wtorek, 30 lipca 2013

nic zmieszkują demony

Góra, dół, góra, dół.
Huśtam się na swoich emocjach. Raz szybko, raz wolno. 
Śpię pod moskitierą utkaną z moich lęków. Słyszę ich tupot, gdy wybiegają zza zielonej szafy pod łóżko, zaraz po tym, jak zgaszę światło. 
Nie chcę o nich myśleć, bo gdy myślę, to wymyślam. Jak wymyślę, to będzie żyć. Jak będzie żyć, to trzeba będzie skręcić temu kark. Jednym zdecydowanym ruchem. Nie myśleć, nie nazywać, bo w konfrontacjach z własnymi lękami wypadam słabo. Bo trzeba urwać łeb przy samej szyi, a ja nie potrafię. Zawsze istnieje ryzyko, że w miejsce łba odrośnie dziesięć kolejnych. A jeśli nawet nie, to pozostanie fantomowy ból.
Każdy uraz pozostawia bliznę, każda doświadczona emocja pozostawia posmak. Nie ważne, jak bardzo nieustępliwi jesteśmy, to wciąż jest.

Słyszę tupot pod łóżkiem, wychylam się spod kołdry. Może wystarczy zabawić, pomachać grzechotką, wziąć delikatnie w dłonie, obejrzeć uważnie jak motyle skrzydło pod lupą? Ukołysać swoje lęki. Przyjąć je, zaakceptować, a potem wypuścić, zdmuchnąć z dłoni i pozwolić rozwiać się w powietrzu, jak dym.

Kiedyś napisała mi: Uwierz w swą możliwość. Jest piękna. Dziś zaczynam wierzyć i zaczynam bać się swojej możliwości. Brak wiary bardzo łatwo może zmienić się w opór.

Największe lęki rodzą się z niewiedzy. Z niczego.
Kołyszę wielkie, przestraszone nic, a one ulatują.

poniedziałek, 29 lipca 2013

see the day

Lubię ten moment, gdy przekręcam kluczyk w stacyjce. Im dłuższa trasa przede mną, tym bardziej lubię. A jeszcze bardziej, gdy mogę jechać bocznymi drogami albo wśród lasów. Klikanaście dni temu, 120 kilometrów samotnej, dobrej podróży. Tylko ja, droga i radio. Gdy tak sama jadę, to drę się niemiłosiernie do wszystkiego co leci, wystukuję rytm na kierownicy, mając gdzieś to, jak głupio i śmiesznie przy tym wyglądam, bo czuję się taka spokojna i wolna.
Podejrzewam, że straż miejska przyśle mi niebawem fotę z mojej ostatniej trasy koncertowej.

Ale lubię też być pasażerem. Lubię, jak wiatr rozwiewa moje włosy i lubię opierać się brodą o kolano, patrząc na wszystko to, co mijam. Co chwila coś mnie zachwyca, zaskakuje i zastanawia. Myśli i emocje mkną szybciej niż wskazówka na prędkościomierzu. Łapię kadry zdjęć, których nie zrobię i całkowicie poddaję się chwili.
Zawsze też wystawiam rękę przez okno. Bawię się myślą, że to ja opuszkami swoich placów rozmazuję zieloność drzew i puszystość chmur. Pozwalam promieniom słońca przepleść się między palcami. Lubię czuć opór wiatru na skórze. Kula powietrza zatrzymana w dłoni.
Co widzi twoja ręka? - pyta M-ka, więc opowiadam o tym wszystkim, co właśnie we mnie gra i tańczy. Te chabry przy drodze, ta aleja gęsto porośnięta topolami, które niezmiennie wywołują u mnie drżenie. Te ogromne liście łopianu przy strumieniu, stado gęsi i stara studnia w jakiejś zagrodzie.

Wśród kolorowych parasoli spocone ciała dyszą ciężko, jak u ryb wyrzuconych na brzeg. W usta wpływa tylko żar lata a powietrze pachnie olejkiem do opalania. Pływamy z kaczkami i kijankami i biegniemy za motylem. Opalam się, jak krowa na rowie. Jak krowa, bo w łaty. Jest spokój, radość, piękno i mądrość gór dookoła.
Wszystko to, czego mi brak.

piątek, 26 lipca 2013

soda pop

(czyli post z serii: jest lato, więc moje myśli są głębokie, jak słowa wakacyjnych, popowych utworów)

Zazdroszczę M-ce tego momentu, gdy wchodzi do sali przedszkolnej. Autentyczna radość wychowawczyń: Dzień dobry M-ko, jaką masz ładną sukienkę (niestety ani razu nie usłyszałam: jaką ty masz ładną fryzurę, zapewne dlatego, ze za każdym razem, nie ważne co i jak robię, włosy M-ki prezentują styl: rabarbar, w który strzelił piorun). W każdym bądź razie, każdego dnia M-ka jest witana w przedszkolu z niesamowitą  atencją i radością, tak, że jej twarz rozpromienia się jeszcze bardziej. Też bym tak chciała, też bym chciała być tak witana przekraczając próg Mordoru. Oczywiście, pracuję z kulturalnymi ludźmi, którzy mówią cześć i dzień dobry (niektórzy nawet się przy tym uśmiechają) i też się zdarza, że usłyszę o tym, że mam ładną sukienkę (na temat włosów rzadziej cokolwiek słyszę, bo prezentuję ten sam styl, co M-ka), jednak umówmy się: to nie do końca to samo.

M-ka nie bardzo może zrozumieć, dlaczego na urodziny nie chciałam ani tortu ani dekoracji i zapewne z zemsty wyjada mi połowę żelków, które dostałam w prezencie, twierdząc, że na pewno były dla niej, ale jak już tak bardzo mi zależy, to ona w swej wspaniałomyślności, może się ze mną podzielić. (M-ka jest mistrzem dzieleniem się wszystkim, co do niej nie należy, z właścicielem dzielonego obiektu).
Żyję w takiej dziecięcej ułudzie, że jak są moje urodziny, to wydaje mi się, że jestem królową świata. Bo to w końcu taki dzień, że nie ma prawa, aby przydarzyło mi się coś złego, spotkała mnie jakaś przykrość, coś nie wyszło, czy musiałabym zająć się jakąś prozą życia.
Co roku zaskakuje mnie, że nie zawsze tak jest. Ale co roku wchodzę w ten dzień, tak, jak M-ka do sali przedszkolnej. Zresztą, chyba znów zaczynam traktować każdy dzień, jak piniatę, którą rozbijasz mocnym uderzeniem i ze spokojem i radością łapiesz to, co z niej wyleci.

M-ka szaleje na placu zabaw, biega między karuzelą a huśtawką i choć innych dzieci nie ma, to bawi się fantastycznie. Jak byłam mała i chciałam pokręcić się na karuzeli, to potrzebowałam kogoś, aby tę karuzelę pchał. A potem, zgodnie z zasadą wzajemności, należało się zamienić. Jak chciałam skorzystać z huśtawki, to też musiałam mieć jakiegoś towarzysza zabawy, bo inaczej nie uniosłabym się w górę. M-ka z tym problemu nie ma. Karuzela i huśtawka zaprojektowana tak, by móc samemu czerpać radość z zabawy. Nie potrzeba nikogo do rozkręcania i rozhuśtania. 
W sam raz dla antyspołecznych indywidualistów - dobrze, że nie było takich w czasie mojego dzieciństwa, bo, znając moje naturalne skłonności do wycofywania się, stałabym się przypadkiem bardziej niż beznadziejnym. Chcąc się pohuśtać musiałam nauczyć się choć trochę budować relacje, dzięki czemu do końca nie zdziczałam. 
A z drugiej strony myślę, że może te huśtawki i karuzele, do jednoosobowego użytku, zaprojektował ktoś, z kim nikt nigdy nie chciał się bawić? Może nikt nie witał tej osoby z tak autentyczną radością i uwagą? 

Dobra myśl na początek dnia, uśmiech, ciepłe słowo.
I już niesie.

środa, 24 lipca 2013

Powrócisz tu

Na podłodze mam obraz Malewicza. Suprematyzm cieni żaluzji i blasku księżyca w czystej formie. Patrzę na tak dobrze znany mi sufit i myślę sobie, że w ogólnym kontekście to, że tu leżę, to czysta abstrakcja. A ponieważ świetnie odnajduję się w abstrakcji, z realizmem wychodzi mi to trochę gorzej, to jest mi wygodnie.
 
Moje miejsce, tak dobrze mi znane, a jakby już nie moje. Już nie moje, wciąż tak dobrze znane, a jednak znów moje, choć inaczej. Czy mnie to dziwi, że sześć lat temu zamykając za sobą drzwi, niosłam w walizce przedsmak myśli, że jeszcze tu wrócę? Trochę tak i trochę nie.
 
Cienie wciąż układają się tak samo. Tak samo liście brzozy wirują za oknem. Tak samo dobrze, swojo i mojo jest mi tu. I czuję pozytywną energię z tych czterech ścian, z tego wszystkiego, co się w nich wydarzyło lub nie, co się pomyślało, poczuło, wypłakało i wykrzyczało w złości. Tego wszystkiego, co uniosło pod sufit i wbiło w podłogę. Co śmieszyło, wzruszało i było dobre. Co tworzyło mnie.
To tu mieszkało ze mną największe natchnienie. Grzało się w tym zagłębieniu obok kaloryfera. Sprawdziłam, zagłębienie wciąż jest. Tu pisało mi się najlepiej, najczęściej i najfajniej. Znów się pisze.
 
Czasem jeszcze miewam sny. Niezbyt przyjazne. Takie, po których budzę się przerażona i drżę. Ale nic to.
 
Pięć minut. Papieros w oknie. I nagle jestem kompletna. Domknięta. Buduje mnie patrzenie przez pryzmat faktów a nie opinii. Jak wierzchnią odzież w upalny dzień, zrzucam schematy, w które weszłam świadomie bądź nie. Jak warstwę starej farby ze ściany zdrapuję z siebie cynizm, którym szczelnie się oblekłam. Bo nie chcę niczego przegapić.
Widzę tą starą, dobrą Katie. Tą pełną radości, wiary i determinacji. Jeszcze niewyraźnie, ledwie kontury, ale oddycham z ulgą, że wciąż jest. Zakopałam ją pewnego dnia i odcięłam od siebie samej, by chronić jej emocjonalność przed cierpieniem i rozczarowaniem.
Myślałam, że to świetnie nie odczuwać bólu i smutku, przejść do stanu radosnej rezygnacji, gdzie nic nie jest w stanie zatrząść aż do bólu. Było mi wszystko jedno, że jest mi wszystko jedno. Emocjonalny kamień. Ale cena jest zbyt wysoka. Jeśli nie potrafisz odczuwać tego, co złe, nie odczujesz też w pełni tego, co dobre.
 
To już za mną. Łapię łączność. Wracam do prawdziwej siebie.
Tęskniłam.
Copyright © 2014 serendipity , Blogger