czwartek, 16 sierpnia 2012

good vibrations

good vibrations
Nieważne, jak bardzo jest poplątane, bądź nie, moje codzienne życie.
Nieważne, czy jesteśmy tu w trzy, czy w osiem osób.
Nieważne są daty w kalendarzu i wskazówki na tarczy zegara.
Nieważne, czy z nieba leje się deszcz, czy też skwar.

Lepianka jest takim miejscem, w którym się zawsze wypoczywa. Granice czasu i świata wyznacza ściana lasu. Dni są tutaj długie i wypełnione po brzegi, jak pięciolitrowy słój z ogórkami.
Chodzę spać późno, budzę się parokrotnie w nocy i nad ranem (zawsze o tej porze, o której powinnam wstawać do pracy, co nigdy się nie udaje, gdy rzeczywiście jest potrzebne) a mimo to jestem wypoczęta.
Wypoczęta i najedzona.
Jem często, dużo i pysznie.
I czuję się tutaj wyjątkowo dobrze.

Może to przez parę żurawi przelatujących każdego dnia nad domem?
Może przez zapach jeszcze ciepłego mleka prosto od krowy?
Może to przez szemrzący odgłos maszyny Łucznik, który zawsze kojarzyć będzie mi się z dzieciństwem?
Może przez smak jajecznicy z kurkami zerwanymi w lesie?
Może przez wszystko razem i z osobna.

Otaczają mnie smaki, zapachy i dźwięki zwyczajnego życia.   
Wyremontowana lepianka ma klimat już nie ten.
Lubiłam te pęknięcia w glinianych ścianach i zawieszone na nich barwione wizerunki świętych.
Ale, mimo to, i tak jest idealnie.

Po pół godzinie od przyjazdu organizuję zabawę dla dzieci w wieku od trzech do pięćdziesięciu lat. I myślę, zupełnie poważnie, że może jednak powinnam realizować tą drugą zawodową ścieżkę, którą odwiesiłam pewnego dnia na kołek. W głowie Kazik mi śpiewa: (...) zgódźmy się, że z tylu różnych dróg przez życie, każdy ma prawo wybrać źle, zgadzam się i nie przejmuję się tym więcej. Myślę też sobie, że całkiem fajną sprawą jest prowadzenie pamiętników z podróży. Ale jakoś nie miałam na to czasu. 

W nocnej koszuli wybiegam nad ranem przed lepiankę, by zbadać temperaturę powietrza, zaklinając by dziad z barometrowego domku wyszedł przed próg. Lepię pierogi, smażę placki z jagodami, robię sok z zerwanych przed momentem porzeczek, przelewam do słoików i zaczyna bawić mnie ta cała sytuacja. Jakbym nie była na urlopie, tylko brała udział w warsztatach kulinarnych.
To, co zjem, spalam na przejażdżkach rowerem po wilgotnym lesie, grze w piłkę i wieczornym truchcie. Dużo czytam i gram w planszówki (nic nie uświadamia mi tak dobitnie braków w ekonomicznym myśleniu - nawet zarządzanie własnym kontem - jak gra w Eurobusiness). Lokalne radio puszcza kawałki, które kiedyś były popularne i się je lubiło, a nie słyszało od wieków. Ergo, całe dnie spędzam ze śpiewem na ustach. Orientuję się, że w refrenie Dirty Diana Michael Jacskon nie śpiewa, tak jak zawsze myślałam, ani nia niek niek nią tylko dirty Diana właśnie. 
Wieczorami leżę na szerokiej huśtawce i patrzę w gwiazdy. Teraz już nie jest dla mnie ważne, jakie to konstelacje. Wypowiadam życzenia, nie tylko dla siebie, wysyłam dobre myśli, nawet do tych niespadających.
Brzemienna kotka ładuje się na mój brzuch i czyni mnie powierniczką swojego mruczanda. 
Chodzę boso po trawie skąpanej w nocnej rosie, a wiatr brzmi w liściach brzóz, jak górski potok. Przelatuje nietoperz. Coś pohukuje daleko w polu. 
Czuję bardzo dobre wibracje.  

środa, 15 sierpnia 2012

chaos in motion

Coś, co w czasach dzieciństwa wydawało mi się czystym absurdem, czymś zupełnie nie do pojęcia, bardzo dogłębnie zrozumiałam jakieś dwa lata temu. 
Jako dziecko zupełnie nie rozumiałam niezbyt dobrej energii krążącej nad głowami moich rodziców na dzień przed wyjazdem na urlop. Bo, co jest zupełnie zrozumiałe, kiedy jedzie się na wyczekane, upragnione wakacje, to powinno się dziko cieszyć i tryskać pozytywną energią a nie zabijać wzrokiem, ciskać przedmiotami do torby i mówić, że już ma się tego urlopu po dziurki w nosie, prawda?
Swoim - w moim mniemaniu - wielkim odkryciem, podzieliłam się raz z rodzicami, mówiąc, że powinni wyluzować i się nie denerwować, bo właśnie czekają nas dwa cudowne tygodnie razem. 
Nigdy więcej tą refleksją się już z nimi nie podzieliłam, a wyraz ich twarzy i wszystko to, co zapewne kotłowało się wewnątrz nich, poczułam na własnej skórze, próbując po raz pierwszy spakować do samochodu: całą rodzinę, tonę bagażu oraz bardzo niezadowolonego kota i bardzo dużego psa. Zachowanie przy tym wszystkim wakacyjnego, radosnego nastroju jest zupełnie niemożliwe.

Zaczęło się od tego, że Kubik spojrzał na mnie, jak na nieuleczalnie chore stworzenie, gdy dzień przed wyjazdem zaczęłam gruntownie sprzątać. No ale po co ty sprzątasz? Przecież nas i tak nie będzie. Tłumaczenie, że o wiele przyjemniej wraca się po urlopie do wysprzątanego domu, niż wtedy, gdy ma się świadomość, że oprócz wypakowania i puszczenia miliona razy pralki, ma się jeszcze do posprzątania chałupę, musiałam wygłosić w jakimś obcym języku, być może suahili, bo Kubik patrzył na mnie, jak na jeszcze bardziej nieuleczalnie chore stworzenie. Na drugi dzień było tylko gorzej: to, co zostało posprzątane wyglądało, jakby się zderzyło z górą lodową. To, co zostało spakowane, należało wypakować, bo przecież ten miś, co był na samym dnie torby, musi koniecznie siedzieć w samochodzie. Kilkadziesiąt razy byłam odrywana od swojej torby przeraźliwym pytaniem: K, a wiesz, gdzie jest mój.... więc w efekcie pakowałam siebie na wpół świadomie. Potem trzeba było jeszcze poczekać, aby wyładować wszystko z bagażnika, no bo się nie mieszczą bagaże (oczywiście 3/4 rzeczy, to rzeczy M-ki) bo wielkość bagażu Z A W S Z E jest odwrotnie proporcjonalna do wzrostu posiadacza owego bagażu. W między czasie parę razy trzeba było przebrać dziecko, znaleźć kota, który za nic miał czas i miejsce zbiórki, tylko szlajał się po wsi, przekonać psa, że jego miejsce nie jest za kierownicą i odpowiadać na tysiące dziwnych pytań sąsiada, któremu coś się właśnie przypomniało. Wyjeżdżaliśmy bardzo podirytowani, w zupełnie niewakacyjnym nastroju, wymęczeni, z bałaganem w oczach i mocno spóźnieni, by po przejechaniu 3 km zorientować się, że transporter na kota, wraz z kotem, został w przedpokoju, wrócić w oka mgnieniu, znów wyruszyć w trasę, w końcu dojechać w (o dziwo) iście wakacyjnym nastroju. I właśnie wtedy zorientowałam się, że całą podróż przebyłam w kapciach. A potem okazało się, że jak zwykle czegoś zapomniałam zabrać. Mogę zrobić kilka list, co należy spakować, a potem (i powtarza się to od lat) ląduję na wakacjach bez: ręcznika lub piżamy lub szczoteczki do zębów (zamiast lub można wstawić i), co zawsze kończy się szukaniem szczoteczki do zębów lub (i) ręcznika w miejscowych sklepach.
Rok temu było podobnie, ale tym razem Kubik zrozumiał moją logikę dotyczącą sprzątania, M-ka chciała więcej misiów i wywalała z torby wszystko, co do niej włożyłam, psa nie było a ja na miejsce dojechałam z włosami zwiniętymi w starą pończochę.

Bogata o te doświadczenia, zbliżającym się wyjazdem na urlop, zaczęłam stresować się kilka dni wcześniej. Wspięłam się na wyżyny swojej kreatywności i logistyki, by sam wyjazd był jak najmniej dokuczliwy.  Wszystko miałam idealnie zaplanowane, aż moja mama zaproponowała, że wezmą do siebie na weekend M-kę. Wprost oszalałam ze szczęścia. Znaczyło to bowiem, że będę mogła w spokoju posprzątać i spakować się, jak odpowiedzialna i dorosła kobieta. A potem Kubik oświecił mnie, że idzie do pracy więc będę miała wolną sobotę, sam na sam, pierwszy raz od ponad trzech lat.
Zaniemówiłam z rokoszy!

Oznaczało to, że będę mogła się wyspać.Spać do oporu. Nawet do południa. Wstałam przed ósmą. Miało to te swoje dobre strony, że szybko mogłam uwinąć się z praniem, sprzątaniem i pakowaniem. Okazało się, że zbytnio sprzątać nie muszę, tylko ogarnąć, ale jak zaczęłam ogarniać, to pomyślałam, że po co mam się rozdrabniać i zaczęłam czyścić, szorować... Trochę mi zeszło ale wciąż miałam bardzo dużo czasu na spokojne, metodyczne spakowanie siebie i M-ki. W związku z tym pomyślałam, że zajmę się innymi bardzo istotnymi sprawami: skończyłam czytać książkę, oglądnęłam osiem odcinków zaległego serialu, pokręciłam się, otworzyłam piwo. I właśnie wtedy przypomniałam sobie o jednej z podstawowych zasad pakowania: najpierw spakuj swoje dziecko, potem pij alkohol. Pomyślałam też, że ta zasada ma zastosowanie, kiedy  w domu panuje chaos, a u mnie jest spokój więc ograniczyłam się do spakowania wszystkich niezbędnych dokumentów, legitymacji, ubezpieczeń, książeczek zdrowia oraz podręcznej apteczki, bez której ani rusz. A potem otworzyłam drugie piwo, trzecie, oglądnęłam film.

W związku z tym, że miałam całą sobotę na spokojne pakowanie, o godzinie 20 zorientowałam się, że  poza dokumentacją przydatną z kontaktem z NFZ nie spakowałam nic. Co gorsza: nie zrobiłam listy, co mam spakować. Pakowałam się więc w pośpiechu, tak jak zwykle, a na drugi dzień przyjechaliśmy po M-kę spóźnieni (bo zapomniałam, że pół-służbowo miałam jeszcze wybrać się na jedną wystawę). Ale mimo to miałam jakiś taki wakacyjny nastrój.

W tym sezonie przez trzy pierwsze dni byłam z siebie dumna. Wszystko bowiem wskazywało na to, że niczego nie zapomniałam. Ani szczoteczki ani piżamy. Ręcznika nie brałam celowo, bo były w lepiance. Pomyślałam, że opanowałam kolejny etap w stawaniu się dorosłym człowiekiem.
Trzeciego dnia okazało się, że nie wzięłam dla siebie... skarpetek.
Umiejętność pakowania się na wakacje i zachowanie urlopowego nastroju będę chyba doskonalić całe życie.

piątek, 3 sierpnia 2012

summer in the city

Uwielbiam miasto latem.
A im bardziej jest upalnie, tym mocniej uwielbiam.

Najbardziej działają na mnie drobiazgi.

Opryskujące mnie lekko krople wody z fontanny przy nieczynnym dworcu, którą mijam w drodze na parking.
Zieleń spływająca z każdego rogu ulicy.
Kolory letnich sukienek przemykających na pasach dla pieszych.
Wschód słońca wspinający się po ścianach budynków.
Rozgrzane mury przy chodniku, chłód i zapach klatek schodowych w starych kamienicach, wypacających z siebie wczorajsze słońce.

Tyle przestrzeni na ulicach.

Przestaję przemykać z jednego miejsca w drugie, tylko przystaję i zadzieram głowę do góry.
Niby znam je na pamięć, a wciąż odkrywam ciekawe gzymsy, balkony z urokliwymi balustradami, architektoniczne detale.

I coraz więcej dostrzegam w tym mieście topoli.
Topole też uwielbiam.
Czy wystrzeliły w oka mgnieniu, jak fasola z magicznych ziaren, czy były cały czas rozsypane po mieście, a ja zaprzątnięta czymś innym, ich nie dostrzegałam ?
Topole budzą we mnie melancholię i wewnętrzne drżenie.

I uwielbiam, jak miasto latem odmienia się pod wieczór.
Jak tętni i drga swą wesołością i beztroską. 

W związku z tym, że uwielbiam lato w mieście, w niedzielę jadę na wakacje do lepianki ukrytej w samym środku lasu.
W związku z tym, że jadę na wakacje, słyszę, że istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że pojawią się rzeczy, przy których szefostwo beze mnie sobie nie poradzi (naprawdę nie wiem, co mogloby to być) i czy mógłby w razie czego do mnie dzwonić.
W związku z tym, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie będzie, bardzo cieszę się, że jadę do lasu, w którym zasięgu brak.

czwartek, 2 sierpnia 2012

summer nights

Wieczorem pod moim domem powietrze pachnie śliwkami i świeżo skoszonym zbożem.
Lato rozgościło się na dobre.
Smakuje każdym warzywem i owocem, pachnie i dźwięczy.
Tak, jak powinno.
Dzieci tradycyjnie zjechały na wieś, do babć na wakacje. Wesoły gwar.
M-ka tez pojedzie do babci na wakacje. Do miasta.
Przekręcam kluczyk w stacyjce i mknę drogą kilkunastu zakrętów. Wiatr tańczy z moimi włosami do wyśpiewywanych przeze mnie głośno piosenek. Uwielbiam to. Za każdym razem bawię się tymi chwilami, po prostu jadę, wyciągam dłoń przez okno i odpoczywam.
Tiul mgły zawieszony nad ziemią jak wstęga wyznaczająca linię mety.
Księżyc, jak ogromna morela tuż na wyciągnięcie ręki.
Jak byłam mała, to marzyłam o tym, by nadgryźć księżyc. Chciałam sprawdzić, czy ma taki smak, jak sobie wyobrażałam.
Uśmiecham się pod nosem - niektóre rzeczy się nie zmieniają - nadal chcę.
Szemrzą kombajny - mechaniczne chrabąszcze.
Mogłabym tak jechać i nie zatrzymywać się wcale.
Wiem, że tego będzie mi brakować, tej jazdy drogą kilkunastu zakrętów i tych wiejskich, sierpniowych wieczorów.
Pociemniało niebo, parkuję przed domem.
Wdycham moje ostatnie tu lato.
Copyright © 2014 serendipity , Blogger