środa, 12 września 2012

odrobina dyskomfortu

Gdy piętrzą się stosy gazet lub czasopism do przeczytania, rośnie stos literatury specjalistycznej, której wiedzę trzeba mieć na już albo nawet na wczoraj, gdy uśmiechają się z półek okładki książek, które chcesz przeczytać, gdy leżą jeszcze kartony do wypakowania, to niezbyt rozsądne jest czytanie znów tej samej książki. 

Wracałam do niej nie raz. Zwłaszcza w liceum. To było w czasach, gdy na przerwach czytałam  kieszonkowe wydania książek, a Kubuś i Alicja nie byli trendy. Dlatego jeszcze bardziej wierzono, że jestem z jakiejś odległej galaktyki.

Kot z Cheshire na początku mnie irytował. Tym niepostrzeżonym wracaniem, nagłymi zniknięciami, które były tak zwyczajne.
Zwyczajne zniknięcia są najgorsze.

Coraz rzadziej rozbrzmiewa dzwonek telefonu, zostaje tylko uśmiech zostawiony gdzieś w cyberprzestrzeni na pożegnanie, a potem i on rozpływa się gdzieś w czasie. 

Gdy na telefonie wyświetla się znajome zdjęcie, to wiem, że będzie coś spektakularnego. Spektakularna radość lub spektakularne rozsypanie. Nigdy nic pomiędzy. 
Co dziwne, gdy była oddalona te kilka granic stąd, była, jak na wyciągnięcie ręki. Teraz, gdy odległość skurczyła się do czterech godzin jazdy pociągiem, to jakby dzielił nas ocean, pasmo gór i pustynia. Czasem im bliżej tym dalej. 
Śle pozdrowienia z krajów o najdziwniejszych nazwach, a ja odszukuję je na mapie, słucham hymnów.
Praca R. bardzo rozwija mój zasób wiedzy. 

Dzwoni i mów o stanie technicznym samolotów. Pokrywam się gęsią skórką.
R. wychodzi rano do pracy doskonale wiedząc, że może już z niej nie wrócić.
Kwituje to jedynie: No cóż. Tak bywa
Gdyby myślała inaczej, to zwyczajnie nie byłaby w stanie robić tego, co robi. 
Myślę, że mam szczęście. Jedyne co mi grozi w pracy, to wizualizacja, że rzucam w kogoś dziurkaczem. Ewentualnie kilka wrzodów żołądka.  

Jednym dniem wyprałam siebie z kreatywność. Czcionką Calibri rozmiaru 11 na pięciu stronach ogołociłam wewnętrzną przestrzeń. Zwyczajne zniknięcie treści wewnętrznej.
W nagrodę ogromna pustka, katar ze stanem podgorączkowym i poklepanie po plecach, wykonałaś dobrą robotę.

Gdy wypuszczam wielkim strumieniem w zewnętrzną przestrzeń swoje pomysły i słowa, które za czas jakiś będą ścinane, by zmieścić się matrycę logiczną, przefiltrowane przez inne głowy i pozycje budżetowe, jestem jak w próżni, bezbronna, sama, chora.

Don't leave me hanging on the telephone oznajmia śpiewem komórka nadchodzące połączenie. Zerkam. Coś spektakularnego. Czeka mnie potok słów, być może któreś z nich osadzą się we mnie.

Najchętniej zaciągnęłabym plecioną roletę i skuliłabym się pod czerwonym kocem z kubkiem kakao.
Leżałabym nasłuchując, jak kiełkują nowe pomysły. Jak niepostrzeżenie wracają nowe słowa. 
Z uśmiechem.

20 komentarzy:

  1. Tylko nie o samolotach, ja do nich nie wsiadam :))Paczucha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też nie, ale w sumie, to nigdy nie miałam okazji ;)

      Usuń
  2. Dobrze odebrać takie połączenie...

    OdpowiedzUsuń
  3. A bo to książki czytamy z rozsądku? Znaczy, czytamy, pewnie, ale czy przynosi nam to pożądaną przyjemność? Kiedy tylko muszę coś przeczytać, nastawiam się tak negatywnie, że choćby bez przymusu mnie porwało, pod przymusem nudzi.
    Lubię potoki słów od kogoś, kogo lubię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak to wygląda, nawet jeśli treść mnie naprawdę interesuje i chcę coś przeczytać, to najeżam się na kwestię tego, że muszę. A to przecież takie połączenie przyjemnego z pożytecznym...

      Usuń
  4. powinnam napisać prywatnie w sumie, ale czy Alicja w oryginale znalazła się w moim kartonie przypadkiem czy mi ją podarowałaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podarowałam :) Ale to jest skrócona wersja :)

      Usuń
    2. a, to ok
      P.S. wiem, że uwielbiasz moje urwane z choinki komentarze ;)

      Usuń
    3. yhm, one robią mi dzień :)

      Usuń
  5. Katar, pękająca głowa, rozsadzający ból w zatokach. nawet nie wiem, gdzie i czy mamy termometr. A wszystko przez te upały. Moje myśli i działania nieskoordynowane, zlepek zadyszanych słów i mroczki przed oczami. Bredzę na lekcjach, a jutro będę bredzić na wywiadówce.
    Podaję Ci łapkę i znikam.
    Mój uśmiech zostawiam, a nawet mogę się dal Ciebie wyszczerzyć jak kot z Ch. O tak >>>>>X<<<<<
    ..uuuuuu..
    ...nnn...
    .....


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas zimno, deszczowo, nieprzyjaźnie a całe ciało chce się ułożyć w pozycji horyzontalnej. Zdrówka :*

      Usuń
  6. Wyszedł krzywy zgryz, ale to wina blogera, bo mi poprzestawiał wszystko do lewej :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, mam dokładnie taki sam:)))))

      Usuń
    2. A nawet (jak usłyszałam wczoraj od małej, nowej sąsiadki na klatce) jeszcze śliczniejszy ;)

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. Ja lubię na nie patrzeć, ale czy odważę się kiedyś wsiąść?

      Usuń
  8. A co to za fobia samolotowa u komentujących:)Ja się cieszę na każdą okazję i sposobność latania.Stanowczo za mało ich było, jak dla mnie. Chociaż znam takich co muszą się znietrzeźwić,żeby wsiąść do samolotu:)

    ps. Czyżby moja przygoda z Białym Królikiem natchła Cię do odświeżenia lektury z dzieciństwa? Alicjo?

    mła:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja doświadczenia nie mam. Nie ciągnie mnie, ale chyba wsiadłabym bez większych problemów - może kiedyś będę miała szanse zweryfikować swoje wyobrażenia :)

      p.s. przyznam, że tego akurat nie czytałam, to chyba taka (nie)przypadkowa zbieżność :*

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger