wtorek, 24 grudnia 2013

the carol of the bells

the carol of the bells
23 grudnia, w drodze do pracy, zatrzymałam się na światłach. I nie byłoby w tym nic istotnego uwagi, gdyby nie to, że po mojej lewej stronie pojawiła się tęcza, a chwilę potem, zaraz obok, w górę wystrzeliła druga.
Tęcza w grudniu, dzień przed wigilią, to jednak coś magicznego.
I tego czegoś magicznego Wam życzę. Takiej magii, która Was zaskoczy, która da radość. Czy to będzie świąteczne spotkanie, odpuszczenie żalu, wymarzony prezent pod choinką, zrozumienie, jakaś ulotna chwila, która przyniesie ciepło, pokora, śmiech dziecka, tęcza... nieistotne. Niech się po prostu zdarzy.
Bo przecież wszyscy potrzebujemy odrobiny magii i dobrych zakończeń.


niedziela, 15 grudnia 2013

London calling

Z lotu ptaka rozświetlone miasto wygląda jak buzująca rzeka złota lub rozżarzona lawa płynąca wzdłuż i wszerz świata.
Gdy samolot opuścił płytę lotniska, zrobiło mi się dogłębnie przykro i niewiarygodnie pusto. Tak bardzo, że łzy niekontrolowanie spłynęły mi po policzkach. Jakbym miała już nigdy nie wrócić. 
(W jakimś sensie pewna część mnie nie wróciła) 

Ważne decyzje (a może wszystkie) powinno się podejmować stojąc mocno na ziemi. Ja swoją podjęłam 11 600 metrów nad ziemią, przy temperaturze na zewnątrz -63 stopni Celsjusza. Można więc przyjąć, że podjęłam ją na chłodno, mimo iż bujałam w obłokach.

(Kiedyś schowałam czerwone buty dzielnej Gerdy, później pudełko dziewczynki z zapałkami, którymi rozświetlałam mrok innym. Teraz chowam Katie. Siebie prawdziwą, a nie jakieś bajkowe wcielenie. Bajkowe wcielenia mogą zmienić się w myszy czy w inną cebulę, prysnąć, gdy wybije północ. Ja nie.) 

Wschód słońca goni ogon samolotu. Powoli przymykam powieki, przeszywa mnie chłód. Jestem pomiędzy. Pomiędzy ziemią a niebem, pomiędzy miejscem a i miejscem b, między rzeczywistością a marzeniem. Pomiędzy samą sobą. Taki bezczas w czasie. 
W jednej chwili jakaś część mnie roztrzaskała się gdzieś nad Księstwem Niderlandów.

Londyn mnie rozczula. Jest jak pudełko z ulubionym rodzajem czekoladek. Mój Londyn trwa kilka godzin, ma trzy ulice i jedną stację metra. Jest mały, przytulny, ciepły i świąteczny. Wśród brytyjskiej zabudowy czuję się, jak mała dziewczynka zamknięta w śniegowej kuli (mimo iż mży), którą ktoś trzyma na swoim kominku. 
Ludzie na peronie i w wagonach wpatrzeni w swoje gazety, smartfony i tablety, ze słuchawkami na uszach. Odizolowani zamknięci w cybernetycznym świecie, gdy ten realny mija (dosłownie i w przenośni) tuż przed ich oczami. 
A ja chłonę wszystko. Lubię patrzeć na ludzi, architekturę, świat. Inspiruje mnie, wzrusza, daje do myślenia. Jestem jak dziecko widząc, jak Anglia zaczyna swój kolejny dzień. Brytyjski akcent mnie roztkliwia, koją choinki, śmieszą swetry w renifery, bałwany, elfy, które ma na sobie praktycznie każdy (pamiętacie sweter Marka Darcy'ego z "Dziennika Bridget Jones"? Takie swetry żyją naprawdę. Żyją i przechadzają się na torsach uśmiechniętych Anglików). Wylewam na siebie najgorszą kawę, jaką kiedykolwiek piłam, ale to londyńska kawa, więc przyjmuję to ze spokojem. 

Na Kirby Street w industrialnym budynku z zielonym dachem wybija godzina dwunasta. Różowy napis na niskim, betonowym stropie głosi mind your head.

... na serce już za późno. 

środa, 11 grudnia 2013

shake your groove thing

W nowym trzeba się umościć. Znaleźć optymalne dla siebie miejsce i ułożenie. Tak, by nic nie gniotło, nie uwierało i nie drapało. Wtedy można dać z siebie to, co najlepsze. Sięgać wyżej, patrzeć dalej, widzieć głębiej. 

Umościłam się. I było mi wygodnie. A gdy robi mi się wygodnie, to ta wygoda zaczyna mi przeszkadzać. I zaczynam się wiercić. 

Mam odrosty wtórnych myśli i żyję z kuponów, które odcinam od siebie samej. Usypiam swoją czujność niezmiennymi obrazami, niczym papką serwowaną przez telewizję i nawet nie chce mi się zmienić kanału. I tyję. Tyję od frustracji braku rozwoju. 

Nie lubię, gdy coś przychodzi zbyt łatwo. Lubię się zmęczyć, poczuć wysiłek w sobie. Nie lubię czuć zmęczenia komfortem. A chyba właśnie czuję.

Wygoda zaczęła kąsać.
I gniecie. 

niedziela, 8 grudnia 2013

my favourite part

my favourite part
Zastygnięte rozkruszyło się. Niewykonalne zrobiło się. To, co utknęło, ruszyło przed siebie. Smutne wybuchło dziecięcą radością i śmiechem prosto z przepony. Powywracane wróciło na swoje miejsce. 
To jednak prawda: z grudniem zaczyna dziać się magia. Od pierwszej strony kalendarza.

Może się starzeję, a może teraz jeszcze bardziej wyczulona jestem na wszelkiego rodzaju przejaśnienia. Atmosferyczne, emocjonalne, mentalne i egzystencjalne. 
Bo wzruszył mnie pierwszy śnieg i list M-ki do Świętego Mikołaja. Pakowanie odpustowych pierdółek do adwentowego kalendarza i wieszanie bałwanów na srebrnej nitce podwieszonej u sufitu. 
Bo rozpłynęłam się w smaku waty cukrowej i gorących kasztanów. Uniosłam zapachem prażonych orzechów i przypraw korzennych. Wśród tysiąca lampek typu LED rozświetliłam wewnętrznym blaskiem z tego, że jestem. Taka a nie inna. Tutaj a nie gdziekolwiek indziej. 

Paradoksalnie grudnie są ciepłe. Tak od wewnątrz.
A wieczorami nieskrępowanie tańczę do Joss. W każdym wydaniu. Tak, jak kiedyś.


Copyright © 2014 serendipity , Blogger