wtorek, 31 lipca 2012

półśrodki nie

Choć staram się z całych sił niczym nie zdradzić, przegrywam na całej linii.
W każdym moim słabym uśmiechu widać wysiłek, jaki w niego wkładam.
Każde moje spojrzenie, choćby najbardziej neutralne, wysyła wiązkę zniecierpliwienia i frustracji, której nie mogę powstrzymać mrugnięciem.
Każdy mój gest, choćby nie wiem, jak bardzo delikatny, wypada mi z rąk drżeniem i zdenerwowaniem.
I choć nie wiem, jak długo układałabym słowa w poprawny, zdystansowany szyk, tonem głosu lekko zawodzi irytacja i rozczarowanie.

Nie, nikt nie może mi zarzucić braku profesjonalizmu, lekceważenia czy niekompetencji.
Co najwyżej przygaszenie, ograniczenie dialogu do spraw istotnych, skrócenie go do wymaganego minimum. Ale są to rzeczy, które niektórych głów nie powinny zaprzątać wcale.

Gromię samą siebie, nadludzkim wysiłkiem biorąc na te osiem godzin w garść.
Jeśli znów nie stanę się sobą, to jeśli nie trafi w sam środek, to na pewno odbije się na mnie rykoszetem.  

Mogę sobie tłumaczyć, że to zmęczenie materiału. Brak jakiejkolwiek harmonii, tylko niekończący się  maraton z punktu a do punktu b między skrajnościami. Wyciskanie wszystkich obszarów kreatywności, zapału i chęci do ostatniej kropli lub sezon ogórkowy męczący do granic wytrzymałości.
Mogę sobie tłumaczyć, że to nagląca potrzeba urlopu czy chwilowej zmiany otoczenia.
Jednak wiem, że to nie to.

Po piętnastej zaczynam znów być sobą. Głośno się śmieję i mam wiele do powiedzenia. Mam czas na to, co w moim życiu jest ważne i pozwala odpocząć.

Ergo to nie ja, tylko to miejsce.  

Kilka budujących zdań. Wypowiedzianych tak naturalnie, że nie wątpię w ich szczerość i wiem, że to ani tanie pochlebstwa ani sprytna manipulacja. Jestem tą, w którą się wierzy, która wie co zrobić i jak pobudzić ospały obszar. Szkoda tylko, że sama nie jestem co do tego przekonana. Jestem czarnym koniem. I to, akurat wiem. Ale nie robi to na mnie żadnego wrażenia, choć uśmiecham się miło i z godnością przyjmuję komplementy. Jeszcze jakiś czas temu przyjęłabym to z rozsądkiem i z entuzjazmem. A dziś, mimo iż przez moment znów poczułam podmuch wiatru w swoich skrzydłach, mimo iż wiem, że mogłabym się na nich wznosić, robiąc to, co chcę w perspektywie kilku lat, myślę sobie, że to nic.

Bo miejsce nie to. 

poniedziałek, 30 lipca 2012

ballad of a thin man

- Ojej, jaka ty chuda jesteś! 
Do pewnego czasu nie robiło już na mnie wrażenia. Głównie dlatego, że słyszę to od dwudziestu lat. Byłam określana jako patyczak, szkapa, zapałka. Babcia załamywała ręce nad tym, że ja na pewno nic nie jem. Mama nie załamywała, bo widziała ile jestem w stanie zjeść. Ci, co nie widzieli jak i ile jem - raz od jednej koleżanki usłyszałam, że nie przeraża jej ilość pochłanianego przeze mnie jedzenia, ale zaskakujące łączenie różnych produktów - przypisywali mi anoreksję. Jakoś mnie to nie ruszało. Zaczęło ruszać, jak byłam w ciąży. Życzliwie - na pewno życzliwie - mówiono mi, że dziecko będzie niedożywione i że nie nadaję się do naturalnego porodu. Tutaj były przytaczane przykłady osób, które swoją wagę zwiększyły dwukrotnie, a ja jestem nieodpowiedzialna, o czym ma świadczyć moje 12kg więcej. Po którymś takim komentarzu oświadczyłam, że mam jeść dla dwojga a nie za dwoje. Usłyszałam, że z cynizmem mi nie do twarzy. Odpowiedziałam, że zwłaszcza w oczach tych, których owych cynizm dotyczy. Na to odpowiedź była tylko jedna: jestem niemiła dlatego, że nie jem. Poddałam się i nie tyłam dalej.  Komentarze nie ucichły i po dziś dzień pierwsze zdanie, jakim jestem witana brzmi: Ojej, jaka ty chuda jesteś!

Olewałabym to dalej, gdyby nie bransoletka. Do tej pory zatrzymywała się na kostkach nadgarstka. Ostatnio wisi u nasady kciuka. Ubrania też na mnie wiszą. Bo problemem nie jest to, że jestem chuda, tylko, że chudnę. Wg BMI wagę mam idealną, aczkolwiek te miejsca po przecinku stoją tuż przy granicy niedowagi, czyli jednego dnia mogę ważyć tyle, ile powinnam a drugiego już nie. 

Rozpoczęłam więc pierwszą w swoim życiu dietę: dietę pogrubiającą. Zaczęłam jeść więcej i częściej - nawet śniadania w pracy. Do tego jeszcze regularnie. Zaczęłam rozwijać się kulinarnie, gotując wielodaniowe obiady. Bo gotować uwielbiam. Kroić, mieszać, przelewać. Jak tak sobie pogotuję, nawącham się tych wszystkich zapachów, to od razu głód mi mija. Jem wzrokiem i oczami. Na jedzenie właściwe nie mam już ochoty. Ale jem. Zaczęłam jeść nawet kolacje, czego od kilkunastu lat nie miałam w zwyczaju. A na kolację serwuję sobie danie tuczące, moje ulubione z czasów dzieciństwa: grzanki z serem. Kiedy moja mama usłyszała, że to moja ulubiona potrawa z dzieciństwa, to załamała ręce, bo była to tak zwana kolacja bieda, kiedy w domu poza kawałkiem żółtego sera i starego chleba nie było nic. Zajadam się co wieczór grzankami na kolację i czuję, jak nabieram wagi. Potem doznaję szoku. Zamiast tyć, chudnę. Nawet Kubik zaczął się przejmować. 

Myślę sobie, że widocznie już tak mam i nic na to nie poradzę. Jakby się tak głębiej zastanowić, to ja jeść nie lubię. O czynność mi chodzi. Nudzi mnie trochę. I chyba jadam bez celebrowania smaków, choć odkrywać nowe uwielbiam. Może mam po prostu złe podejście? Może, jeśli nie traktujesz jedzenia, jako przyjemności, tylko niezbędnej do życia porcji witamin i węglowodanów, to samo pożywienie traktuje cię, jako miejsce nie warte odkładania się pod postacią tłuszczu? A może zwyczajnie - wbrew temu, co myślę - stosuję dietę. Bardzo skuteczną, stresem nazywaną. Bo może, gdybym nie stresowała się tym, że chudnę (choć może chudnę, bo się stresuję) tyłabym z każdą grzanką i śniadaniem w pracy? 


P.s. Kiedyś sezon ogórkowy w mojej głowie się skończy i zacznę pisać z sensem. Prawda?


piątek, 27 lipca 2012

babskie gadanie

Kupiłam sobie krem pod oczy. 
Nie, żebym potrzebowała. Zakupiłam go czysto profilaktycznie, bo może powinnam już zacząć używać, żeby za 20 lat nie pluć sobie w brodę, że tego nie robiłam. 

Bo, gdybym w wieku lat 16 wiedziała o tym, że wysokie glany nie tylko budują prestiż społeczny (w '96 roku posiadanie takich butów oznaczało elitę i nonkonformizm w jednym) ale także, a może przede wszystkim, zmieniają delikatną skórę na piętach na skórę jak u nosorożca, to może profilaktycznie szorowałabym je pumeksem, jak dzika i nie przeżyła szoku w wieku 21 lat.

Zresztą, kiedy ostatnio odwiedzałam R. zostałam obdarzona spojrzeniem pełnym politowania i potępienia, kiedy okazało się, iż nie posiadam niczego pod oczy. A przecież ona, rano i wieczorem, smaruje sobie skórę pod oczami kolagenem (?!) więc ja tym bardziej powinnam, bo jestem starsza i to już jest ten wiek, kiedy owa czynność jest bezdyskusyjną koniecznością. 
Przytomnie stwierdziłam, że owszem, ale jednocześnie, w przeciwieństwie do niej, mam tak fantastyczną cerę, że ludzie dają mi od 5 do 7 lat mniej, bo nie widać po mnie tych lat, które bardzo dokładnie można wyliczyć na podstawie dowodu osobistego.
I żadna z nas nie była złośliwa czy wredna. Po prostu stwierdziłyśmy oczywistość, co i tak nie uchroniło mnie przed R, która rozsmarowała mi pod oczami warstwę czegoś lepkiego i kującego. 
Dodatkowo została mi wręczona cała lista produktów kosmetycznych niezbędnych dla kobiety w moim wieku (R, jako ta młodsza  używa ich profilaktycznie). 
Jak dla mnie było tam o 20 rzeczy za dużo, by określać je jako niezbędne i podstawowe. Tłumaczę sobie, że stewardessy, w przeciwieństwie do osób stąpających po ziemi, mają inne potrzeby i standardy. Wygórowane.
Co więcej znakomita większość tych produktów była dla mnie zagadką. 

No ale był tam krem pod oczy i jeszcze jedno coś. I zarówno krem jak i owe coś zakupiłam. 
Czysto profilaktycznie. 
Kremu użyłam, patrzę, wszystko jakby po staremu. Jak szorujesz pięty pumeksem, to przynajmniej od razu widzisz efekt. 
Cosia jeszcze nie używam. Wmawiam sobie, że tak naprawdę wcale tego nie potrzebuję. Ale nie wiem, jak długo uda mi się oszukiwać samą siebie. 

W ogóle to muszę z R. pogadać, jak już w końcu zejdzie z obłoków, o moim szczęśliwym roku, który na podstawie swoich licznych wierzeń przepowiada mi od trzech lat. Ponoć według zasad czegoś_tam rok liczy się od dnia urodzin i każdy z nich jest inny i coś nowego wnosi. R. coś mi wylicza, dzwoni i mówi: zaczyna się najszczęśliwszy rok w twoim cyklu! Ekscytujące początki i dobre zmiany! No to przez trzy miesiące z ekscytacją przyjmuję zmiany, choć nic dobrego w nich nie widzę, do czasu aż nie zadzwoni: Wiesz, źle policzyłam, teraz jesteś w roku 8, to nie jest zły rok, taki średni. No to żyję sobie średnio, aż dzwoni ze skruchą: Przykro mi, to jednak ostatni rok cyklu. Fatalny, najgorszy ze wszystkich. Wszystko się kończy bezpowrotnie. I wtedy myślę sobie, że w końcu coś się zgadza.  Na podstawie moich wyliczeń dotyczących wyliczeń R. teraz powinien być ten rok dobry. Co pozwala sądzić, że za ileś tam lat okaże się, że profilaktycznie stosowany krem pod oczy zacznie działać a owe coś może nie być jeszcze potrzebne. Ale jeszcze się upewnię.
 

czwartek, 26 lipca 2012

happy birthday

W dzieciństwie wszystkie emocje i zdarzenia odbiera się bardziej. Potem (choć nie zawsze i nie u wszystkich) to odczuwanie ma na sobie skazę dorosłości.
Tak, jak na przykład, urodziny. M-ka mówi o nich z wielką ekscytacją. Ogólnie nie bardzo jeszcze rozumie ideę urodzin: tego, że są raz do roku (więc co jakiś czas prosi mnie, abym upiekła tort urodzinowy) oraz tego, że urodziny mają wszyscy. Rodzona matka również. Kompletnie natomiast nie rozumie tego, że prezenty nie są dla niej. 

Kiedy byłam mała, urodziny to było coś. Od początku do końca mój dzień, w którym czułam się, jak królowa świata. Nic to, że wypadają w środku wakacji, przez co nigdy nie zanosiłam cukierków do szkoły ani nie robiłam, do czasów studiów, urodzin ze znajomymi, bo albo wszyscy byli na wakacjach albo mnie nie było w domu. Mimo to, zawsze było fajnie. Czasem wpadał ktoś z rodziny, mama zawsze robiła jakieś dobre ciasto, szliśmy w jakieś fajne miejsce. A jeśli byliśmy gdzieś na wakacjach, to też było super. Pamiętam, jak na przydziałowym talerzu z domu wczasowego, mama ułożyła biszkopty i pokryła jakąś masą, a na samym środku ustawiła taką zwykłą, dużą fioletową świeczkę. To był niepowtarzalny tort urodzinowy. Potem szokiem były dla mnie pierwsze urodziny bez rodziców. Ale wtedy była W. - mistrzyni w przygotowywaniu najbardziej absurdalnych i odjechanych prezentów (to się akurat nie zmieniło). Ma jakiś taki dar, że ofiarowuje coś, co nigdy ci nawet przez myśl nie przejdzie, ale jak już to masz, to okazuje się, że jest to coś, o czym tak naprawdę zawsze marzyłeś. Potem zaczęło się wychodzenie na piwo, do kina, grille, gwóźdź programu, czyli tradycyjnie wypłynięty serniczek. Zawsze coś się działo, mimo ogórkowego sezonu. 

A w tym roku, jakoś mi się nie chciało organizować spotkania z przyjaciółmi. Nie dlatego, że przechodzę kryzys wieku, zastanawiam się nad kierunkiem, jaki obiera, bądź nie, moja egzystencja. Jakoś tak... nie wiem... nie miałam czasu o tym myśleć i chyba po raz pierwszy nie wyczekiwałam tego dnia z radością, podnieceniem, czy nawet strachem. Zwyczajny dzień.

Obudziłam się wczoraj rano i pomyślałam o kategorii wiek. Uśmiechnęłam się. Nie rusza mnie wcale. A potem pomyślałam, że przecież sposób w jaki odbieramy to, co się zdarza, a przynajmniej większość z tego, zależy od nas samych. Skoro więc mam birthday, to będą happy. Czemu nie? 

Telefon cały dzień dzwoni, jak oszalały. Współpracownicy nagle okazują się kimś więcej, niż osobami, z którymi spędzam czas w pracy. M. przygląda mi się odrobinę dłużej niż zwykle i z miną znawcy mówi:
- Wiesz, nie wyglądasz tak staro.  
A potem informuje, że Unia Europejska podniosła górny pułap osób uznawanych za młode. Ergo, wg europejskich standardów wciąż jeszcze jestem młoda.  Pamiętają ludzie, których bym o to nie podejrzewała. Życzenia, takie naprawdę dla mnie, osobiste, trafiające w sedno i potrzeby. Przesłane zdjęcie jakiegoś horoskopu - niezwykle krzepiącego. W ten uwierzę, a ostatnie zdanie będzie życzeniem złożonym samej sobie: podobaj się sobie samej. W środku dnia, do biura wchodzi pan i wykrzykuje moje nazwisko.
- Kwiatuszki dla pani. W środku jest bilecik. 
Moje ulubione kwiaty: margaretki, goździki i jeszcze jedne, które nie wiem, jak się nazywają, ale są uroczo lawendowe. W pracy poruszenie. M. przeżywa najbardziej:
- Jaki czad! Kwiaty przesłane przez kuriera, cudownie! Od kogo, od kogo?
Wypatrują z zaciekawieniem, w lekkim szoku. Wtedy myślę sobie, że pierwsze kwiaty przesłane przez kuriera to takie poważne i dorosłe. Patrzę na bilecik, a tam - a jakże - Discover yourself. I wszystko jasne.

Imprezę urodzinową organizuje mi M-ka. Bo jak są urodziny to musi być tort ze świeczkami. No to jest. Puszczam mimo uszu uwagę, że biorąc pod uwagę liczbę moich lat, tort musi być bardzo duży, aby pomieścić te wszystkie świeczki. Na szczęście ze wszystkich minionych urodzin M-ki zostały te w kształcie cyfr, z których mogę skonstruować swoją własną liczbę. Tort może być całkiem mały.

Pod wieczór uśmiecham się do tego dnia, który naprawdę był happy. Kubik mówi: widzisz K, jak dla wielu osób, z różnych kręgów jesteś ważną osobą? Najwspanialszy prezent i źródło mojego szczęścia, to ludzie wokół mnie. Tak, mam niesamowite szczęście do ludzi spotykanych na mojej drodze. To jest coś, za co jestem wdzięczna każdego dnia. 

Mimo iż bez wielkiej fety, tradycyjnych spotkań, te urodziny były bardzo przyjemne, zapadające w pamięć.

Swoją drogą, czy to też nie jest naturalna kolej rzeczy, że nie mówię już: ale świetna była impreza!, tylko było przyjemnie? Co więcej: niesamowicie mi z tym dobrze!

     
Copyright © 2014 serendipity , Blogger