czwartek, 20 września 2012

crazy

W altanie obrośniętej jesiennym kwiatem pijemy mocna kawę i jemy jagodowe ciasto z brzoskwinią zatopioną w fioletowej galaretce. 
Pachnie las kusząc długim spacerem, suszą się grzyby na drewnianej ławce, kota łasi się do nóg a uśmiechnięta, dopiero co poznana trzylatka chwyta mnie za rękę: Pohuśtaj mnie ciociu.

Uśmiecham się na wspomnienie drogi, gdy spała koło mnie, a ja intuicyjnie chciałam ją głaskać po włosach i w ostatniej chwili uświadamiałam sobie, że to przecież nie moje dziecko. 

Kury próbują nas przekrzyczeć, a gospodarzom zdaje się zupełnie nie przeszkadzać moja obecność, niezapowiedziana, w przelocie. 
Taki nasz postój w odrealnieniu w drodze na kolejne służbowe spotkanie w mieście z największym pomnikiem. Aż żal się odrywać. 
Ale przecież praca tam to sama przyjemność.
Lubię patrzeć, jak zmienia się grupa. Jak rodzą się nowe emocje, jak zaczyna wierzyć, jak zaczyna jej zależeć. 
Czasem łapię się na tym, że testujemy coś, co niedługo będzie obligatoryjne dla wszystkich samorządów i że ja mam w tym jakiś udział. Ale nie to jest najważniejsze, najczęściej nawet o tym nie pamiętam. Zatracam się w procesie. Czasem męczą mnie te podróże, kilkugodzinne narady, stosy sprawozdań i dopinanie budżetów, powroty w środku nocy do domu, walka między ideą a rzeczywistością i nierówność, która dotyka mnie bardzo bezpośrednio.

Późną nocą zapalam światło w śpiącym domu, napuszczam wodę do wanny i leżąc w niej zastanawiam się, dlaczego, mimo wszystko, tak dobrze się w tym czuję?
Odpowiedź przychodzi bardzo szybko: bo to nie jest praca dla normalnych ludzi. 
    

wtorek, 18 września 2012

psalm stojących w kolejce

Wśród kolorowych kartek papieru i pasków bibuły, miedzy drzewami, przy samej ziemi na piankowych puzzlach radosny gwar dzieci i ich rodziców. Z rąk do rąk podają sobie kredki, kawałki tektury, liście. Budują z kartonów domki dla krasnoludków, kasztanom nadają zoomorficzne kształty, przypinają gumki do krasnoludkowych czapek. Bawią się świetnie. Siedzą razem ale tak naprawdę każdy sobie: walka o konkretny kolor brystolu, kredkę, kolorowankę. Bardzo dyskretna ale jednak na śmierć i życie, bo radość dziecka przecież najważniejsza. Własnego dziecka rzecz jasna. Dzieci roześmiane, rodzice wyluzowani. 
Tuż obok nich stoją i obserwują mocno trzymając się za ręce M-ka i Katie.

M-ka: Mamo, chcę czerwoną czapkę krasnala.
Katie: Dobrze kochanie. Idziemy zrobić ci czapkę.
Głęboki wdech. Jestem dorosła, jestem matką. Dam radę.  
Siadamy w radosnym kręgu.
Katie: M-ko, weź proszę tą czerwoną kartkę.
M-ka: Nie mamo, ja poczekam.
Katie: Ale nie musisz czekać, możesz sobie wziąć taką kartkę, która ci się najbardziej podoba. 
M-ka: Poczekam mamo. 

Biorę czerwoną kartkę do rąk i formuję z niej czapkę krasnoludka burząc się w myślach na postawę mojego dziecka. Na to jej poczekam. Przypominam sobie, jak na placu zabaw ustępuje miejsca innym dzieciom chcącym wdrapać się na zjeżdżalnie, mimo iż to jej kolej. 
Kartka papieru nabrała kształt czapki. Czekam. Grzecznie czekam w kolejce, której nie ma, na swoją kolej wzięcia taśmy klejącej i trzy razy spóźniam się o sekundę. 
M-ka: Poczekamy mamo. 
Nie, nie poczekamy. Krasnoludkowy pomocnik macha czerwoną czapką nad głowami:
- Czy ktoś chce czerwoną czapkę?
Nie czekam. Jestem lwicą. Bardzo dyskretną. Moje dziecko ma czapkę krasnoludka. 
Place zabaw i festiwale dla dzieci to dżungla.

Obie z ulgą i z czapką odchodzimy od plastycznego kręgu. M-ka biega po parku i odwiedza ustawione w nim kartonowe domki krasnoludków. Czasem przeczołga się przez kolorowy tunel. Robię zdjęcia. 
Myślę nad słowami Lewkonii: jaka mać, taka nać.
Bo jesteśmy rodziną kotów. Wychodzimy do ludzi wtedy, kiedy mamy na to ochotę i na naszych warunkach. Dobrze nam w swoim towarzystwie.
W zasadzie, to nawet dość zabawne. A. mówiła mi, że jestem otwarta na innych, że ludzie do mnie lgną, otwierają się przede mną. Ale o mnie samej mało kto co wie. Tylko tyle na ile sama pozwolę, a i tak ma się wrażenie, że zna się mnie na wylot. Jestem tak antyspołeczna, że organizuję imprezy, o których wspomina się latami, rozkręcam atmosferę i nadaję jej rytm. Dusza towarzystwa. Nie wynika to z mojego charakteru, ale z potrzeby, by inni czuli się dobrze. Ale jestem też dzika i cicha. Typ obserwatora, nie wybijam się przed szereg i nie jestem liderem, jeśli nie muszę. 

M-ka swoje imię poniekąd zawdzięcza kochance Kafki. Poniekąd, bo imię było już wybrane, a potem był artykuł. Gdy go przeczytałam, to wiedziałam: takich cech szukam u kobiety. Imię wybraliśmy dobrze. Bo ze wszystkich rzeczy, których M-ka miała po mnie nie dziedziczyć były nos, naiwność, a przede wszystkim wycofanie i skłonność do stania w kącie. 
M-ka miała mieć wrażliwość, jasne spojrzenie na świat, inteligencję, poczucie humoru, mocny charakter, pewność siebie. I na co dzień wszystko to ma. W zderzeniu ze światem zewnętrznym chowa się do swojego kokonu. Kokon wyniosła z domu.

Bo jaka mać taka nać więc w nieistniejących kolejkach będziemy stać.  
Ale choć wiem, że czasem ten mój bagaż będzie jej ciążył, to cieszę się, że M-ka jest taką M-ką, jaką jest.

piątek, 14 września 2012

here comes the sun

W wąską brukowaną ulicę między wysokimi kamienicami powoli wlewa się pomarańczowe światło poranka. 
Z każdą chwilą miasto nabiera kolorów. Przebiera się z nocnych koszul w sukienki w odcieniach żółci i czerwieni, ale na stopach wciąż jeszcze ma puchate kapcie podszyte mgłą.
Leniwa pobudka.
Za chwilę stanie się dzień.
Słońce wypełnia szczelnie boczne i wsteczne lusterko. Ulice, jak z kolorowych zdjęć w początkach lat dziewięćdziesiątych. Tylko kilka kałuż mimochodem przypomina o wczorajszej szarości i melancholii rozciągniętej między balkonami.
Czuję jak różowieją mi policzki od mroźnego powietrza, które migoce wilgocią na liściach drzew i wiruje w snopie światła wpadającego między brązowiejącymi drzewami wprost pod moje stopy. 
Wierzba moczy końcówki swych jeszcze zielonych liści w fosie.
Uwielbiam jesień i jesienne, słoneczne poranki.

środa, 12 września 2012

odrobina dyskomfortu

Gdy piętrzą się stosy gazet lub czasopism do przeczytania, rośnie stos literatury specjalistycznej, której wiedzę trzeba mieć na już albo nawet na wczoraj, gdy uśmiechają się z półek okładki książek, które chcesz przeczytać, gdy leżą jeszcze kartony do wypakowania, to niezbyt rozsądne jest czytanie znów tej samej książki. 

Wracałam do niej nie raz. Zwłaszcza w liceum. To było w czasach, gdy na przerwach czytałam  kieszonkowe wydania książek, a Kubuś i Alicja nie byli trendy. Dlatego jeszcze bardziej wierzono, że jestem z jakiejś odległej galaktyki.

Kot z Cheshire na początku mnie irytował. Tym niepostrzeżonym wracaniem, nagłymi zniknięciami, które były tak zwyczajne.
Zwyczajne zniknięcia są najgorsze.

Coraz rzadziej rozbrzmiewa dzwonek telefonu, zostaje tylko uśmiech zostawiony gdzieś w cyberprzestrzeni na pożegnanie, a potem i on rozpływa się gdzieś w czasie. 

Gdy na telefonie wyświetla się znajome zdjęcie, to wiem, że będzie coś spektakularnego. Spektakularna radość lub spektakularne rozsypanie. Nigdy nic pomiędzy. 
Co dziwne, gdy była oddalona te kilka granic stąd, była, jak na wyciągnięcie ręki. Teraz, gdy odległość skurczyła się do czterech godzin jazdy pociągiem, to jakby dzielił nas ocean, pasmo gór i pustynia. Czasem im bliżej tym dalej. 
Śle pozdrowienia z krajów o najdziwniejszych nazwach, a ja odszukuję je na mapie, słucham hymnów.
Praca R. bardzo rozwija mój zasób wiedzy. 

Dzwoni i mów o stanie technicznym samolotów. Pokrywam się gęsią skórką.
R. wychodzi rano do pracy doskonale wiedząc, że może już z niej nie wrócić.
Kwituje to jedynie: No cóż. Tak bywa
Gdyby myślała inaczej, to zwyczajnie nie byłaby w stanie robić tego, co robi. 
Myślę, że mam szczęście. Jedyne co mi grozi w pracy, to wizualizacja, że rzucam w kogoś dziurkaczem. Ewentualnie kilka wrzodów żołądka.  

Jednym dniem wyprałam siebie z kreatywność. Czcionką Calibri rozmiaru 11 na pięciu stronach ogołociłam wewnętrzną przestrzeń. Zwyczajne zniknięcie treści wewnętrznej.
W nagrodę ogromna pustka, katar ze stanem podgorączkowym i poklepanie po plecach, wykonałaś dobrą robotę.

Gdy wypuszczam wielkim strumieniem w zewnętrzną przestrzeń swoje pomysły i słowa, które za czas jakiś będą ścinane, by zmieścić się matrycę logiczną, przefiltrowane przez inne głowy i pozycje budżetowe, jestem jak w próżni, bezbronna, sama, chora.

Don't leave me hanging on the telephone oznajmia śpiewem komórka nadchodzące połączenie. Zerkam. Coś spektakularnego. Czeka mnie potok słów, być może któreś z nich osadzą się we mnie.

Najchętniej zaciągnęłabym plecioną roletę i skuliłabym się pod czerwonym kocem z kubkiem kakao.
Leżałabym nasłuchując, jak kiełkują nowe pomysły. Jak niepostrzeżenie wracają nowe słowa. 
Z uśmiechem.

Copyright © 2014 serendipity , Blogger