wtorek, 21 sierpnia 2012

moje miasto

moje miasto
Ktoś postronny mógłby powiedzieć, że zachowuję się jak stereotypowa wiejska baba, co to wisi przez okno i gapi się zachłannie na to wszystko, co dzieje się za nim.
Ale to nie moja ciekawość, plotkarstwo, czy brak pomysłu na zagospodarowanie wolnego czasu każe mi stać w tym oknie.

Ja zachłannie chłonę i cieszę się z każdego szczegółu, który pojawia się przed oczami. Cieszę się ze świateł w oknach bloku naprzeciwko. Z szumu samochodów pędzących obwodnicą. Z głosów rozmów płynących z balkonów.
Cieszę się, że znów jestem na swoim miejscu. W moim mieście.
I choć mieszkając na wsi, byłam w mieście codziennie, to czuję, jakbym wróciła z bardzo dalekiej podróży.
Zawsze żałowałam, że ze swoim miastem nie mam odczucia pierwszego razu. Tego poczucia nowości, specyfiki i inności, którymi obejmuje cię, każde nowo odwiedzone miasto. Gdy jednocześnie uderza cię jego kształt, koloryt, zapach, tak inne od znanych ci miast. Gdy widzisz je jako całość, płynną sekwencję zdjęć, z której powoli wyostrzają się kształty konkretnych budynków. Jest czyste, bez osobistych naleciałości wspomnień, znajomości, zdarzeń. Można je odebrać takim, jakim jest .
Bo w tkankę mojego miasta jestem wtopiona od zawsze i jego zapach wyczuwam jedynie po powrocie z wakacji. Bo widzę je fragmentami a budynki często określam przez pryzmat  funkcji, emocji, własnej historii. Odbieram je z tym znaczeniem, które sama mu nadałam.
A teraz są takie chwile, jakbym widziała je po raz pierwszy. Choć o wiele częściej czuję się zwyczajnie dopasowana  i idealnie wrośnięta.  Z każdym szumem ulicy, stukotem tramwajowych kół, gwarem, światłem miasta czuję, jak powoli odżywam i wracam do prawdziwej siebie.

Przesunęłam się na mapie zaledwie o 20 kilometrów, a czuję, jakby z moich barków spadło 20 ton. Nagle nic z tego wszystkiego, co doprowadzało do wrzenia, nawet w pracy, mnie nie dotyka.  Jakże słodka jest normalność.

Wybaczcie, przez jeszcze jakiś czas będę monotematyczna. Będę się bezgranicznie cieszyć , czasem po pracy, który się rozrósł; brakiem tych spraw, które spędzały sen z moich powiek; tym, że codzienność będzie łatwiejsza; każdą pierdołą tak oczywistą. Czasem pewnie jeszcze wspomnę osadę, czasem może odczuję jakiś brak, gdy miejskość zacznie mi doskwierać. Zaklnę pod nosem na korki i tłumy, dziury i brak miejsc parkingowych w centrum, kolejki w sklepach i spóźniające się tramwaje, a potem znów się zachwycę i ucieszę raz jeszcze. Będę kochać i nie lubić jednocześnie. Ale teraz tylko kochać.
Jeszcze tylko chwilę będę monotonna.
Jeszcze tylko się rozpakuję, zaaranżuję, pooddycham i wrócę do rzeczywistości.
Jeszcze tylko trochę, nim przestanę szczypać się w ramię i uwierzę, że to wszystko dzieje się naprawdę.


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

missing every moment


Pomimo iż Nika przestrzegała mnie, abym w żadnym wypadku nie zaczęła rozmyślać nad tym, czego związanego z osadą mogłoby mi brakować, to było to jednak silniejsze ode mnie.  I choć nie są to rzeczy, które mogłyby wywołać we mnie wielką tęsknotę, to myśląc o nich uśmiecham się lekko.  
Być może kiedyś sentymentalnie wspomnę sobie o:
  • światłach i cieniach wirujących miękko na jasnej podłodze w dużym pokoju
  • orzechu, którego obserwowałam przez okno leżąc na podłodze
  • czereśni przed domem, która swoimi zielonymi lub żółtymi liśćmi, nagimi ramionami, białym kwieciem i słodkim owocem odmierzała mi pory roku
  • wschodami słońca nad polem
  • przestrzeni tuż za gospodarstwami domowymi
  • rozgwieżdżonym, rozłożystym niebem
  • wieczornym szemrzeniem kombajnów
  • widokiem zakopanej w śniegu osady
  • czasem ciąży, gdy byłam lekka (mentalnie)
  • tym fragmencie podłogi, na którym M-ka postawiła swoje pierwsze kroki
  • śpiewie ptaków
  • ciszy i spokoju
  • soczyście zielonych wiosnach i latach zbożem pachnących
  • imprezach z przyjaciółmi
  • wieszaniu prania na dworze i zapachu wiatru, który skrył się w splotach nici
  • spacerach przez pola
  • jaskółkach, jak nutach rozsiadłych na pięciolinii kabli wysokiego napięcia
  • kawie pitej porankiem na progu domu w samej piżamie
  • wycieczkach rowerowych po okolicy
  • piwie pitym wieczorem na murku ruin w erze przed dzieckiem
  • drogi kilkunastu zakrętów, którą mknęło się tak cudnie
  • koniach z wioski obok
  • zapachu i trzeszczenia drewna palonego w piecu
  • ogródku tuż za drzwiami
  • polach rzepaku
  • oddaleniu od miejskich spraw
  • złotych myślach i złotych radach Pana Z.

Nie zatęsknię za życiem, jakie tam wiodłam.
Będę tęsknić za obrazami i nastrojami, w jakie mnie wciągały.

niedziela, 19 sierpnia 2012

erase and rewind

Pustoszeją półki, znikają obrazy i zdjęcia ze ścian. Raz po raz, chwila po chwili. Coraz mniej kartonów leży na podłodze. I nagle nie ma już nic. Jakby nic się nigdy nie zdarzyło.
Tylko esy floresy pozostawione przez M-kę na ścianie i namalowane przeze mnie motyle nad jej łóżkiem mówią, że było tutaj jakieś życie. Całkiem znośnie i dobre życie.

Po raz ostatni dotykam ścian. Szklą mi się oczy, a przecież od tak dawna marzyłam tylko o tym, by już tutaj nie być. Po raz ostatni gaszę światło, zamykam drzwi, przechodzę przez ogródek, zamykam furtkę od niebieskiego płotu, żegnam się z sąsiadami.

Wsiadamy do samochodu. Po raz ostatni jedziemy brukowaną drogą schowaną w polu kukurydzy. Mijamy przydrożny krzyż i tablicę osady szumnie wsią nazwaną.
I właśnie wtedy wykonujemy dziki taniec radości, krzycząc jak szaleni.  

Zaczynamy od nowa, bez obciążeń tamtego miesjca. W głowie wyliczam cały spis rzeczy, za którymi tęsknić nie będę, których nie będzie mi brakować, które mogę wymazać z pamięci i z codzienności.

Bo nie zatęsknię za:
  • niemożliwym do usunięcia zapachem wilgoci
  • przeciekającym dachem w miesiącach sierpień i listopad - niezależnie od tego ile się go łatało i naprawiało
  • sezonem grzewczym, rozpalaniem w piecu po powrocie z pracy i pierwszej czynności w dniu wolnym
  • kończącą się butlą z gazem - zawsze w najmniej spodziewanym momencie
  • temperaturą w domu, po całym zimowym w dniu w pracy (10 stopni)
  • temperaturą w domu w lecie (30 stopni)
  • sąsiadem za ścianą, który od ponad dekady nie ogrzewa swojej części domu przez co ulega on biodegradacji zarażając ściany sąsiadów
  • wiecznie powracającym grzybem
  • prowizorką mówiącą akuku! z każdego pomieszczenia i śmiejącą się złośliwie z każdej półki
  • śmieciami wywożonymi raz w miesiącu
  • spaloną przeze mnie podlogą
  • krzywymi ścianami
  • tapetą  w łazience
  • zbyt małą wanną
  • wiecznie psującą się spłuczką
  • kasetonami
  • reglamentowanym Internetem
  • brakiem zasięgu
  • szerszeniami
  • jakąś tragiczną meblościanką
  • przekleństwami sąsiadów
  • pękającymi rurami
  • zaparowanymi oknami
  • szronem na ścianach
  • szambem pod oknem
  • bardzo wczesnym wstawaniem
  • odśnieżaniem
  • błotem na drodze
  • spóźniającymi się lub nieprzyjeżdżającymi wcale PKSami
  • brakiem sklepu
  • rabatkami
  • złotymi radami i myślami Pana Z.
  • przerwach w dostawach prądu, zawsze wtedy, gdy jest rozpalone w piecu, który trzeba gasić i cały dom pokrywa się popiołem
  • wyłączaniem prądu "przez przypadek" i włączanie go po paru dniach
  • tym, że wszędzie nie po drodze i za daleko
  • depresją, w jaką wpędziło mnie to miejsce, pewnego roku
  • zbyt smutną jesienią i za długą zimą
  • poczuciem bezsilności, gdy każda próba udoskonalenia czegoś kończyła się fiaskiem
  • tym, że się przyzwyczaiłam do bylejakości i poziomu minimum
  • tym, że nigdy po dłuższej nieobecności nie mogłam wyczuć naszego zapachu w tym domu
I wiem, że mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale przecież już nie muszę.
Bo w końcu przestaje mnie to dotyczyć. 

