środa, 24 lipca 2013

Powrócisz tu

Na podłodze mam obraz Malewicza. Suprematyzm cieni żaluzji i blasku księżyca w czystej formie. Patrzę na tak dobrze znany mi sufit i myślę sobie, że w ogólnym kontekście to, że tu leżę, to czysta abstrakcja. A ponieważ świetnie odnajduję się w abstrakcji, z realizmem wychodzi mi to trochę gorzej, to jest mi wygodnie.
 
Moje miejsce, tak dobrze mi znane, a jakby już nie moje. Już nie moje, wciąż tak dobrze znane, a jednak znów moje, choć inaczej. Czy mnie to dziwi, że sześć lat temu zamykając za sobą drzwi, niosłam w walizce przedsmak myśli, że jeszcze tu wrócę? Trochę tak i trochę nie.
 
Cienie wciąż układają się tak samo. Tak samo liście brzozy wirują za oknem. Tak samo dobrze, swojo i mojo jest mi tu. I czuję pozytywną energię z tych czterech ścian, z tego wszystkiego, co się w nich wydarzyło lub nie, co się pomyślało, poczuło, wypłakało i wykrzyczało w złości. Tego wszystkiego, co uniosło pod sufit i wbiło w podłogę. Co śmieszyło, wzruszało i było dobre. Co tworzyło mnie.
To tu mieszkało ze mną największe natchnienie. Grzało się w tym zagłębieniu obok kaloryfera. Sprawdziłam, zagłębienie wciąż jest. Tu pisało mi się najlepiej, najczęściej i najfajniej. Znów się pisze.
 
Czasem jeszcze miewam sny. Niezbyt przyjazne. Takie, po których budzę się przerażona i drżę. Ale nic to.
 
Pięć minut. Papieros w oknie. I nagle jestem kompletna. Domknięta. Buduje mnie patrzenie przez pryzmat faktów a nie opinii. Jak wierzchnią odzież w upalny dzień, zrzucam schematy, w które weszłam świadomie bądź nie. Jak warstwę starej farby ze ściany zdrapuję z siebie cynizm, którym szczelnie się oblekłam. Bo nie chcę niczego przegapić.
Widzę tą starą, dobrą Katie. Tą pełną radości, wiary i determinacji. Jeszcze niewyraźnie, ledwie kontury, ale oddycham z ulgą, że wciąż jest. Zakopałam ją pewnego dnia i odcięłam od siebie samej, by chronić jej emocjonalność przed cierpieniem i rozczarowaniem.
Myślałam, że to świetnie nie odczuwać bólu i smutku, przejść do stanu radosnej rezygnacji, gdzie nic nie jest w stanie zatrząść aż do bólu. Było mi wszystko jedno, że jest mi wszystko jedno. Emocjonalny kamień. Ale cena jest zbyt wysoka. Jeśli nie potrafisz odczuwać tego, co złe, nie odczujesz też w pełni tego, co dobre.
 
To już za mną. Łapię łączność. Wracam do prawdziwej siebie.
Tęskniłam.

8 komentarzy:

  1. Obecnie jestem jak kamień. Mniej odczuwam, mniej mnie cokolwiek cieszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym stanie najgorsze było to, że stałam się bierna na wydarzenia i na ludzi.

      Usuń
  2. Katie, czy jesteś w swoim dawnym pokoju? W rodzinnym domu? Bo ja tak mam, jak jadę sama do rodziców. Z wpisu wynika, ze jesteś gdzieś, gdzie nie byłaś sześć lat, więc może to nie tam. Ale tak dobrze rozumiem, co chcesz powiedzieć. Co jakiś czas odkopuję siebie sprzed lat. Ale w codziennym życiu wciąż chowam ją na dno szafy. To życie jest inne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Myszo. Sześć lat temu się wyprowadziłam z rodzinnego domu, a teraz wróciłam. W bardzo szerokim tego słowa znaczeniu :)

      Usuń
  3. Hmmm, chyba nie mam miejsca, w które mogłabym powrócić. Każde z nich już nie jest moje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to dobrze? może to znaczy, że tu, gdzie teraz jesteś, jest w pełni Twoje miejsce?

      Usuń
    2. Nie sądzę. Tu się duszę.

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger