sobota, 22 grudnia 2012

ty i ja i wszystko co mamy

Cały świat kończy się dla mnie dwukrotnie każdego dnia.
Są takie chwile, gdy zwyczajnie go nie ma.
To chwile, gdy szczotkuję M-ce włosy przed snem.
Lubię ich miękkość, jak delikatnie przesmykują się przez moje palce, ich zapach, długość do pasa i ten odcień, tak inny od mojego.
To też te chwile, gdy patrzę na śpiącą już M-kę, licząc każdą jej rzęsę i zachwycając się kształtem jej ust.

Takie chwile pełne miłości, bliskości.

Nic oprócz nich i wszystko dzięki nim.

czwartek, 20 grudnia 2012

wherever I may roam

Marzy mi się, by ściągnąć sandały przy Fontannie di Piazza. Marzy mi się, by dłonią przesunąć po mozaikach w Parku Güell. Gdybym tylko mogła, jeździłabym żółtą taksówką po Wielkim Jabłku. Tęsknię za Hradczanami i schodami pod Bazyliką Sacré-Coeur. I chciałabym zobaczyć, jak kwitnie wiśnia w tym kraju właśnie. 
Ale gdyby w jednej chwili pojawił się przede mną Dżin w towarzystwie Złotej Rybki, gdyby połączyli swoje wszystkie siły, gdybym mogła powiedzieć nazwę dowolnego miejsca na mapie i, jak za mrugnięciem oka, teleportować się do wybranego miejsca na ziemi, pokazałabym jeden kierunek.
Byłaby to kraina zielonych wzgórz, pięknych lasów i jezior. Gdzie ściany domów pachną tytoniem i tabaką. Gdzie mężczyźni są rośli, skupieni na pracy, surowi ale z ogromnym sercem. Gdzie kobiety są mądre i konkretne. Gdzie w checzy pachnie rybami i ziemniakami pod każdą postacią. Gdzie smak prażnicy pozostaje na zawsze w pamięci, a placki z ciasta chlebowego rozpływają się w ustach. Gdzie krupnik i kreple smakują tak, jak powinny.  Gdzie naga kąpiel w ciepłym jeziorze w środku nocy staje się jednym z piękniejszych wspomnień w życiu. Chcę do tej prostoty i surowości, do herbaty pitej z konfiturą, do tego wzoru na serwetach i stołowej zastawie, która zawsze porusza moje serce. 
Do krainy, gdzie sięgają moje korzenie i historia.
Ciągnie mnie bardziej niż zwykle, bo nowy kolega pali fajkę, a fajka zawsze będzie kojarzyć mi się z dziadkiem; bo przeglądając zdjęcia z odpustu Św. Barbary zobaczyłam choinkę. Choinkę z dzieciństwa przystrojoną w te ręcznie robione łańcuchy i gwiazdy z papieru, tak piękne, że trudno było mi uwierzyć, że stworzyła je ludzka ręka. Te gwiazdy, których robienia obiecał mnie nauczyć. Ale nie zdążył. 
Ergo, gdyby Dżin i Złota Rybka zapytali się mnie: Możesz jechać gdziekolwiek chcesz, w każde miejsce na tym świecie, a wybierasz właśnie to? to kiwnęłabym głową ze słowami:
- Na Kaszëbë proszä .     


niedziela, 16 grudnia 2012

just a book

O tym, że książki nie zawsze odzwierciedlają życie przekonałam się w pierwszej klasie szkoły podstawowej.  Przeczytałam Plastusiowy pamiętnik  i oczywiście sama sobie ulepiłam własnego Plastusia. I co jest do przewidzenia, tak, jak Tosia, schowałam go na pierwszej przerwie do kieszonki swojego fartuszka i biegałam z nim po korytarzu. Nagle patrzę pod nogi Ooo, a to co? Jakieś rozmazane coś. Yhm. Mój Plastuś. Upokorzona i oszukana udałam, że to nie moje i biegałam, jak gdyby nigdy nic dalej, a łzy kapały na moje białe tenisówki made in China. 
Wtedy obiecałam sobie, że nie dam się już nigdy więcej zwieść literaturze. Daję się za to wciągać w świat, w bohaterów. Żyję nimi tak, jakby istnieli w mojej rzeczywistości. Ich domy widzę tak, jakby były moimi. Ich twarze tak wyraźne, jakbym widywała je każdego dnia. Płaczę i śmieję się nad ich losami, tak, jakby były moimi. Zastanawiam się, jakie decyzje podejmą, czasem nie rozumiem i złoszczę się na nich.
Ale myślę też o takiej Emily i Jane, kiedy pisały kolejne słowa, gdzieś przy biurku, późną nocą, zatopione w swojej wyobraźni, w bohaterach z krwi i kości, w swoich obserwacjach i ukrytych pragnieniach.
Myślę o potędze słów, która przetrwała kilkaset lat i wciąż oczarowuje nowe pokolenia na nowo, albo trafia dopiero teraz. Myślę sobie o tym, czy cieszyłby je fakt, że taka ja z XXI wieku, z wypiekami na twarzy, chłonę każde słowo, a to, co czytam osadza się we mnie i żyje w pryzmacie moich wyobrażeń?
Jeśli reinkarnacja jest prawdą, gdyby los chciał mnie ukarać, to powinien cofnąć mnie w kolejnym życiu do czasów Jane Austen, obdarzyć rozumem i niezbyt dobrymi koneksjami. Niechybnie umarłabym z nudów, waląc głową w ścianę, bo przecież od kilkudziesięciu lat wiem, że nie można dać się zwieść literaturze i żaden Pan Darcy nie stanąłby na mojej drodze.
A jednak ten świat mnie fascynuje, z tą swoją śmieszną i pełną hipokryzji etykietą. A jeszcze bardziej fascynują mnie umysły tych, co piszą. Jak te historie rodzą się w głowie, jak są mielone przez szare komórki, nim ułożą się w tekst, który później inni czytają, który może zmienić życia? John Irving najpierw myśli ostatnie zdanie i dopiero potem do niego prowadzi swą opowieść. Innych inspiruje zdarzenie, wokół którego tkają całą historię. Innym wystarcza drugi człowiek, własne historia czy wyobraźnia.
Kiedyś przerzuciłam ostatnią stronę i płakałam nad pozostałymi przez kilka godzin. Usłyszałam:
- No coś ty! Przecież to tylko książka.
 Nieprawda. To człowiek, pragnienia, życie ze swoim nieustannym falowaniem i spadaniem.
To obietnica, by nigdy więcej nie dać się zwieść literaturze, łamana z każdą dobrą, czytaną książką.
   

sobota, 15 grudnia 2012

friends will be friends

Z nowymi relacjami jest jak z nowym obuwiem.
Na początku musi trochę obcierać. Z doświadczenia wiem, że ten but, który w sklepie leżał jak ulał, po jednym dniu lądował w zapomnieniu, a stopy goiły się zbyt długo.
Bo dobry but na początku musi trochę obcierać. Lekko zahaczać o piętę, drażnić się z małym palcem lub zostawić drobny pęcherz po pierwszej przechadzce. Potem się układa do stopy, a stopa do niego.

I tak samo jest z ludźmi. Tu też potrzeba czasu, by odpowiednio się w siebie wpasować. Podejrzliwie patrzę na relację, które zaskakują od razu. Często bardzo szybko i spektakularnie się kończą, pozostawiając po sobie niesmak nie_do_usunięcia. Często te, które nie rokują, które zaczynają się źle, są owiane chłodem i dystansem na wyrost, po jakimś czasie okazują się być tymi prawdziwymi, tymi nie do pokonania. Gdy pierwsze nieporozumienia, nietrafienia w emocje, intencje i rozumienie są później powodem do śmiechu i pozytywnym wspomnieniem.

Lubię ten moment gdy się (d)ociera - i but i człowiek. Wtedy czuję, że ma to sens.
Ale niektóre relacje są jak miękkie, puchate kapcie.
Wystarczy, że pierwszy raz wsuniesz w nie stopy i już czujesz się, jak u siebie.

Copyright © 2014 serendipity , Blogger