poniedziałek, 8 lipca 2013

bitter sweet symphony

Wdrapujemy się z M-ką na górkę pod domem, która kiedyś była dla mnie Mount Everestem. Zapewne tym samym jest teraz dla M-ki, choć M-ka jeszcze nie wie, czym jest Mount Everest. 
Z dorosłej perspektywy, to pagórek zaledwie, choć wciąż mój Dach Świata, dziecięco-młodzieńczych wspomnień. 

Wdrapuję się z M-ką na górkę pod domem i gdzieś tam z tyłu głowy przewija mi się film ze mną i górką w roli głównej. Jak wdrapywałam się tak z rodzicami, jak wciągałam na nią sanki, jak tato ciągnął te sanki, bo mi się już nie chciało. Jak wbiegałam w każde lato na nią z R i wiłyśmy wianki. Jak trochę później rzucałyśmy się z W w trawę i patrzyłyśmy w niebo, doszukując się różnych kształtów w wędrujących nad nami chmurach. Jak potajemnie paliłam za jej grzbietem z A. papierosy i piłam tanie wino, jak biegałam wokół niej z psem, jak pierwszy raz nieśmiało trzymałam się za zakochane ręce.

Wdrapuję się z M-ką na górkę pod domem i rzucamy się w trawę. Patrzymy na chmury, M-ka widzi w nich cztery krokodyle, ja nadgryzionego tosta. Wdychamy mycobacterium vaccae, która na pewno wspomaga produkcję serotoniny, bo śmiejemy się w głos. I tam znajduje nas R. Ściska mnie w dołku nagle wyostrzona świadomość, jak bardzo mi R. brakuje, tego, że nie ma jej na wyciągnięcie połowy trasy autobusu linii nr 134. W trójkę ścigamy się prosto w polanę porośniętą koniczyną. Jest dobrze. 

Kilkadziesiąt godzin później wszystkie odgłosy, które docierają do mojej głowy, brzmią, jakbym słyszała je pod powierzchnią wody. Jedynie głuchy stukot moich adidasów na szpitalnym korytarzu dociera do mnie zbyt głośno swoją powagą. Intuicyjnie pcham odpowiednie drzwi i skręcam we właściwe nitki korytarzy, które rozszerzają się i wydłużają z każdym stawianym krokiem, mimo iż SOR jest coraz bliżej. Ten moment, gdy nie wiesz, gdzie iść, nie wiesz, co zobaczysz, nie wiesz czego się spodziewać i co się stało. Zawieszenie w niepewności, przed którą najlepiej schować się pod puchem kołdry i przeczekać, aż minie, jak przejdzie obok, niczym niedobry sen. Ten moment, gdy zbierasz wszystkie siły, jakie w tobie są, by stawić czoła temu, co za ostatnimi szklanymi drzwiami. Ten moment, gdy na powierzchni języka czujesz, jak naprawdę smakuje dorosłość.

Słodko-gorzko. Bo choć już nie musisz kryć się za górką, by zapalić papierosa i chociaż stać cię na lepsze alkohole, choć nadal beztrosko przez parę chwil możesz obserwować niebo i spontanicznie krzyknąć berek klepiąc w ukochane ramię, to jednak nadchodzi taki moment, gdy pchasz drzwi z adnotacją SOR i widzisz na swoim nadgarstku paciorki ośmiotysięczników, na które trzeba się wdrapać. 

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. to się wdrapujemy. bez gadania.

      Usuń
  2. Mam wszelki górki, pagórki a nawet ośmiotysięczniki za sobą, przynajmniej taką mam nadzieję.Uściski serdeczne, poranne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam nadzieję, że masz już je za sobą. Teraz już tylko leżenie i gapienie się w niebo :)

      Usuń
  3. Katie to brzmi bardzo poważnie. Czy stało się coś poważnego? Czy już wszystko jest dobrze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dobrze, dziękuję :) Jak się okazało, to było dużo hałasu o prawie nic.

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger