środa, 5 września 2012

one way ticket

Lato schyla się z wdziękiem i pięknie. 
Po jednej stronie szosy pole słoneczników, po drugiej wrzosowiska.
Gdy jadę z A. czuję się tak dobrze dookreślona. Mam silne kontury i mocne fundamenty. Potrafi jednym słowem wlać we mnie pewność siebie, pokazać mi, jak bardzo chcę i dać odwagę, by zaryzykować. 
Wjeżdżamy w miasto z największym pomnikiem, które mieni się kolorowymi tornistrami. Na skwerach, ławkach rozsiadła się młodzież z  butelkami w dłoni. 
Po wakacyjnej przerwie znów spotkania z samorządowcami i społecznością lokalną. Ze zdziwieniem odkrywam, że mi tego brakowało. Z jeszcze większym zdziwieniem orientuję się, że stoję w deszczu inspiracji. Szybko kreślę mapę myśli i nagle klocki rozwalone przez kilka tygodni, w tej jednej chwili układają się w sensowną całość.

A. jedzie dalej, ja wracam pociągiem. Miasto z największym pomnikiem, tak inne w swym rytmie od mojego. Pochowane w mieszkaniach, przyczajone za firanką w oknach niskich kamienic. Dworzec kolejowy, jak opuszczone miejsce. Złowieszczo brzmią moje obcasy w podziemnym przejściu na perony. 
Odczuwam lęk. Lęk? Bądźmy ze sobą szczerzy: zwyczajnie się boję. I choć nie jestem zwierzęciem stadnym, to z ulgą oddycham, gdy powoli zaludnia się peron. Nad kalenicami dachów błyszczy w zachodzącym słońcu bryła pomnika. Uśmiecham się lekko. Zaczynają brzęczeć tory.
Gubię się w wagonach. Według mnie sensowniej byłoby, gdyby ich numery leciały po kolei. Ale wtedy podróż nie byłaby aż tak atrakcyjna. Przyzwyczajona do pociągów, które do mnie mówią, odczuwam stres, że przegapię stację w Wielkopolsce, gdzie w osiem minut mam zmienić pociąg. 
Zmieniam w dwie. 
Kobieta w przedziale czyta tę książkę, co to ją męczyłam rok czasu. Czyta i (widzę to) przeżywa. Ale, w przeciwieństwie do mnie, nie katusze. Dziewczyna czyta mój ulubiony miesięcznik a chłopak Przygotowanie do lekarsko - dentystycznego egzaminu państwowego. Aż mnie korci, by spytać go o stan mojego uzębienia. 
Gubię linijki poradnika o politykach horyzontalnych. 
Nie mam siły czytać.
Myślę o rozmowie z A. choć i na to sił nie mam.

Zadane pytania zmienia rzeczywistość i nagle definiuję swój problem. 
Nie potrafię być w pełni zaangażowana, gdy muszę się dzielić na dwa odległe sobie światy. Aż takiego rozdwojenia jaźni nie mam. Nie potrafię jednocześnie działać na poziomie zadań i operacyjności, być w ciągłym ruchu, z kolizyjnością oczekiwań innych a przy tym być na poziomie strategicznym, być kreatywna, tworząca idee i innowacyjne rozwiązania. Tu trzeba wyciszenia, głębokiej analizy. Nie planuję zadań na osiem godzin ale na 5-6, zostawiając te pozostałe na sprawy typu emergency, te trudne do przewidzenia, które wiadomo, że się wydarzą. Są jak te jajka z radzieckiej gierki z Wilkiem i Zającem. Uwielbiałam ją. W realu nie jest już tak fajna, mimo iż żadnego jajka jeszcze nie zbiłam. Gdy łapiesz jajka, ciężko jest myśleć sprawach w kategorii meta. Zwłaszcza, że mentalnie jestem w przedszkolu. I nie mam tu na myśli swojego intelektualnego poziomu, moje myśli biegną ku M-ce.

Cele są zawsze subiektywne, co oznacza, że zawsze należą do kogoś. Mój cel jest sprzeczny z moimi ostatnimi emocjami i postrzeganiem rzeczywistości.
Być może jestem naćpana tą radością związaną z miastem i na tej fali zapominam o tym, co było złe. Znów cieszę się tym, co robię. Znów chcę robić więcej.

Rozmyślania przerywa sen. Budzę się w swoim mieście. Tuż przed północą miasto tętni. Wychodzę z hali dworca i widzę tak dobrze znany, tak dobry neon. Odpowiadam dobry wieczór a łza kręci mi się w oku. Z rozbawieniem stwierdzam, że nie mam zielonego pojęcia, jak dotrzeć o tej porze pod mój nowy adres.
Uśmiecham się do księżyca i dotrzymuję obietnicy złożonej dwa lata temu. 
Idziemy na nocny spacer. 
Tak, jak kiedyś.

 
  

10 komentarzy:

  1. Tak się zasugerowałam Twoją wtrętką o największym pomniku, że mam wizję, że w trakcie swojej podróży wylądowałaś na dworcu w Świebodzinie i nie mogę o niczym innym myśleć tylko o Tobie malutkiej jak mróweczka i wielkim cementowym Jezusie górującym nad sennym miasteczkiem jak jakaś Godżilla:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobra wizja, tak właśnie było :)

      Usuń
  2. Ja za to, choć przyzwyczajona do pociągów, które i mówią, i, nawet bardziej, do tych, które nie mówią, niemal zgubiłam się na dworcu w mieście wojewódzkim: rozkopali go ze dwa lata temu i zakopać nie mogą. Zresztą, nie tyle wykopy mi przeszkadzają, co sprzeczne informacje o peronach na rozkładach jazdy.
    Zawsze zazdroszczę szczęściarzom, którzy wracają z urlopu i niemal od razu pławią się w inspiracji. Ja przez cały wrzesień wegetuję, choć i to słowo jest dość przesadzone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, same roboty to nawet nic strasznego, ale oznakowania pozostawiają wiele do życzenia.

      Usuń
  3. bardzo cenię ludzi, którzy dotrzymują składanych obietnic. zwłaszcza sobie samym. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :* Wbrew pozorom tych dotrzymać najtrudniej.

      Usuń
  4. Nieraz tęsknię za tą grą z jajeczkami. "Żonglerka" nimi była niezłą frajdą, wywoływała sporo emocji, gdy tempo rosło, a w razie skuchy można było zacząć od nowa. Byłam w tym dobra. No i zasady były proste, choć wcale nie tak łatwo było pokonać tę maszynkę - szanse były równe dla wszystkich. Robiliśmy sobie w domu jajeczkowe zawody, póki się nie rozpadł ekranik.
    Myślę sobie,że moje zawodowe poczynania, to takie łapanie jajeczek połączone z ekwilibrystyką, w dodatku na grząskim gruncie, który nie wiadomo kiedy wciągnie. Złapiesz jedno, drugie ci się stłucze, ale już musisz pędzić po kolejne, by się wykazać, mimo, iż i tak nikogo nie obchodzi, z jakim wynikiem zakończysz, bo to tylko taka głupia zabawa na niby, mało poważana i śmiesznie łatwa. A ty mimo to wkładasz w nią emocje, jak we wszystkie inne swe zadania. A jak gra się kończy, możesz sobie sama zrobić medal z kartofla, bo wszystkim zwisają twe nadzwyczajne zbędne umiejętności. "Pip, pip, pip, game over, a ty z czego się tak cieszysz"
    To, co dziś czuję, to chyba jest to słynne wypalenie zawodowe. I nie z mojego umysły się wzięło, a wskutek tego,że innym bezczelnie jawnie zwisaSZ. Więc czuję, jakby mnie powoli patroszono z zapału.
    Moje klocki owszem, układam, porządkuję, mam je na oku i czuwam, ale głównie dla spokoju ducha. Robię swoje i patrzę, jak po mej prawej i lewej stronie galopują szczury. Nie lepsze ode mnie i nie bardziej pomysłowe. Za to świetnie im idzie pogryzanie innym stołków i popisy w stójce na czubku swego ogona, za okruchami ze stołu.
    Obskakuję swoje pole gry mając w pogardzie wszelkie się łaszenie, najwyżej skuszę. Najwyżej. A może jeszcze im pokażę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem pewna, że im pokażesz. I to tak, że to oni zaczną gubić swoje jajka :) Najgorzej, gdy Twoje wysiłki nie znaczą zbyt wiele dla innychb :*

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger