wtorek, 17 lipca 2012

just breathe

Lubię działki.

Ale nie te, na które zrywa się skoro świt każdego wolnego dnia i do wieczora biega się między grządkami z haczką i motyką, sieje, sadzi, zrywa, plony wozi wielkimi wiadrami do domu, a potem przez pół nocy myje, wekuje, przetwarza i zastanawia, komu z rodziny by tu upchać jeszcze te dwa wiadra ogórków i nad wyraz rozwinięte głowy sałaty, co zostały w przedpokoju. 

Takie wersje działek mam przerobione od krzaków z porzeczkami poprzez grządki ze szczypiorkiem po zagonek z ziemniakami i już więcej nie chce. Grzebać w ziemi nie lubię, w pozycji kucznej mi nie wygodnie, grabie zawsze sobie wbiję w stopę,  a na trawie wolę czytać książki, niż przerabiać ją pod uprawę.

Lubię działkę swoich rodziców, którą pewnego dnia dziadek im przekazał. Rodzicielka od razu zapowiedziała, że jeśli o działkę chodzi, to do tej pory zdobyte doświadczenie działkowca w zupełności Jej wystarczy, rozwijać się w tym temacie nie zamierza, a z działek to interesuje Ją jedynie leżak i książka. Rodziciel przystąpił natomiast ochoczo do roboty. Najpierw zajął się wyrzucaniem wszystkiego, co dziadek przez kilka lat zbierał i na ogródku składował. A były tam klatki dla ptaków, których nikt w naszej rodzinie od 30 lat nie hoduje, stare drzwi od naszej łazienki, mnóstwo roboczych ubrań, w których nikt nie chodził, deski, rury niewiadomego pochodzenia i o czymkolwiek teraz pomyślicie, na pewno też tam było... albo i jest, bo tato wyrzucał, wyrzucał aż zastała Go zima. Potem wystarczyło tylko zlikwidować szklarnię, którą dziadek zrobił z naszych starych okien, zlikwidować 90% grządek, zasiać trawę i jest pięknie! 

Działka jakieś 200 metrów od domu, porośnięta krzakami malin i owocowymi drzewami, z trejażem po którym pną się winogrona, jakimiś kwiatami, kilkoma grządkami (ale tylko po to, by szybko zerwać marchewkę na zupę, czy sałatę do kanapek) i z mnóstwem trawy.

W sam raz na to, by w niedzielne popołudnie siąść pod cieniem gałęzi brzoskwiń i moreli, rozpalić grilla, jeść owoce przyniesione z domu na przemian z tymi zerwanymi z krzaka, po które wystarczy wyciągnąć dłoń kołysząc się delikatnie w hamaku. Nigdzie się nie spieszyć, sączyć te chwile powoli w zwykłym oderwaniu, pleść M-ce wianek z koniczyny, łapać koniki polne i podjadać suszący się kminek w altance. 

W działkach najbardziej lubię altany. To takie gabinety osobliwości wszelakich przedmiotów, które w domach do niczego już nie służą, a na działkach aktywnie spędzają swoją emeryturę. 

M-ka, z pomocą dziadka, zalicza swoje pierwsze w życiu drzewo. Pachną mi poziomki i leniwie płynie czas. Odpoczywam, niczym się nie martwię. Dobrze mi jest.


14 komentarzy:

  1. Na mojej jest jeszcze basen, dwa oczka z nenufarami, stół i bujana ławka, hustawka i piaskownica dla dzieci, i małe boisko z siadką i to wszystko:)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o jaaa... boisko z siatką!!! :)

      Usuń
  2. Taka działka to rozumiem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo działka dla nas, a nie my dla działki :)

      Usuń
  3. No, a ja juz nie mam działki :( rodzice sprzedali, nie było czasu na nią chodzić, a dziś żal.. że nie ma gdzie pójść odpocząć od tych bloków, sąsiadów, wrzasku i gwaru..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. fajnie jest móc odpocząć na własnym skrawku w zieleni, niby w mieście, a jednak jakby poza.

      Usuń
  4. znów mnie przeniosłaś słowem w inną krainę. Opanowałaś sztukę teleportacji? Jak tak, to ja poproszę New York, własne, może być ciasne na poddaszu, jakiś zarobek wystarczający na prozę codzienną i jedyne lat 20 na karku. Ewentualnie 23 :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żółta taksówka rozbryzgała wodę z kałuży, którą nie zdążyły wysuszyć promienie popołudniowego, jesiennego słońca. Krople wody zatrzymały się na jasnym płaszczu. Espe wzruszyła tylko ramionami, zajadając się hot dogiem na patyku. Kupi sobie nowy płaszcz. W końcu stać ją na to. Poza tym kończył się sezon na jasne płaszcze. Nie śpiesząc się, w przeciwieństwie do wagoników metra, spokojnie ruszyła przed siebie zatłoczoną 5th Avenue. Szła lekko i wesoło niosąc pod pachą kupioną właśnie książkę. Jej bujne, rude włosy powiewały na wietrze budząc zazdrość w oczach mijanych kobiet i zazdrość w oczach mężczyzn. Nie zwracała na to uwagi. Weszła do swojego mieszkania na poddaszu, zrzuciła pantofle i siadła przy olbrzymim oknie na szerokim parapecie. To było jej okno, jedyne nie będące lufcikiem w dachu, w mieszkaniu. Luby podał jej filiżankę ulubionej kawy. Czytała książkę aż zapadł zmrok. Wtedy wpatrywała się na błyszczącą wieżę Empire State Building i kawałek Central Parku, w którym codziennie bawiła się z roześmianym Projektem. Tuż za rogiem mieściła się Jej praca. Praca choć bardziej hobby. Jej własny sposób wystarczający na codzienną prozę. Popijała kawę patrząc na rozświetlone miasto, zupełnie nie domyślając się, że właśnie teraz w miejscu Jej pracy znajomi szykują przyjęcie niespodziankę z okazji 21 urodzin Espe.

      może być? ;)

      Usuń
    2. mężczyźni patrzyli oczywiście wzrokiem pełnym pożądania :) choć mogli np zazdrościć, że ich kobiety nie mają, takich włosów ;)

      Usuń
  5. Katie jesteś niesamowita! Dziękuję za czas jaki poświęciłaś dla mnie. To coś Wielkiego :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ach i ten parapet... mmmmm

      Usuń
    2. to była czysta przyjemność :)

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger