środa, 4 lipca 2012

in my place

Wszyscy ci, którzy, mniej lub bardziej naukowo, rozprawiają na temat sensu życia, mówią, że trzeba znaleźć w nim swoje miejsce.
I nie traktują tego miejsca dosłownie, to nie jest coś, co można określić współrzędnymi i wskazać palcem na mapie, czy oglądnąć na street view.
Znajdź swoje miejsce w życiu oznacza tyle, co: znajdź własny cel, sens, taki sposób na egzystencję, by nie była tylko istnieniem ale autentycznym byciem.
Ale ja jestem na takim etapie, że "znajdź swoje miejsce w życiu" odczytuję jako bardzo dosłowny drogowskaz. Bo chcę znaleźć takie swoje miejsce w życiu, które będę mogła określić współrzędnymi, wskazać miejscem na mapie i oglądnąć na street view. Potrzebuję znaleźć swoje miejsce.
I może być to trudne zadanie, bo niewiele jest takich miejsc, gdzie dobrze czułam się

W niedzielę siedziałam w miejscu, o którym mówi się, że ma duszę i w którym warto bywać. Nie bywam tam, tylko jestem. Na wprost mnie otwarte okno z ażurowym przepierzeniem, po którym pnie się jakaś roślina i tak naturalnie współgra z tłem, jakie stanowi dla niej kawałek synagogi.
Zapatrzyłam się na liście tej rośliny i wypadłam z rozmowy.  
Takie proste i w tej prostocie doskonałe. Idealne. Od roślin można się tak wiele nauczyć.
Wiedzą, kiedy mogą się dostosować do panujących warunków, a kiedy nie warto iść na kompromisy i nie przy(e)jmują się wcale. Można się uczyć od nich,  na przykład, ekonomii i powściągliwości. Wszak używają tyle energii, ile potrzeba im do przebicia się przez grudy ziemi. Nigdy więcej, nawet jeśli mają ją jeszcze w zapasie. Nic ponad stan.

Chciałabym tak. Dostosować się wtedy, kiedy ma to naprawdę sens, a nie pluć sobie później w brodę w poczuciu zawiedzenia i rozczarowania. Chciałabym umieć wybierać racjonalnie, a nie wybierać to, czego się ode mnie oczekuje. I jeśli zdarzy mi się nie przyjąć, to chciałabym umieć się tym nie przejąć. Mieć wyczucie taktu i zamilczeć, nawet jeśli ma się wiele do powiedzenia. Być w księgarni i zachowywać się tak, jak kiełkujące nasiono w glebie - tyle, ile naprawdę potrzeba. A przede wszystkim mieć to miejsce, w którym bym się przyjęła.

R. z niesłabnącą ekscytacją nawija mi o czerwonej nitce przeznaczenia. I choć zupełnie nie o to chodzi, to myślę sobie, że chciałabym być przywiązana taką nicią do swojego miejsca i z każdą chwilą się do niego przybliżać. Bo teraz, jeśli taką nicią jestem z jakimś związana, to mam wrażenie, że się od niego oddalam. 

Tak naprawdę mam to miejsce w głowie. Czasem widzę je gdzieś w szeregu innych miejsc, czasem jest domem z ogrodem. Ale zawsze jest jasnym wnętrzem, nieprzesyconym i nieprzepełnionym, pomieszaniem tego co retro z tym co ascetyczne i  proste. Z dużym oknem, najlepiej takim do samej podłogi. Bez firan, dywanów i narzut. Z wygodnym fotelem, stołem jadalnym i dużą wanną w stylu empire. Z prostymi regałami wypełnionymi książkami i kolorowymi, cementowymi kaflami na podłodze w kuchni. Z radością, spokojem i bezpieczeństwem.

Tak naprawdę jedynie chodzi o to, by nie było tymczasowe, bym czuła się w nim swojo. 
Bym mogła w końcu powiedzieć: tak, znalazłam swoje miejsce w życiu.

btw: okazało się, że fakt, iż nie mogę wytrzymać sama ze sobą, że o otoczeniu już nie wspomnę nie jest winą choroby. Jestem wredna i neurotyczna z natury.

Jestem też dodatkowo niezbyt rozgarnięta, bo przypadkowo skasowałam wszystkie komentarze z ostatnich cztrech postów :( Sorry za to.   

14 komentarzy:

  1. Po pierwsze primo to co to za by the way? Wykasuj to samobiczowanie natentychmiast tak jak skasowałaś komentarze, tylko tym razem celowo:) Po drugie to Ci życzę, żebyś znalazła to Twoje miejsce, na mapie, w głowie, w sercu i w głębi duszy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie no ja się oczywiście niezmiernie cieszę, że nie jestem chora, aczkolwiek, miałabym wtedy usprawiedliwienie dla swego podłego charakteru, mogłabym mówić, że to silniejsze ode mnie, a tak muszę się ćwiczyć w cnocie uprzejmości, wyrozumiałości i innych takich ;)
      Dziękuję Ci bardzo :) Wiesz co? Chyba z ostatnią literą w poście ta (niech już będzie) czerwona nić przeznaczenia zaczęła się przybliżać :) Ale jeszcze szaaa...
      A komentarzy nie mogę sobie darować!

      Usuń
  2. Moje miejsce wiem gdzie jest, znaczy będzie, pośród wzgórz morenowych, za miastem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi cudnie :) Niech się szybko zmaterializuje :)

      Usuń
  3. będzie Ci wybaczone neurotyczna wredoto ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och dziękuję Ci Espe najbardziej wrednie i neurotycznie, jak potrafię ;)

      Usuń
  4. Człowiek ma taką dziwną naturę, że ciągle chce więcej. Nie chodzi mi o materialne "więcej".Dojrzewamy, zmienia się środek cięzkości naszych marzeń. Kiedyś przez lata żyłam na przysłowiowej walizce, w kraju byłam 2-3 miesiące w roku. Póżniej ta walizka zaczęła mi uwierać, dosłownie i w przenośni. Potrzebowałam stabilizacji, małego domku z ogródkiem i pelargoniami na parapecie. Teraz, gdybym mogła, pognałabym gdzieś przed siebie, w nowe, inne. Mąż obiecał, że kiedyś kupimy campera, zapakujemy do niego stare kości, nasze futra i ruszymu w europę:)
    To będzie moja namiastka wild and free :)))
    Niech się marzenia krystalizują. Zawsze jest plan B- można wymarzyć nowe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo człowiek jest zwierzęciem nienażartym, wciąż szuka czegoś więcej, a gdy to znajdzie, to po jakimś czasem ponownie czuje nienasycenie. I dobrze, dzięki temu sam siebie poznaje, poszerza i rozwija. A w marzeniach najpiękniejsze dla mnie nie jest to, że niektóre się spełniają, ale że właśnie wciąż można wymarzać sobie alternatywne światy :)

      Usuń
  5. Hehehe, powinnam się wysilić i napisać je od nowa, ale wiesz co - dla takiej wrednej neurotyczki to mi się nie chce :)))))
    Hm, okno do do samej ziemi... na ładne ogrodowe widoki... no wciąż w fazie dopracowywania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. El, czyżbyś sobie budowała mój dom marzeń? ;)

      Usuń
  6. A już myślałam, że się blogspot psuje.
    Miejsce zaś, też szukam. Póki co mam takie jedno w lesie, ale ciężko mi tam być non stop.

    OdpowiedzUsuń
  7. o matko! też się wystraszyłam, że blogspot coś wywinął! :) a tu taka niespodzianka ;) A co do miejsca.. ciągle szukam.. i pewnie nie tak prędko znajdę..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ależ oczywiście, że blogspot coś wywinął - nie miał opcji: "przywróć te komentarze, co w przypływie umysłowego otumanienia skasowałam" ;)

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger