poniedziałek, 19 stycznia 2015

sickman

Tydzień temu, wróciłam do domu po 12 godzinach intensywnej pracy. Byłam tak skonana, że nie mogłam ściągnąć butów. Byłam na takiej adrenalinie, że nie mogłam przestać gadać. Czułam każdy mięsień, który nadwyrężyły buty na obcasie i marzyłam tylko o gorącej kąpieli, wygodnym łóżku i o tym, aby nogi i głowa przestały mnie tak napieprzać. Wszelki splendor, zachwyt i uznanie byłam gotowa przyjąć dnia następnego. 

Dnia następnego głowa i nogi napieprzały mnie nadal, do tego jeszcze bardziej, więc wszelki splendor, zachwyt i uznanie kierowane w moją stronę, nie były odbierane zbyt świadomie. Po 2 godzinach niezbyt intensywnego przechodzenia z papierami od pokoju do pokoju, wróciłam do domu. Byłam tak skonana, że nie mogłam ściągnąć butów. Nawet gadać nie miałam siły. Moje kiepskie samopoczucie tłumaczyłam sobie zupełnie zwyczajnym odreagowaniem stresu i kilkunastodniowego napięcia.

Im dłużej dzień następny trwał tym bardziej uświadamiałam sobie, że moja cicha nadzieja, że jednak ulegam socjalizacji i jestem w pełni zrównoważoną osobą, która potrafi utrzymać swoje emocje na wodzy i nie daje się nimi targać niczym Alexis włosami Krystal (bądź na odwrót), były płonne. 
Naprawdę dwa ostatnie tygodnie przed godziną 0 (a raczej moje zachowanie objawiające się: opanowaniem, chłodną analizą faktów, działaniem, kreatywnością pozbawione ataków paniki, permanentnego stanu nerwowości, agresji kierowanej w stronę sprzętów i ogólnej nieprzysiadalności), pozwoliły mi uwierzyć, że zaczęłam się stresować w sposób zgodny z powszechną normą. 
Gdybym wiedziała, jak to się skończy, to zaczęłabym poważnie rozważać, czy nie dawać upustu swojemu stresowi na prawo i lewo zniechęcając do siebie kogo się da.

Moje ciało pokazało ogromnego fucka i odleciało na prawie trzy doby. Przysięgam, że niemal widziałam smoki i latałam. Potem końska dawka antybiotyku popsuła całą zabawę i sprowadziła mnie na ziemię, a smoki zagoniła nie wiem gdzie. Od czwartego dnia było już tylko gorzej: zwykła, parszywa choroba, która odejmuje chcenie na wszystko i jednocześnie daje je, tylko nie wiadomo na co. 
Gdy już zaczęłam trochę bardziej ogarniać, gdzie jest sufit a gdzie podłoga, pomyślałam, że to świetna okazja do nadrobienia lektur wszelakich. Niestety słowo pisane kuło mnie w oczy, jak mojego dawnego sąsiada dresiarza, dlatego zaczęłam nadrabiać wszystkie możliwe seriale i teraz zaczynam oglądać inne, by w nich narobić sobie zaległości. Oglądnęłam też filmy, o których istnieniu pamiętają zapewne jedynie ci, co je robili.  Posprzątałam pulpit komputera i pomalowałam jeden paznokieć. 
Prowadziłam także dyskusję z kotem, że czerwone winogrona - mimo iż bardzo smaczne - nie są dla kotów. Po bardzo długim czasie degustacji z nieukrywaną niechęcią kot przyznał mi racje i zaczął wyżerać słone paluszki. To była jedna z atrakcji dnia. 
Siedzę sobie tak już 7 dzień w domu. Do pracy wracam za tydzień. Obawiam się, że seriale mogą się skończyć, a ja mogę zacząć wyć, a na pewno niedługo będę siedziała przed oknem tak jak Behemot. Pani doktor kazała mi leżeć w łóżku. Daję słowo, ostatnio coś takiego przeżywałam w latach 90'. 


Oczywiście nie chodzi o to, że mi źle, że siedzę w domu. Celebruję te chwile, jak smak ulubionej kawy. Pozbawiona wyrzutów sumienia oddaję się hedonistycznym uciechom książek, dźwięków i filmów. 
Ale powietrza na twarzy mi brak. 
Tak po prostu.


8 komentarzy:

  1. Rozumiem ten brak powietrza na twarzy, oj rozumiem, ja po dniu siedzenia w domu mam dosc.

    OdpowiedzUsuń
  2. Polecam "Predestination". Dobrze zabija czas. Nie wzbudza zbyt dużych wyrzutów sumienia, bo nie do końca da się stwierdzić czy ten film jest tak dobry czy tak słaby, bo przewidywalny. Ubaw z braku umiejętności określenia jakości filmu - po same pachy :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopisuję zatem do listy :) Przeczytałam opis i mnie wzruszył ;)
      Na razie zauroczyło mnie "Downtown Abbey" i odnajduję się w tym arystokratycznym przepuszczaniu czasu przez palce ;)

      Usuń
    2. I ja się zatracam w "Downtown Abbey" :)

      Usuń
    3. Nie dziwi mnie to wcale :)

      Usuń
  3. Twoje słowa nawet chorobę potrafią namalować atrakcyjnie. :) Skutecznego powrotu do pełni sił :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger