poniedziałek, 30 lipca 2012

ballad of a thin man

- Ojej, jaka ty chuda jesteś! 
Do pewnego czasu nie robiło już na mnie wrażenia. Głównie dlatego, że słyszę to od dwudziestu lat. Byłam określana jako patyczak, szkapa, zapałka. Babcia załamywała ręce nad tym, że ja na pewno nic nie jem. Mama nie załamywała, bo widziała ile jestem w stanie zjeść. Ci, co nie widzieli jak i ile jem - raz od jednej koleżanki usłyszałam, że nie przeraża jej ilość pochłanianego przeze mnie jedzenia, ale zaskakujące łączenie różnych produktów - przypisywali mi anoreksję. Jakoś mnie to nie ruszało. Zaczęło ruszać, jak byłam w ciąży. Życzliwie - na pewno życzliwie - mówiono mi, że dziecko będzie niedożywione i że nie nadaję się do naturalnego porodu. Tutaj były przytaczane przykłady osób, które swoją wagę zwiększyły dwukrotnie, a ja jestem nieodpowiedzialna, o czym ma świadczyć moje 12kg więcej. Po którymś takim komentarzu oświadczyłam, że mam jeść dla dwojga a nie za dwoje. Usłyszałam, że z cynizmem mi nie do twarzy. Odpowiedziałam, że zwłaszcza w oczach tych, których owych cynizm dotyczy. Na to odpowiedź była tylko jedna: jestem niemiła dlatego, że nie jem. Poddałam się i nie tyłam dalej.  Komentarze nie ucichły i po dziś dzień pierwsze zdanie, jakim jestem witana brzmi: Ojej, jaka ty chuda jesteś!

Olewałabym to dalej, gdyby nie bransoletka. Do tej pory zatrzymywała się na kostkach nadgarstka. Ostatnio wisi u nasady kciuka. Ubrania też na mnie wiszą. Bo problemem nie jest to, że jestem chuda, tylko, że chudnę. Wg BMI wagę mam idealną, aczkolwiek te miejsca po przecinku stoją tuż przy granicy niedowagi, czyli jednego dnia mogę ważyć tyle, ile powinnam a drugiego już nie. 

Rozpoczęłam więc pierwszą w swoim życiu dietę: dietę pogrubiającą. Zaczęłam jeść więcej i częściej - nawet śniadania w pracy. Do tego jeszcze regularnie. Zaczęłam rozwijać się kulinarnie, gotując wielodaniowe obiady. Bo gotować uwielbiam. Kroić, mieszać, przelewać. Jak tak sobie pogotuję, nawącham się tych wszystkich zapachów, to od razu głód mi mija. Jem wzrokiem i oczami. Na jedzenie właściwe nie mam już ochoty. Ale jem. Zaczęłam jeść nawet kolacje, czego od kilkunastu lat nie miałam w zwyczaju. A na kolację serwuję sobie danie tuczące, moje ulubione z czasów dzieciństwa: grzanki z serem. Kiedy moja mama usłyszała, że to moja ulubiona potrawa z dzieciństwa, to załamała ręce, bo była to tak zwana kolacja bieda, kiedy w domu poza kawałkiem żółtego sera i starego chleba nie było nic. Zajadam się co wieczór grzankami na kolację i czuję, jak nabieram wagi. Potem doznaję szoku. Zamiast tyć, chudnę. Nawet Kubik zaczął się przejmować. 

Myślę sobie, że widocznie już tak mam i nic na to nie poradzę. Jakby się tak głębiej zastanowić, to ja jeść nie lubię. O czynność mi chodzi. Nudzi mnie trochę. I chyba jadam bez celebrowania smaków, choć odkrywać nowe uwielbiam. Może mam po prostu złe podejście? Może, jeśli nie traktujesz jedzenia, jako przyjemności, tylko niezbędnej do życia porcji witamin i węglowodanów, to samo pożywienie traktuje cię, jako miejsce nie warte odkładania się pod postacią tłuszczu? A może zwyczajnie - wbrew temu, co myślę - stosuję dietę. Bardzo skuteczną, stresem nazywaną. Bo może, gdybym nie stresowała się tym, że chudnę (choć może chudnę, bo się stresuję) tyłabym z każdą grzanką i śniadaniem w pracy? 


P.s. Kiedyś sezon ogórkowy w mojej głowie się skończy i zacznę pisać z sensem. Prawda?


12 komentarzy:

  1. Ależ bym tak chciała.Jeść na co mam ochotę i chudnąć:) Ale koniec bujania w obłokach, na ziemie trzeba zejść.
    Katie Ty się musisz zbadać. Nie to, że Cię chcę przestraszyć czy coś, ale profilaktycznie powinna zrobić wyniki.Bardzo możliwe,że Cię stres zjada.

    Jednak najpewniej to choroba nie ma z Twym chudnięciem nic wspólnego.Jako że młodziutka jesteś to i dobry metabolizm swoje robi:)

    ps.Sobie wyobraź,że ja tez całe życie byłam patyczakiem, na którego wszyscy patrzyli z litością.Bo jak szczupłe to pewnie chore jakieś:)A ja w Twoim wieku miałam jak Ty:) Jadłam wszystko, no nie wszystko, bo przez 7 lat byłam wegetarianką i nie stosowałam żadnych diet, a byłam szczuplutka, wiotka wręcz. Jak sobie przypomnę,że ważyłam 52 kilogramy przy prawie 170 cm wzrostu, a w pasie miałam 56 cm to mnie samej to się wydaje niewiartygodne:)
    Pogadamy za dziesięć lat, kiedy przemiana materii już nie bedzie ta sama.
    Póki co... ciesz się z tej Twojej "chudości" i jedz na zdrowie.
    I olej to co inni gadają o Twojej figurze.Gusta są różne. Ostatnio w tym samy czasie oceniono mój wygląd diametralnie różnie.Najpierw zostałam nazwana kościotrupem,a potem inna osoba powiedziała,że przytyłam i dobrze wyglądam. Wyluzuj,wiele ludzi tak ma,że wolą patrzeć na kogoś nie w lustro:)

    ps. A wyniki zrób.Co Ci szkodzi:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też byłam wegetarianką, ale tylko 2 lata, potem zgłodniałam ;) teraz niby jestem semiwegetarianką ;) wg jakiś tam podziałów :)
      Badania mam porobione, wszystkie co do jednego i są w normie, poza jedną rzeczą, ale chyba niezbyt groźną - ale jeszcze poczekam, aż potwierdzi mi to lekarz :) Najbardziej mi przeszkadza to, że naprawdę wszystko na mnie wisi :) Ale widocznie ten typ - czyli ja - już tak ma ;)

      Usuń
    2. Lepiej niech wisi niżby miało na szwach pękać. I lepiej i zdrowiej:)ps. Cieszę się,że wyniki oki. Daj znać jak wyjaśnisz tą jedyną niewiadomą:)

      Usuń
    3. :) z dwojga złego lepiej tyć do sukienek niż chudnąć do nich ;) Ta jedyna niewiadoma, to zbyt niski dobry cholesterol (a jakże!) i każde kolejne badania wskazują na to, że zżera go nic innego, jak stres. A tego wyłączyć niestety nie umiem.

      Usuń
  2. Do ciąży miałam dokładnie tak samo. Ta niestety okazała się być zagrożoną, więc niemal cały jej czas trwania musiałam leżeć pod bacznym okiem specjalistów. Na domiar złego, uzupełniałam niedobory czekolady, która nigdy mi nie podchodziła. W związku z całym tym chaosem, z rozmiaru 36 wskoczyłam na 42... Tęsknię za swoją chudością, chociaż Luby nieustannie powtarza, że on nie... heh dyplomata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, jestem pewna, że naprawdę tak myśli :)

      Usuń
  3. To tak jak ja, jem, bo trzeba, raczej często niż niedużo, nie marudzę, nie wybrzydzam, a chuda jak byłam, tak jestem. Paczucha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i takie odpowiedzi niesamowicie mnie budują :)

      Usuń
  4. Jedząc więcej i częściej acz regularnie, podkręcasz swój metabolizm, może dlatego nadal chudniesz. Ja bym przyjęła z góry, że taki Twój urok i już, przecież wiele babeczek o tym marzy. Może powinnaś (jeśli tego nie robiłaś) zbadać tarczyce, bo to może być również jej nadczynność. A swoją drogą przytycie w ciąży 12 kg zawsze uważałam raczej za spory przyrost, zobaczymy ile mi się uzbiera przez te ostatnie dwa miesiące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nie ma to żadnego znaczenia: nie ważne czy jem mało, normalnie, dużo, regularnie czy nie i chudnę, a dopóki wciąż jestem "chuda" ale jeszcze nie "koścista" nie jest źle ;) Podejrzewano tarczycę, ale okazała się niewinna ;) Dla mnie 12kg to też było sporo, choć w 9 m-cu dawano mi 5, ale ponoć to minimum. Ważne, że biust mam nadal duży ;)

      Usuń
  5. ja tez jestem szczupła, mimo tego, że jem nieprzepisowo, chyba z 10 razy dziennie, w środku nocy a od wielu lat mam tą samą wagę.. ale teraz to chyba zacznę chudnąć.. dieta 'stres' się zbliża..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dieta 'stres' to jedyna skuteczna dieta.

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger