wtorek, 26 listopada 2013

vamos a bailar

To nic, że podróż zajęła mi więcej niż sam pobyt tam. To nic, że przez służbowe obowiązki, widziałam więcej nocą niż za dnia. To nic, że cały ten czas był jak jedno mgnienie. Bo było to mgnienie przepiękne.


Mój zegarek późni się o dwie minuty względem zegarków hiszpańskich, a ja czuję się, jakby czas przysiadł na jednej z fontann, tuż obok białych fasad budynków z balkonami wykończonymi klinkierowaną, barwioną na niebiesko cegłą i zrywał owoce z drzew rosnących tuż nad głową. Chłonę wszystko.
Ulice pachną mandarynkami, chodniki ze studzienkami kanalizacyjnymi co kilka metrów. Rolety, markizy, kolorowe naczynia na stolikach, balkony całe w kwiatach. Liście drzew zaglądające ciekawsko do okien, gałęzie bezczelnie wchodzące przez balkonowe drzwi. Palmy, witraże w sali konferencyjnej Palacio de Fuentehermosa i krzyk rozbawionych dzieci na dziedzińcu. Fasady ozdobione ceramiką, smak prawdziwej paelli i niewiarygodnie słabego piwa. Odgłos łamanych pancerzy olbrzymich krewetek i Vespa na każdym rogu. Rum pity na tarasie z widokiem na morze, szum fal i ciepło wody obmywającej stopy o północy.

Czasami moja praca jest bardziej znośna.

8 komentarzy:

  1. Has bailando hoy, Madrileña? :)))) Muchos besos!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasami bardzo ciekawa ta Twoja praca:))

    OdpowiedzUsuń
  3. Praca dostarczająca wrażeń, delegacja piękna, wrażenia bogate, a przy okazji - ile dobrego się dzieje, gdy można nieco potęsknić... ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger