poniedziałek, 14 września 2015

oh well

Tegoroczna lista rzeczy do zrobienia w wakacje, których i tak nie zrobię była dość specyficzna. To znaczy ona była tendencyjna, konsekwentnie wypełniona niemal identycznymi punktami co rok, dwa, trzy… lata temu. Ale tym razem, można by powiedzieć o niej, że była listą urlopową, bo tuż przed urlopem powstała, niemal przed końcem wakacji. Mimo krótkiego czasu podjęłam się realizacji następujących postanowień:


  • Przygotować M-ce pokój dla pierwszoklasistki


Zrobione! Wykazałam się determinację wielką, bo dwa dni pod rząd jeździłam do sklepu (pod miasto), aby dostać takie biurko, jakie sobie dla M-ki upatrzyłam. Wykorzystałam też okazję do wyrzucenia do niczego nie nadających się zabawek. Wszystko, co z biurkiem jest związane zostawiłam natomiast M-ce, by sobie urządziła tak, jak chce i jak jej wygodnie i w ogóle nie ingeruję w to, że powierzchnie są słabo wykorzystane a niektóre rozwiązania nielogiczne ;) Tego też trzeba się nauczyć ;)


  • Naprawdę zrobić porządek w szafie i naprawdę pozbyć się rzeczy, które mają więcej niż 10 lat (8, 5 i 4) i w których zwyczajnie nie chodzę i nie czekać na to, że moda wróci, bo jak wróci, to sobie mogę kupić coś nowego, a prawda jest taka, że nawet się nie zorientuję, gdyby wróciła. (Naprawdę oznacza naprawdę, a nie wyrzucenie dwóch rozciągniętych T-shirtów dla świętego spokoju).


Normalnie taka dumna jestem z siebie, jak nie wiem co! Najpierw wywaliłam wszystko na podłogę, by stwierdzić: “O nie! Wywaliłam wszystko na podłogę”, ale wzięłam się w garść i zrobiłam ostrą selekcję. Fakt. Były rzeczy, z którymi nie wiedziałam co zrobić, bo w sumie nie chodzę, ale wyrzucać szkoda… No to wpadłam na genialny pomysł: zrobiłam zdjęcia ubraniom, zrobiłam opisy i wysłałam swoim bliskim koleżankom - ¾ ciuchów do wyrzucenia znalazło nowe właścicielki :) Pomysł spodobał mi się tak bardzo, że postanowiłam podobne rozwiązanie zastosować w sezonie jesień/zima. Tylko nie wiem co na to koleżanki.


  • Jedną książkę przeczytać. Nie musi być gruba. 


Normalnie idę jak burza z tymi postanowieniami! Przeczytałam, jedną i miała powyżej 100 stron!


  • Przejrzeć kolczyki i bransoletki i wyrzucić te bez pary i te przerwane, bo jednak przez rok nadal się nie znalazły i nie ponaprawiały. Sama nie rozumiem, dlaczego?


W tym niezrozumieniu trwam nadal.


  • Kupić jednak tę osłonkę na balkon, co ją od zeszłych wakacji kupuję, bo zabawa w Katie i kotka wyskakującego przez balkon już mnie nie bawi.


Kupiłam! Ale potem oddałam zakupiony towar. Otóż. Miałam zapisane (od roku) wymiary balkonu, więc poszłam do sklepu i poprosiłam o osłonkę zaznaczając, że ja z matematyki to kiepska jestem i nie wiem, ile m2 owej osłonki potrzebuję. Pan powiedział, że nie ma problemu, wystarczy podać wymiary. No to podałam! Cieszyłam się jak nie wiem co, że w końcu ją sobie zainstaluję (tak, cieszą mnie takie rzeczy). Pełna zapału i energii przystąpiłam do działania i nagle okazało się, że jednak brak znajomości matematyki może być problemem. Osłonki starczyło bowiem na pół balustrady. Oczywiście zwymyślałam Bogu ducha winnego sprzedawcę, że się nie zna, źle odmierzył. By potwierdzić swoją tezę postanowiłam zmierzyć balustradę raz jeszcze (może przez rok urosła?). I wtem! Szok i niedowierzanie! Doszło do mnie, że wymiary, które podałam panu w sklepie nie były długością oraz wysokością! Rozmiar nr 1 był długością dwóch krótszych boków balustrady a rozmiar nr 2 był długością boku dłuższego. Osłonkę ładnie zwinęłam i odniosłam do sklepu. Bum ta dysss! Może się uda next summer!


  • Zagospodarować szuflady w meblach po babci.


Jeszcze nie czas.


  • Jak już zlokalizowałam te rolki (wakacje 2013), przytargałam je do domu (wakacje 2014) to mogłabym się na nie wybrać.


Srutututu majtki z drutu.


  • Wrócić do dobrej praktyki jeżdżenia do pracy rowerem.


No jak?! Przecież na urlopie byłam!!


  • Zrobić porządek ze zdjęciami na pulpicie. 


Czy wrzucenie wszystkich zdjęć do jednego folderu zatytułowanego “do ogarnięcia” można uznać, za uporządkowanie fotograficznego archiwum?


  • Pójść na jedne zajęcia jogi. Tak, na jedne. Jest to bardziej realistyczne i konkretne niż dotychczasowe zacząć chodzić na jogę


Wybrałam sobie szkołę. To już coś. 


  • Uporządkować dokumenty.


No cóż. Ja myślę, że to jest jednak takie typowe jesienne zadanie. Aczkolwiek rzeczy ułatwiające mi to uporządkowanie nabyłam. 
Ale! W ferworze wyrzucania ubrań i składania m-kowych mebli posprzątałam coś, czego w planach sprzątać nie miałam - komórkę. I, uwaga, wywaliłam zawartość 3 kartonów, które tylko przewożę od paru lat z miejsca na miejsce, nie rozpakowując ich wcale. Teraz mam ślicznie wszystko poukładane, posegregowane w ślicznych, nowych kartonach. Więc, doprawdy, fakt posiadania bałaganu w dokumentach gaśnie przy tym heroicznym dokonaniu.


  • Kupić abażur.


Poza tym, ze chcę abażur, to chcę mieć ładny abażur. Wszystkie były brzydkie. Nie ma abażuru. Jest brzydko zwisająca żarówka.


  • Zamontować rolety. Do końca, bo ta jedna jednak śmiesznie tak sama wygląda.


W sumie to Rodziciel zamontował, ale dzielnie mu kibicowałam i docinałam tam gdzie trzeba było i mam już rolety we wszystkich oknach (choć nie w każdym są one równe)


  • Odpuścić. Odpuścić to wszystko, czego się trzymam. Przyjąć pewne rzeczy, zjawiska i ludzkie zachowania bez potrzeby zrozumienia ich, umiejscowienia w tym, co dla mnie znane.


I choć wiele jeszcze w tym temacie jest do zrobienia, to muszę przyznać, że coś drgnęło.


  • Potraktować nowy obszar zawodowy jako przestrzeń do zabawy, odkrywania, rozwijania, poznawania siebie z innej strony.


No nie bardzo miałam jak będąc na urlopie… Ale po powrocie dostałam jeszcze kolejny, nowy obszar. Jeszcze nie wiem, czy to mnie pogrąży czy wręcz przeciwnie. Odkrywania za to będzie, że łohoho.


  • Nie bać się. Nie bać się, do cholery.


Podobno im człowiek starszy, tym bardziej pewny siebie, potrafiący realnie ocenić w czym jest dobry. A u mnie jakoś tak zupełnie na odwrót. Niezaliczone. 


  • Zejść z poziomu mam taki bogaty zasób słownictwa, że zapomniałam o zasadach gramatyki i wrócić do podstaw w angielskim.  


Do podstawowych wręcz. Trochę przysypiam z nudów ;)


  • Więcej pisać na blogu. 


Wciąż się staram.


  • Odpocząć.


Postanowiłam odpoczywać nadal. Nie tylko w wakacje. Idzie mi całkiem nieźle. Godziny poza służbowym biurkiem wyciskam do ostatniej kropli.


  • Nie przejmować się tą listą.


Ależ skąd! Ani trochę! Ale powiem tak: ja lubię te swoje wakacyjne listy, mimo iż są bardzo na wyrost. Pomagają mi się skupić, pomagają mi pokazać samej sobie, że potrafię wziąć się w garść. Co więcej, postanowiłam pójść za ciosem i zrobić listę na jesień. Niezbyt dużą. Niezbyt zobowiązującą. Znów taką, którą nie ma się co przejmować, ale dzięki której w podświadomości, działania są troszkę bardziej celowe. 

Jesień jest dobra na myślenie, na budowanie. Dziś muszę mieć cel i plan. Dlatego planuję dalej. Planuję wszystko to, czego nie zrobiłam w wakacje. Planuję jeden taki wieczór, którego nigdy nie było. Planuję znów pojechać w góry, mogą być nawet niskie. Planuję znów pisać senniki i odzyskać swoje dawne. Planuję dopieszczać się do środka i przeczytać 6 książek do grudnia i na bieżąco czytać Zwierciadło. Planuje nauczyć się pleść warkocze sobie i M-ce, bo przecież właśnie po to zaczęłam zapuszczać włosy - by zapleść sobie długi warkocz. Dalej robić po prostu swoje, najlepiej jak się da. 

poniedziałek, 7 września 2015

back to school

back to school
Góry były piękne. Jak zawsze. Pełne śmiechu, ciepła i radości. Chciałam tam zostać już na zawsze w tym mieszkaniu z domu z wieżą, z węglową kuchnią i trzeszczącą werandą. W tym czasie poza czasem, wziąć M-kę pod rękę i uciec gdzie pieprz rośnie i ukryć się przed wrześniem. Bo ja nie zgadzam się na wrzesień.
Mimo iż już trwa.

Wolałabym, aby jeszcze przez ten rok M-ka nie wiedziała, co to lekcyjny dzwonek i tornister na plecach.
Wolałabym, nie podpisywać się pięć dni w tygodniu na własnej liście obecności.

Bo na urlopach jestem miękka i świetlista. Wolna. Swoja. M-kowa. Na urlopach zwykły świat mnie cieszy i bawi. Poza nimi czasem marszczę czoło i nawet mój głos ma lekki ton papieru ściernego. I mniej energii we mnie i tęsknota coraz większa za zwykłym światem.
Myślę, że to już tylko kwestia czasu.



1 września, M-ka patrzy na mnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami, w których zbierają się łzy i mówi: Mamo, bo ja chyba nie chcę iść do szkoły.

Entuzjastycznie ćwierkam, że zaczyna się fantastyczna przygoda, że dowie się tak wiele i tak wiele świetnych rzeczy będzie mogła wybrać tylko dla siebie.
Nic nie mówię o tym, że ja też nie chcę.

Swój pierwszy dzień w szkole pamiętam jako czarno-biały. To pewnie za sprawą zdjęć. Pamiętam zdjęcia robione przez tatę na balkonie, a potem przez dziadka na jego balkonie. M-ka też już takie ma.
Pamiętam, jak przed wielką szkołą staliśmy podzieleni na klasy, gęsiego a pani wyczytywała nasze nazwiska. I pamiętam, że po jednym nie padło "obecna", bo właścicielka nazwiska od razu poszła o klasę wyżej. I ja wtedy pomyślałam, że ze mną jest coś nie tak. W sumie długo właśnie tak myślałam. Uwielbiałam platynowe włosy naszej pani, jej różowe policzki i błękitne powieki, tak bardzo w stylu lat 80tych. Na pierwszej lekcji nie rozumiałam czemu spółgłoski są czerwone, a samogłoski niebieskie i dlaczego słowa ‘mama’ nie mogę zapisać literkami, tylko kolorami. Zwłaszcza takimi. Przecież wiadomo, że litera M nie jest i nigdy  czerwona nie była.
Jak tak sobie teraz o tym wszystkim myślę, to wydaje mi się, że byłam gdzieś z boku, wyobcowana, rozkładająca wszystko na atomy, z grupką bliskich koleżanek. I nie powiem, że było mi z tym źle. Było radośnie. Ale nie powiem też, że chciałabym, aby M-ka miała tak samo.
Patrzę na nią jak niesie plecak, jak siedzi w ławce, jak szepcze coś do ucha swojej nowej koleżance, jak wraca z klejem wsmarowanym we włosy, jak zapomina o butach zmiennych i jak przyjmuje to wszystko, co się wokół niej dzieje, tak po prostu, naturalnie. Jak wszystko.
Znosi to bardzo dobrze. Zdecydowanie lepiej niż ja. Bo ja wciąż się wzdrygam na dźwięk szkolnego dzwonka.

M-ka zaczyna nowy etap. I ja też bym chciała. Mam potrzebę zmiany. Znów spadła ze mnie wierzchnia warstwa schematów, złudzeń, znów w kolejną jesień idę inna. To lato przemknęło niemal niezauważalnie i mnie zmieniło. Jestem jak w tej pierwszej klasie, trochę z boku, zastanawiająca się w ciszy nad tym, co widzę i słyszę. I na razie jest mi tak dobrze. Idę w jesień pełna nadziei. Z innymi aspiracjami, celami i potrzebami. Myślę, że to dobrze. I myślę też sobie, że cieszę się na ten powrót do szkoły, na nowe odkrycia i nowy świat, który będę podpatrywać, jak odkrywa go M-ka i uczyć się go razem z nią.

Wczoraj, po godzinie 15, gdy gotowałam obiad, musiałam zapalić w kuchni światło. Zrobiło się tak ciepło, domowo, jesiennie. Lato przeleciało mi między palcami. Jesieni już na to nie pozwolę. 


sobota, 22 sierpnia 2015

filandia

filandia
Gdzieś w Zachodniopomorskim PKS zwolnił gwałtownie, co wzbudziło moją czujność. Przed nami jechał kombajn. Spojrzałam przez nagrzane słońcem okno i wbiłam spojrzenie w owoce jarzębiny. 

Kombajn. Jarzębina.

Dotarło do mnie: schyłek lata. A dla mnie lato dopiero się rozpoczęło wraz z końcówką drugiego tygodnia sierpnia. Rozpoczęło i w mojej świadomości miało trwać dokładnie tyle, ile to kalendarzowe. Choć to nieprawda. 

Lipiec przeleciał mi gdzieś przez palce. Przybrał formę nadgodzin i był niemal niezauważalny. 
W lipcu przywiozłam sobie z delegacji smaki dzieciństwa. Żelki Haribo - które teraz można kupić wszędzie, a które kiedyś jadłam przez niemal miesiąc, po jednym każdego dnia, bo nie miałam krewnych w RFN i to mogła być paczka z serii once in a lifetime  (myślę, że dlatego tak bardzo lubię żelki) - i Kocie języczki, z których kiedyś zostawiłam sobie opakowanie i traktowałam jak relikwię i przez cały, tegoroczny lipiec tak bardzo to przeżywałam, że znów je mam, że po otworzeniu paczki w sierpniu okazało się, że upały roztopiły najpyszniejszy smak czekolady z dzieciństwa. Nauczka: korzystaj z chwili, nie odkładaj na później. A na pewno w nie nasłonecznione miejsce.

Berlin drży pod moim ciałem, przejeżdżąjącymi wagonami metra, gdy leżę na trawie obok fragmentów muru i nie mogę dojść do tego, po której leżę stronie? Nie sądziłam, że Berlin tak mocno mną ruszy, uwolni wspomnienia, o których nie wiedziałam, że są. Nie sądziłam, że pomoże znów doceniać. I po prostu się cieszyć. 

W międzyczasie miałam 34 urodziny i dość jasną wizję przyszłości. Objawił mi się też wzór i fragment mojego ciała na kolejny tatuaż. I to wszystko tego jednego dnia. Wzruszyłam się na koncercie pewnego aktora i jego córki a potem dwa dni płakałam na wspomnienie pewnego filmu.
W międzyczasie zrobił się sierpień, opadły mi ręce i poczułam ogromną bezsilność w odpowiedzi na międzyludzką nielojalność. Początek sierpnia zjadł mi nerwy a w rozmowie osób trzecich zostałam nazwana do spółki gwiazdą, co uważam za dowód niezwykłego uznania mojej skromnej osoby i jej zawodowych wysiłków. Z drugą gwiazdą świecimy, więc bardziej niż dotychczas prosto w dwulicowe oczy.  Już dawno nic mnie tak nie uderzyło,więc w międzyczasie dostałam kolejną lekcję z międzyludzkich zachowań i straciłam złudzenia.
Nigdy nie odliczałam tak zawzięcie do urlopu i nigdy nie wzięłam go sobie tak długiego jak teraz. 

I tak znalazłam się w PKSie w drodze nad morze do Rodzicieli i M-ki, gdzie dotarło do mnie, że kończy się lato i że to moja pierwsza, samotna podróż od, zdaje się, pięciu lat. Kierowca PKSu mówi do mnie per ty, więc się jaram, że wyglądam o 10 lat młodziej. Rodzona matka poznaje mnie po walizce. W rozpuszczonych włosach, bez makijażu, w szortach i w przeciwsłonecznych okularach podobno wyglądam jak gówniara, Chociaż według mnie, to przez różowy plecak i neonowe paznokcie. A M-ce słońce rozjaśniło pięknie włosy.

W najgorętszy sierpień jaki pamiętam, czytam najsmutniejszą książkę, jaką miałam w ręku. Siedzę z rodzicami i z M-ką na trawie i słuchamy koncertu szant i piosenek Okudżawy. Niemal wszyscy znają je na pamięć. Na sam koniec M-ka idzie po swoje pierwsze w życiu autografy. 
Włosy plączą mi się w nadmorskiej wilgoci tak, jak chcą i uwielbiam słoność moich warg. Pierwszy raz skaczemy całą czwórką przez ogromne fale i myślę, że po prostu lubię spędzać z nimi czas. Zawsze lubiłam. To szczęście czuć się dobrze z własnymi rodzicami. Znów kręcę króciutkie filmiki, jak dawniej i czuję spokój, którego mi brakuje. 



Patrzę wokół siebie i jak nigdy wcześniej, tak mocno dotyka mnie przemijalność, jakby trzymała mnie za rękę. 
Nabieram życie całymi garściami.

M-ka idzie do szkoły i już nic nie będzie takie samo. 
Nie będzie już takiego lata.

Bo najpiękniejsze jest teraz.
Za rok też będzie. 
Choć inaczej.



   


środa, 12 sierpnia 2015

this summer

Wszystkie moje wakacyjne listy postanowień sprowadzają się do tego samego, a raczej do tych samych punktów. Z roku na rok postanawiam sobie dokładnie to samo, biorąc jednak poprawkę na to, że nie wszystko udaje mi się zrealizować, postanawiam mniej. I tak z sześciu książek do przeczytania w wakacje schodzę do trzech, by w kolejne wakacje mieć nadzieję, że chociaż jedną książkę uda mi się przeczytać. Nie planuję nadrobienia zaległości w prasie składanej przez cały rok, ale mam nadzieję, że może uda mi się przejrzeć numer bieżący. W tym roku skróciłam nawet czas realizacji wakacyjnych postanowień, bo lipiec w żaden sposób nie pozwalał na zaplanowanie sobie wakacyjnych zadań. Pierwsza połowa sierpnia również nie. I coś mi tam szeptało za uchem, aby dać sobie spokój, ale są wakacje, musi być i lista. Rzecz jasna nie będzie się ona zbytnio różnić od tej z zeszłego roku, bo cóż... dążenia mam praktycznie wciąż takie same.


  • Przygotować M-ce pokój dla pierwszoklasistki
  • Naprawdę zrobić porządek w szafie i naprawdę pozbyć się rzeczy, które mają więcej niż 10 lat (8, 5 i 4) i w których zwyczajnie nie chodzę i nie czekać na to, że moda wróci, bo jak wróci, to sobie mogę kupić coś nowego, a prawda jest taka, że nawet się nie zorientuję, gdyby wróciła. (Naprawdę oznacza naprawdę, a nie wyrzucenie dwóch rozciągniętych T-shirtów dla świętego spokoju).
  • Jedną książkę przeczytać. Nie musi być gruba. 
  • Przejrzeć kolczyki i bransoletki i wyrzucić te bez pary i te przerwane, bo jednak przez rok nadal się nie znalazły i nie ponaprawiały. Sama nie rozumiem, dlaczego?
  • Kupić jednak tę osłonkę na balkon, co ją od zeszłych wakacji kupuję, bo zabawa w Katie i kotka wyskakującego przez balkon już mnie nie bawi.
  • Zagospodarować szuflady w meblach po babci.
  • Jak już zlokalizowałam te rolki (wakacje 2013), przytargałam je do domu (wakacje 2014) to mogłabym się na nie wybrać.
  • Wrócić do dobrej praktyki jeżdżenia do pracy rowerem.
  • Zrobić porządek ze zdjęciami na pulpicie. 
  • Pójść na jedne zajęcia jogi. Tak, na jedne. Jest to bardziej realistyczne i konkretne niż dotychczasowe zacząć chodzić na jogę
  • Uporządkować dokumenty.
  • Kupić abażur.
  • Zamontować rolety. Do końca, bo ta jedna jednak śmiesznie tak sama wygląda.
  • Odpuścić. Odpuścić to wszystko, czego się trzymam. Przyjąć pewne rzeczy, zjawiska i ludzkie zachowania bez potrzeby zrozumienia ich, umiejscowienia w tym, co dla mnie znane.
  • Potraktować nowy obszar zawodowy jako przestrzeń do zabawy, odkrywania, rozwijania, poznawania siebie z innej strony.
  • Nie bać się. Nie bać się, do cholery.
  • Zejść z poziomu mam taki bogaty zasób słownictwa, że zapomniałam o zasadach gramatyki i wrócić do podstaw w angielskim.  
  • Więcej pisać na blogu. 
  • Odpocząć.
  • Nie przejmować się tą listą.
...dobrze, że mam długi urlop
Copyright © 2014 serendipity , Blogger