poniedziałek, 13 stycznia 2014

no more drama

Tuż obok mojego domu, nad melioracyjnym rowem, który można pokonać jednym susem, jest kładka. Kładka, jak kładka. Rachityczna. Zbita z iluś tam, zbutwiałych już, desek. Tam się któraś łamie, tam kruszy, trzeszczy. I od wielu lat ktoś niestrudzenie tę kładkę naprawia dobijając do niej kolejne deski, które po jakimś czasie się łamią, kruszą, trzeszczą, butwieją. Od wielu lat ktoś wkłada swoją energię i wysiłek w to, aby ta kładka trwała i pełniła swoją funkcję, bo jest tam potrzebna. A kładka ugina się od ciężaru stóp i psich łap, wypacza.Coraz mniej przypomina siebie, coraz rzadziej może realizować to, co określa jej zasadność i istnienie.

Myślę, czasem warto pozwolić konstrukcji, aby się załamała a nie utrzymywać ją sztucznie przy życiu. Zwłaszcza wtedy, gdy co rusz i coraz częściej trzeba nadawać jej dawną formę, która i tak nie będzie już tym, czym była. Czasem chyba lepiej odpuścić. 

Myślę sobie, że teraz mogę. Mogę załamać się tak zwyczajnie, zupełnie naturalnie wyrzucając z siebie to, co się złamało, ukruszyło, pękło. I budować od nowa silniejszą siebie. 


czwartek, 9 stycznia 2014

sometimes

sometimes

I dziś jest właśnie taki dzień.
Bez oczekiwań, planów, analiz.
Gdy wieczorem położę głowę na poduszkę z twarzą Marylin Monroe, będę wiedziała, czy wyszłam na plus czy na minus.
I wtedy zacznę oczekiwać, analizować i planować.
Będę wiedziała co.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

enter sandman

enter sandman
Na poduszce, jeden obok drugiego, zamiast pluszowych misiów, ubrane we flanelowe piżamy z odpowiednim graficznym motywem przewodnim, leżą moje lęki. Każdy, co do jednego, chce się mocno wtulić w każdą myśl, która jeszcze nie śpi. 
Znów przewracam się z boku na bok, przetaczam z jednego krańca łóżka w drugi. A lęki rozpychają się, kopią, zabierają kołdrę i wchodzą na głowę. 
Poddaję się i z nabożną wręcz dokładnością przyglądam się im po kolei. A im bardziej któryś przeraża, tym mocniej się wpatruję, przydzielam im realne twarze, barwy głosów i gesty. I nakręcam je jeszcze bardziej, jak pozytywkę z horroru, która nigdy nie przestaje grać.
Można stwierdzić, że to paranoja. Albo intuicja.
Boję się konkretnych ludzi i zdarzeń. Ślepego losu i nieuwagi. Braku skupienia i świadomości. Coś każe mi bać się tego wszystkiego, czego teoretycznie nie powinnam, jakby dawało mi to jakąkolwiek kontrolę. Ergo, obracam we wszystkie możliwe kierunki swoje lęki. A one rosną i wprawiają serce w kołatanie, jakąś niepojętą dla mnie potrzebą wciskania guzika autodestrukcji. 
A przecież wiem, że wystarczy odpuścić, dać im ulecieć. Tylko, gdy zgaszę światło...


 

piątek, 3 stycznia 2014

high hopes

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek coś postanawiała. Zawsze bardziej śmiałam się, że wraz ze styczniem wszyscy masowo jesteśmy chudsi, sprawniejsi fizycznie, bardziej oczytani, w lodówce mamy tylko zdrowe produkty, których nazwy jesteśmy w stanie wymienić w przynajmniej w sześciu językach tego świata. Milsi, bez połowy swoich wad, z ukończonymi wszelkimi możliwymi kursami i z mnóstwem stempelków w paszportach (choćby tych mentalnych). A z każdym dniem, mimo wszelkich prób i wysiłków, coraz bliżej nam do tych nas grudniowych, zeszłorocznych, nieużywających karnetu na basen, zapatrzonych bezmyślnie w szklaną pogodę, warczących na otoczenie w chmurze papierosowego dymu.
Może raz, czy dwa, z poczucia, że chyba jakaś dziwna jestem, skoro nic sobie nie postanawiam, wypisałam kilka absurdalnych punktów, o których zapomniałam i, rzecz jasna, nie zrealizowałam. I nadal byłam niesystematyczna, niebiegająca, roztrzepana, z zagrożeniem z niemieckiego na koniec roku i nieprzeczytaną Anną Kareniną na półce. Zdecydowanie wolę listy wakacyjne. 

Jednak w zeszłym roku coś sobie postanowiłam. I choć bardziej w ramach żartu, bez przekonania o własnej systematyczności czy pamięci, założyłam (owszem, czasami zachowuję się, jak gimnazjalistka i dobrze mi z tym) słoik dobrych zdarzeń 2013. Ku mojemu zdziwieniu pamiętałam i zapisywałam dobre chwile na post-it'ach, które potem wrzucałam do słoika. Wypełnił się po brzegi. Pierwszego stycznia otworzyłam słoik, wyjęłam i przeczytałam każdą kolorową karteczkę. Kilkadziesiąt mimowolnych, szczerych uśmiechów. Jednak zabawy rodem z gimbazy dobrze robią na samopoczucie. 
Przeglądam zdjęcia, mnóstwo zdjęć. Pstrykałam bez opamiętania. Często bez sensu i bez potrzeby. Ale znów mimowolnie się uśmiecham. 
I nagle postanawiam sobie, że będę miała słoik na ten rok i będę pstrykać jeszcze bardziej.
Te wszystkie małe radości gdzieś uciekają, przykryte niezrzuconymi kilogramami, popiołem z papierosa i zakurzoną książką do hiszpańskiego, zawstydzoną listą bez odhaczonych punktów. Trzeba im pomóc znów wyjść, dać o sobie przypomnieć, bo nagle może okazać się, że - mimo wszystko - było dobrze, pięknie, niesamowicie. 
I tak właśnie, mimo iż postanowień nie praktykuję, postanawiam sobie pielęgnować małe szczęścia. Ergo, mam słoik dobrych zdarzeń 2014. I siedem postanowień na nowy rok. Jeśli stanę się systematyczna i skupiona, jeśli będę biegać, odważę się mówić po niemiecku i przeczytam Annę Kareninę, to nie będzie to miało nic wspólnego z noworocznymi postanowieniami. To widocznie tak miało się stać. 
Siedząc nad rozsypanymi na podłodze post-itami odruchowo sięgnęłam po pióro i po świeżo kupiony pod wpływem impulsu notes, który miał mi się przydać do niczego. I zapisałam jedno zdanie. Nie zdradzę go, tak, jak nie zdradzę sześciu kolejnych. Wszystkie pielęgnują szczęście.     

Gdy zamykam notes z kotem na okładce, zauważam na niej napis: Have an aim in life or your energies will all be wasted. 
Przypadek?
Nie sądzę.


Copyright © 2014 serendipity , Blogger