sobota, 18 sierpnia 2012

help

help
Zaraz po tym, jak się wypakowałam po powrocie z lepianki, doszło do mnie, że muszę zacząć się znów pakować. 
Że za dwa lata będę się przeprowadzać do własnego mieszkania to wiedziałam. 
Wiedziałam też, że w bardzo bliskiej przyszłości będę się przeprowadzać do mieszkania przejściowego. 

Chciałam wszystko odpowiednio i dokładnie zaplanować, przeprowadzić się z sensem i porządnie. 
Planować oczywiście sobie mogłam. Mogłam także wszem i wobec zainteresowanych informować, dlaczego zależy mi, aby przeprowadzić się w taki a nie inny sposób i w takim a nie innym czasie.
Życie i ludzie również mają swoje plany, które w swoich planach uwzględniałam, ale nie jest to transakcja  wiązana, gdyż  one moich planów nie bardzo uwzględniać chciały.

Było kilka nieprzespanych nocny, chmurnych dni, wiecznego stresu. Zupełnie niepotrzebnie, gdyż od miesiąca było wiadomo, że przeprowadzić się do mieszkania przejściowego możemy, tylko nie wiadomo kiedy. Oczywiście wiedzieli o tym wszyscy, tylko nie my. Bo to takie niby oczywiste było... 
I tak będąc na wakacjach dowiedzieliśmy się, że wszystko na nas czeka.
A my w czarnej dupie.

Ponieważ nadarzyła się okazja, by wydostać się z osady szumnie wsią nazwaną, szwagierka - której domem przez 5 lat się opiekowaliśmy - postanowiła dom sprzedać. Trochę się zmartwiłam, bo wiem, co to za dom, jak się w nim mieszka i byłam przekonana, że nikt tego kupić nie będzie chciał, a jeśli ktoś go kupi, to będę współczuć z całego serca. Ze zdziwieniem odbieraliśmy kolejne telefony z informacją, że są chętni. Ba, zdecydowani.
I tak: nasz listonosz - który stwierdził, że nie musi mieszkania oglądać, bo przecież listy nosi, to wie, jak wygląda; pan z remontem w oczach - który poprzestawiał już w głowie wszystkie możliwe ściany; wróżka - która wyczuwa w naszym domu dobrą energię (ja tam tylko wilgoć wyczuwam, ale niech będzie); pan na skuterze - faworyt M-ki, gdyż dał jej do potrzymania kask, licytują się. Ja mam ochotę chwycić każdego za ramiona i potrząść mocno z pytaniem: czyście powariowali?  
Ale skoro chętni są, to trzeba się najszybciej wyprowadzić. Okazało się to w środę. Grzecznie wróciłam po urlopie w czwartek do pracy i od razu dostałam wolne na piątek: dziewczyno, wyprowadzaj się stamtąd jak najszybciej! Zresztą, do mnie jeszcze nie dochodzi w pełni to, co się dzieje, ale widzę, że moi bliscy i trochę dalsi, cieszą się z tej przeprowadzki bardziej ode mnie. A ja się cieszę bardzo, bardzo :)
 
Muszę powiedzieć, że całą przeprowadzkę zaplanowałam sobie naprawdę rewelacyjnie i sensownie i bardzo żałuję, że moich teoretycznych planów nie mogę zastosować w praktyce, bo muszę się przeprowadzić do niedzieli. 
Tej niedzieli.
Tej jutro. 

To znaczy, chcemy się przeprowadzić do niedzieli, czyli wywieźć wszystko to, co będzie nam potrzebne.
Idealiści.
I wariaci.

Bo, gdyby jeszcze całe to pakowanie polegało na podzieleniu rzeczy na te: do zabrania i na te: na pewno nie do zabrania, to byłoby w porządku. Nawet jeśli chcieć troszkę utrudnić pakowanie (ale tym samym ułatwić rozpakowywanie) i grupę do zabrania podzielić na podgrupy, np. kuchnia, łazienka, książki. Bułka z masłem.

Ale każdą podgrupę należało podzielić na jeszcze mniejsze zespoły i podzespoły. Bo to, co nie przyda nam się teraz, będzie potrzebne za dwa lata na własnym mieszkaniu. I tak: podgrupa kuchnia podzielona jest na dwa zespoły: kuchnia - adres przejściowy, kuchnia - adres docelowy (czyli do przechowania u rodziców w piwnicy). Oprócz całego zespołu kartonów mieszczących się w moim schemacie pakowania są jeszcze dodatkowe kartony. Np. karton  dla W. albo dla rodziców, kartony z rzeczami do przekazania ludziom, instytucjom. I tak dalej, i tak dalej. Cały system podzespołów. Plus oczywiście wory na śmieci, gdzie ląduje wszystko to, co nie nadaje się do użytku - pytanie, po cholerę ja to w takim razie trzymałam?

Zaopatrzyliśmy się w kilkadziesiąt kartonów, metry taśmy klejącej, markery i zaczęliśmy się pakować.
Początek obiecujący: w niecałą godzinę spakowaliśmy 20 kartonów.
Książek. Samych książek.

Później zaczęłam odkrywać różne przedmioty i zastanawiać się skąd ja to mam i co miałam w głowie przynosząc to do domu?
Czy życie rzeczy polega też na tym, że one między sobą się rozmnażają, tajemniczo przechodzą z jednego gospodarstwa domowego do drugiego?
No bo jak inaczej wyjaśnić to, że ma się 10 scyzoryków w domu, 3 nieużywane krajalnice do jajek i encyklopedię pszczelarstwa?


Po trzech godzinach myślałam, że zwariuję, zacznę chodzić po ścianach i wszystko puszczę z dymem.
Potem pomyślałam, że przeprowadzka to cudowny wynalazek: można się pozbyć tylu niepotrzebych rzeczy!
Teraz przychodzi mi to bardzo łatwo. Podczas generalnych porządków zawsze było mi żal pozbywać się tych scyzoryków.
Czuję się uleczona z manii zbieractwa i gromadzenia.

Zadziwiające jest to, że człowiek jest przekonany, że tak naprawdę nie ma nic. Nic oprócz gratów, robi selekcję, a potem bach! Kilkanaście kartonów rzeczy niezbędnych.

Potem nadszedł czas na ubrania. Wiem, że ubrań mam dużo. Ale nie sądziłam, że aż tyle! Byłam bezlitosna. I jestem z siebie dumna: worków z  ubraniami przeznaczonymi do oddania jest więcej niż tych przeznaczonych do zabrania.
W związku z tym, gdzieś tak za dwa tygodnie, kiedy się zdążę wypakować, wpadnę w histerię, że nie mam się w co ubrać.

Rośnie sterta kartonów, rośnie zmęczenie. Gdyby nie fakt, że bardzo cieszę się na tę przeprowadzkę, pewnie waliłabym już głową w ścianę. A raczej w kartony. Końca nie widać.
Nie chciałam się pakować na ostatnią chwilę, no to się pakuję. Choć myślę też, że gdybym przeprowadzkę miała rozciągniętą na dwa tygodnie załóżmy, to miałabym dość drugiego dnia a i tak bym się nie wyrobiła. A tak, niesieni pozytywną energią zmiany, mimo zmęczenia, szybko i sprawnie pakujemy pięć lat naszego życia do kartonów.
Czasem potrzebne i dobre są szybkie cięcia.
Koniec przerwy. Wracam do kartonów, worków i logistyki. 
Ze śpiewem na ustach.



Copyright © 2014 serendipity , Blogger