę, mam nadzieję.
Uzbrajam się w cierpliwość i wiążę swoje myśli w kokardki, by nie wybiegły za daleko w wizualizację, bo upadki na własne życzenie bywają dość bolesne.
Uzbrajam się w cierpliwość i wiążę swoje myśli w kokardki, aby nie zwerbalizowały się słowami, których potem nie będę mogła cofnąć.
Bo chociaż mentalnie złożyłam już wypowiedzenie i jedną nogą jestem już poza, to wciąż tyłkiem siedzę na swoim obrotowym krześle i z uśmiechem i pełna ekscytacji zapalam się do każdego nowego zadania.
Bo nie wszystko jest takim, jakim się wydaje.
____
Nawiązując do poprzedniego wpisu - oto dlaczego ostatnie 20 metrów w linii prostej dzielących mnie od pracy muszę zamienić na 80 metrów linii łamanej. Ale jestem czechofilem więc wybaczam ;)