środa, 11 lipca 2012

there was a time

M-ka żyje swoim pójściem do przedszkola. Wciąż z wielkim entuzjazmem opowiada wszystkim, że idzie do przedszkola... z tatą. Jeszcze nie bardzo rozumie, że tata ją tam tylko odprowadzi. Ale się cieszy. Ja też się cieszę, zwłaszcza teraz, gdy siedzę nad kalendarzem, próbując złożyć w jakąś sensowną całość klocki urlopów, wyjazdów, pracy wszystkich zaangażowanych w opiekę nad M-ką. A moje myśli biegną wstecz, do czasów, kiedy sama byłam przedszkolakiem. Lubiłam chodzić do przedszkola.

Poza tym pierwszym. Tego pierwszego nie znosiłam i nikt nie pamięta czemu. Nikt też nie pamięta dlaczego chodziłam właśnie tam, co więcej nie mamy stu procentowej pewności, gdzie właściwie to przedszkole się znajdowało. Mi kojarzy się z ciemną salą przedszkolną i grubymi, sztywnymi zasłonami w wielkie brązowe kwiaty. Nie miałam ślicznej, młodej pani wychowawczyni, tylko dwie dość wiekowe, niezbyt uprzejme Baby Jagi. Z jedną miałam nawet jakieś spięcie, nie pamiętam, o co chodziło, wiem jedynie, że podeszłam coś powiedzieć, a ona odpowiedziała mi coś, na co ja w poczuciu upokorzenia odpowiedziałam jej w myślach, by zszedł jej paznokieć (duża inspiracja "Autobiografią" Perfectu) a następnie stwierdziłam, że już więcej tu nie wrócę i Babie Jadze będzie na pewno bardzo przykro i do końca życia będzie wypominać sobie popełniony błąd. Pamiętam, że na balu byłam przebrana za niewiadomo_co. Na moje pytanie, za kogo jestem przebrana, nawet mama, która stworzyła ten strój, nie była w stanie odpowiedzieć: eee, za dziewczynkę. Miałam na sobie długą sukienkę w kwiaty przewiązaną białym fartuszkiem, słomkowy kapelusz z wielką kokardą pod brodą. Wtedy nie wiedziałam, ale teraz, gdy patrzę na zdjęcie w albumie doskonale wiem, że byłam jedną z bohaterek powieści Jane Austen. Pamiętam też jedną dziewczynkę, z którą nikt się nie bawił i wszyscy mówili na nią: Gruba. Wszyscy tylko nie ja. Pamiętam, jak siedziała w kącie i szykowała herbatkę dla lalek, a ja do niej podeszłam i do tego czasu bawiłyśmy się razem. Myślę nawet, że to spięcie z Babą Jagą było wywołane moją  skargą, że  przezywają moją koleżankę. Bawiłyśmy się we dwie, a ja odszczekiwałam się dwóm najpopularniejszym dziewczynkom w grupie, które nam dokuczały. W efekcie pewnego dnia te popularne zaprosiły do swojego gangu moją przyjaciółkę, a ja zostałam sama. Nie znosiłam tego przedszkola, zwłaszcza, że kazano zjadać kożuchy z mleka. Ble. Na szczęście nie chodziłam tam zbyt długo. 

Drugie przedszkole w mojej pamięci ma plakietkę: moje ulubione przedszkole. Taki typowo PRL-owski budynek. Z tego przedszkola pamiętam wiele: jasne sale, uśmiechnięte panie, mnóstwo koleżanek i ogromny plac zabaw z żółtą drabinką w kształcie fali, którą nazywałam wężem. Bawiłyśmy się na nią z Aśką godzinami i każdy wiedział, że gdy się na niej bawimy nikt inny nie może (hmm... czyżbyśmy terroryzowały grupę?). W tym przedszkolu miałam znaczek z muchomorem (poważnie) i spódniczkę w biedronki, w którą zawsze rano przebierał mnie tata z tych obrzydliwych, musztardowych ocieplaczy. Raz spódniczki zapomniał, a ja zrobiłam wielką awanturę, że w tych spodniach do sali nie wejdę i już! Wiadomo, że spodnie noszą chłopcy i mogłam przez to stracić swoją pozycję w grupie przedszkolnej. No to tato zaprowadził mnie do babci, która mieszkała po drugiej stronie ulicy. Na drugi dzień otoczona przez wianuszek koleżanek, opowiadałam, czemu nie było mnie w przedszkolu, a one ze zrozumieniem kiwały głowami. Z babcią jest jeszcze inna historia: podobno zabierała mnie co dziennie z przedszkola. Rodzicom mówiła, że: no co wy, przecież po obiedzie i po drzemce po nią poszłam. A w rzeczywistości czasem zdarzało się odebrać mnie godzinę po przyjściu do przedszkola. Teraz tata odgraża mi się, że też M-kę będzie tak z przedszkola zabierał. Pamiętam, że w tym przedszkolu, w każdej sali, było pianino i codziennie ktoś na nim grał, że robiliśmy koncerty: mi zawsze przypadały marakasy a marzyłam o trójkącie, że były ogromne kalejdoskopy. I pamiętam za co byłam przebrana na balu: za czerwonego kapturka. Oczywiście na dzień dobry, jedna z koleżanek, przebrana za księżniczkę, nastraszyła mnie, że kowboje (a poza jednym Indianinem wszyscy chłopcy byli kowbojami) bardzo lubią czerwone kapturki i będą cały czas za mną biegać i przywiążą do krzesła. Ale chyba nie za bardzo znała się na tej kwestii, bo do krzesła przywiązali ją. Podobno jeszcze w czasach, gdy chodziłam do liceum, w gablocie poświęconej historii przedszkola wisiało moje zdjęcie z tego balu: uśmiechnięty czerwony kapturek, z grzywką na pół twarzy czerwonej od łez i z puchnącym nosem - na framugę wpadłam biegnąc do Świętego Mikołaja i bez dwóch jedynek (to już nie z powodu framugi) stoi pod choinką, trzymając w dłoni fartuszek. Jedyne, czego w tym przedszkolu nie lubiłam to owocowych zup, bo nigdy wtedy do obiadu nie dawali kompotu. Kiedyś nadszedł dzień, gdy przedszkole musiałam zmienić. Pamiętam zaskoczenie pań i smutek koleżanek. Nie mogłyśmy z Aśką pojąć, że nie będziemy bawić się na naszym wężu. I wtedy zawarłam pierwszy pakt w swoim życiu, który wymyśliła Aśka: Jeśli w tym nowym przedszkolu nie będzie węża, to musisz wrócić.

Trzecie przedszkole w pamięci moich rodzicieli nosi plakietkę: ulubione przedszkole K. 
Szłam do niego jak na ścięcie z nastawieniem, że wiadomo, że będzie beznadziejne. Bałam się. Doskonale pamiętam ten pierwszy dzień. Podróż autobusem na obrzeże miasta, potem piaszczystą drogę wzdłuż lotniska, jakiś park, gdzie spośród drzew rysował się dom z dwuspadowym dachem i olbrzymi plac zabaw. W duchu powtarzałam: niech tylko nie będzie tam węża, niech tylko nie będzie tam węża. Bo oczywiście głęboko wierzyłam w to, że gdy tata zobaczy, że węża nie ma, to powie: nie, K. Nie możesz chodzić do tego przedszkola, bo tutaj nie ma węża! I wrócimy piaszczystą drogą , wzdłuż płyty lotniska na przystanek autobusowy. Ku mojemu rozczarowaniu wąż był, a nawet dwa i to o wiele większe!
Po kilku dniach czułam się, jak zdrajca: pokochałam to przedszkole. Bawiłam się i z dziewczynami i z chłopakami, miałam nawet kilku kumpli. Uwielbiałam pić ze społemowskich kubków a najbardziej lubiłam leżakowanie. Nie spałam ze wszystkimi dziećmi na sali, bo nie było miejsca, tylko z jedną dziewczyną miałyśmy rozłożone leżaki w wykuszu, w którym za dnia służył za schowek na leżaki właśnie. To była nasza ulubiona pora dnia. Leżałyśmy i gadałyśmy. Koleżanka była dla mnie hardcorem, ponieważ jako jedyna miała krótkie włosy. Specjalnie na leżakowanie dobierałyśmy wieczorem bieliznę. Ku przerażeniu mojej mamy, bo na leżakowanie najbardziej nadawały się stare majtki z wystającymi gumkami. Ciągnęłyśmy te gumki podczas leżakowania, one pękały a nas to bawiło. Miałam respekt wśród chłopaków, bo moja prababcia jeszcze żyła. Do tej pory pamiętam, jak puszczano nam slajdy z warszawskimi pomnikami. Patrzyłam jak oczarowana i w domu oświadczyłam rodzicom, że KONIECZNIE musimy pojechać do Warszawy, bo ja MUSZĘ zobaczyć pomnik Nike, Powstańca Warszawskiego i Syrenki (pojechaliśmy, rodzice pokazali mi INNĄ Syrenkę, ale zorientowałam się dopiero po paru godzinach, gdy już z Warszawy wyjeżdżaliśmy. Do tej pory mam o tą Syrenkę żal).
Mój tato natomiast ma do mnie żal, o zabawę, którą męczyłam go każdego dnia o szóstej rano w drodze do przedszkola. Kiedy on jeszcze się do końca nie obudził, ja kazałam mu skakać po płytach chodnikowych i mówić wierszyk: kto nadepnie na linkę, ten urodzi świnkę! Taatooo... znowu nadepnąłeś! Urodzisz świnkę! Na co tato: już kiedyś nadepnąłem i mam  (że niby o mnie chodziło). Wtedy też, gdy tato nie był zbyt skory do porannych rozmów, zaczęłam patrzeć na niego podejrzliwie i zadałam sobie pytanie: A skąd ja wiem, że to mój tato? Przecież tak mi powiedziano, ale czy to prawda? A zaraz potem stwierdziłam, ze tata jest robotem - no bo przecież, gdyby nim nie był, to skakałby po płytach chodnikowych i wszyscy inni też są robotami, cały świat to makieta, a tylko ja jestem prawdziwa. Ale nigdy nie udało mi się udowodnić tej teorii.
Z tego przedszkola pamiętam też dni matki, ojca, babci, dziadka, festyny z okazji dnia dziecka, chłopca z Zespołem Downa, z którym uwielbiałam grać w bierki. I to jedyne przedszkole, z którego nie mam ani jednego złego wspomnienia.

Był to czas beztroski i fajnych zabaw. Czas, o którym myślałam, że nigdy się nie skończy. 

Ciekawa jestem, jakie wspomnienia będzie miała M-ka?

8 komentarzy:

  1. A ja pamiętam mój żłobek, nocniki i tran :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojej, żłobek pamiętasz? Nieźle :) Ja do żłobka nie chodziłam, a tranem w podstawówce częstowała mnie W. ;)

      Usuń
  2. Jaaa, ile Ty pamiętasz. Ja to czasem sobie myślę, że urodziłam się nastolatką, tak niewiele mam wspomnień z dzieciństwa. Znaczy mam jakieś, a żadną miarą nie takie dokładne. Najwyraźniejsze jest to, że przedszkola nie cierpiałam serdecznie, głównie dlatego, że kazali nam leżakować. Ach, co ja bym dała, żeby mi teraz w pracy na to pozwolili :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przedszkole pamiętam bardzo wyraźnie, podstawówkę - zwłaszcza jej początek - trochę mniej. Mam coś w stylu pamięci fotograficznej i emocjonalnej: pamiętam sceny, jak filmowe kadry i emocje im przepisane. Tak, jakbym pamiętała to, co w danym czasie było dla mnie bardzo ważne i silnie działało na emocje.

      Usuń
  3. Ja też byłam czerwonym kapturkiem! :) Oj.. wspomnienia.. równiez miałam swoje ulubione przedszkole. Najlepsze było jednak to, że obalona została teoria, iż faceci nie płaczą. Moja mama odprowadzając mnie i mojego brata (starszy o rok) do przedszkola (pierwszy dzień) bała się, że będę marudziła, płakała i że będę chciała wracać do domu, ku Jej zaskoczeniu ja zaklimatyzowałam sie od zaraz, a braciszek.. płakał bez końca a ja ciągle mówiłam Mu: Mateuś, nie płać choć sie bawić ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo dziewczyny to twarde sztuki ;)

      Usuń
  4. Doszłam do wniosku,że już stara jestem.Mam bardzo mało przedszkolnych wspomnień.A Ty opisujesz tamte lata tak wyraziście. Pewnie dlatego, że to niedawno było.U mnie to czasy pradawne:)Pamiętam drewniany budynek przedszkola, przedszkolne nocniki. Pamiętam jak kiedyś Mamcik nie mogła mnie odebrać na czas i poczekałam na jej przyjazd w domu mojej pani przedszkolanki.Mało pamiętam...ale wiem,że to był przyjemny okres w moim życiu.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O mnie rodzice kiedyś zapomnieli - to znaczy oni twierdzą, że mieli problem z dojazdem. Siedziałam wtedy pod szafką z zabawkami z bliźniakami, którzy zawsze byli odbierani ostatni. I jeden z nich mówił: nie martw się, zabierzemy Ciebie do nas do domu ;)

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger