sobota, 8 lutego 2014

ja to ja

Schylam się do torebki pod moimi stopami, a starsza pani siedząca obok mnie, robi dokładnie to samo. Niemal synchronicznie wyciągamy książkę. Czytamy tą samą powieść w zupełnie innych językach. Ciekawe czy czujemy ją tak samo? Przedziwnych Myśli Strumień mam. I zastanawiam się, jak się pakowałam, skoro w torebce nie mam ani jednej kartki, na której mogłabym zapisać chociaż jedną z nich. Nie myślę na różowo. Na czarno też nie. Myśli wymykają się jakiejkolwiek palecie barw. Nie są ani jaskrawe, ani nasycone, nie są pastelowe ani monochromatyczne. Są przezroczyste, rozbite. Na miliardy kawałków zupełnie nieprzydatnych. Kiedy w końcu znajduję kawałek papieru, składam je w bardzo dziwną mozaikę. Piszę jednocześnie trzy teksty, każdy wers o czymś innym. Bawię się słowem. Jak wtedy, gdy bawię się z M-ką tuż przed wylotem. W skupieniu, czule, bardziej rozważnie, jakby to był ostatni raz. Bo pomyślałam, że pisać już będę tylko w przeterminowanych kalendarzach. Zdjęłam kilka wycinków rzeczywistości i pomyślałam, że są całkiem niezłe. Sam raz na koniec. 

Trzeci raz z rzędu miałam rację, która trzy razy została zignorowana. Stać mnie jedynie na żałosne: a nie mówiłam? I w odpowiedzi słyszę: Dlaczego nie potrafisz być bardziej stanowcza? 
Czy mi to przeszkadza? Już chyba nie. Bo już nie zależy mi na tym (czy kiedykolwiek mi zależało?), aby się przebijać. Nie, nie jestem niedostosowana społecznie. Jestem introwertykiem do szpiku kości. Od A do Z. Dlatego, proszę, nie wyciągajcie mnie z mojego świata, gdy tego nie chcę. Nie zedrę naskórka prawdy o sobie samej. 
Wcale też nie zaskakuje mnie, że ludzie z dziwnymi fryzurami siedzący naprzeciwko, nie potrafią mnie skojarzyć z czymkolwiek. Lubię patrzeć, jak gestykulują. Jak każdym ruchem podkreślają siebie. Ja chyba siebie wymazuję. 
I nie wiem, co mi strzeliło do głowy z bordowym kolorem paznokci. Jakby to miało coś znaczyć, jakby to mówiło coś o mnie. Jakby to coś zmieniało.

Lubię Brukselę za mieszankę architektoniczną, za te kamienice, jak z belgijskiej biało-czarnej czekolady. Za wąskie, wysokie drzwi i duże okna. Za język francuski i zapach gofrów na ulicach. Za frytki, które mogłyby się nie kończyć i to, jak ubierają się tamtejsze kobiety. 
Natomiast nie znoszę samotności hotelowych pokoi i ich bezpańskiej ciszy.
Piję rumiankową herbatę. Nie mogę spać. 
Paktofonika. Replay. Do świtu. 
Zazdroszczę temu człowiekowi z trzeciego piętra hotelu po drugiej stronie ulicy, balkonu, na którym pali właśnie papierosa. Ja balkonu nie mam. Pocieszam się, że może ten człowiek stojący na balkonie, jest trawiony samotnością i wyobcowaniem tak samo, jak ja siedząca na szerokim parapecie okna z widokiem na Parlament Europejski, z pustym postojem taksówek pod stopami, patrząca na ulicę, która o tej porze jest niemal martwa. Pustoszeję przez brak pewności siebie. 

Z Brukseli, po wysłuchaniu ludzi w dziwnych fryzurach, wyjeżdżam z myślą, że nie jestem wcale taka głupia, ale jednak trochę niemądra w swojej nieumiejętności przebicia się ze swoją wizją i wiedzą. 
Cieszę się, że myślę i piszę.
Przeraża mnie, że zapomniałam, jak się mówi. 





10 komentarzy:

  1. Ładne.
    Też lubię Brukselę
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Z przyjemnością Cię odwiedzę:)

      Usuń
  2. A ja mam po Brukseli mieszane uczucia.Miasto połowicznie zadbane, jak na wizytówkę Europy. Jakieś 8 lat temu straszyło kikutami budów i zaplutymi zaułkami. Jak teraz - jestem ciekawa. Ten parlament to dziwny twór. I przedziwne generuje koszta. Wiesz ile emerytury dostaje ex-europoseł? bez względu na lata pracy? I bez względu na jego użyteczność w tym ciele? Myślę, że rozsądne i mądre wizje interesują tam niewielu, o ile nie można z tego wycisnąć kasy na prostowanie bananów. Strasznie jestem cięta na Unię i nie przekona mnie nawet klimat Brukselskiej starówki.

    Ale ja właściwie miałam zapytać, co to byłą za książka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieliśmy hotel tuż przy parlamencie i staliśmy sobie paląc papierosy i rozmawialiśmy właśnie o tym, o czym piszesz - ile tam przewala się pieniędzy, ile jest tam sztucznych stanowisk. Wiesz, podczas takich wyjazdów te miasta ograniczają się dla mnie do kilku ulic. W Brukseli wzruszały mnie te ulice z pięknymi kamienicami. Poszczególne budynki. Poprzednim razem byłam na starówce, całe 5 minut. Uciekłam, bo ten klimat zupełnie do mnie nie przemawiał, nabawił mnie tylko zawrotów głowy i mdłości. Wolę ulice z kamienicami.
      Książka, to "Miłość dobrej kobiety" A. Munro.

      Usuń

    2. A my psioczymy na ZUS:)
      Dzięki, widzę ją na bocznym pasku, już wiem, która to:)

      Usuń
    3. Na coś psioczyć trzeba ;)

      Usuń
  3. Może jest coś za coś, może nie można mieć wszystkiego i albo się potrafi mówić, albo pisać.

    Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze jest coś za coś :) I właśnie: mogę już czytać Twoje posty, ale nie mogę ich komentować. how come? ;)

      Usuń
    2. O, dobrze, że mówisz. Zamknęłam blog na chwilę, kiedy zaczęła mnie czytać moja matka i kochanka ojca. Później postanowiłam, że już mi wszystko jedno. Ale w ustawieniach trochę namieszałam, muszę to ogarnąć.

      Usuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger