Z lotu ptaka rozświetlone miasto wygląda jak buzująca rzeka złota lub rozżarzona lawa płynąca wzdłuż i wszerz świata.
Gdy samolot opuścił płytę lotniska, zrobiło mi się dogłębnie przykro i niewiarygodnie pusto. Tak bardzo, że łzy niekontrolowanie spłynęły mi po policzkach. Jakbym miała już nigdy nie wrócić.
(W jakimś sensie pewna część mnie nie wróciła)
Ważne decyzje (a może wszystkie) powinno się podejmować stojąc mocno na ziemi. Ja swoją podjęłam 11 600 metrów nad ziemią, przy temperaturze na zewnątrz -63 stopni Celsjusza. Można więc przyjąć, że podjęłam ją na chłodno, mimo iż bujałam w obłokach.
(Kiedyś schowałam czerwone buty dzielnej Gerdy, później pudełko dziewczynki z zapałkami, którymi rozświetlałam mrok innym. Teraz chowam Katie. Siebie prawdziwą, a nie jakieś bajkowe wcielenie. Bajkowe wcielenia mogą zmienić się w myszy czy w inną cebulę, prysnąć, gdy wybije północ. Ja nie.)
Wschód słońca goni ogon samolotu. Powoli przymykam powieki, przeszywa mnie chłód. Jestem pomiędzy. Pomiędzy ziemią a niebem, pomiędzy miejscem a i miejscem b, między rzeczywistością a marzeniem. Pomiędzy samą sobą. Taki bezczas w czasie.
W jednej chwili jakaś część mnie roztrzaskała się gdzieś nad Księstwem Niderlandów.
Londyn mnie rozczula. Jest jak pudełko z ulubionym rodzajem czekoladek. Mój Londyn trwa kilka godzin, ma trzy ulice i jedną stację metra. Jest mały, przytulny, ciepły i świąteczny. Wśród brytyjskiej zabudowy czuję się, jak mała dziewczynka zamknięta w śniegowej kuli (mimo iż mży), którą ktoś trzyma na swoim kominku.
Ludzie na peronie i w wagonach wpatrzeni w swoje gazety, smartfony i tablety, ze słuchawkami na uszach. Odizolowani zamknięci w cybernetycznym świecie, gdy ten realny mija (dosłownie i w przenośni) tuż przed ich oczami.
A ja chłonę wszystko. Lubię patrzeć na ludzi, architekturę, świat. Inspiruje mnie, wzrusza, daje do myślenia. Jestem jak dziecko widząc, jak Anglia zaczyna swój kolejny dzień. Brytyjski akcent mnie roztkliwia, koją choinki, śmieszą swetry w renifery, bałwany, elfy, które ma na sobie praktycznie każdy (pamiętacie sweter Marka Darcy'ego z "Dziennika Bridget Jones"? Takie swetry żyją naprawdę. Żyją i przechadzają się na torsach uśmiechniętych Anglików). Wylewam na siebie najgorszą kawę, jaką kiedykolwiek piłam, ale to londyńska kawa, więc przyjmuję to ze spokojem.
Na Kirby Street w industrialnym budynku z zielonym dachem wybija godzina dwunasta. Różowy napis na niskim, betonowym stropie głosi mind your head.
... na serce już za późno.