niedziela, 16 grudnia 2012

just a book

O tym, że książki nie zawsze odzwierciedlają życie przekonałam się w pierwszej klasie szkoły podstawowej.  Przeczytałam Plastusiowy pamiętnik  i oczywiście sama sobie ulepiłam własnego Plastusia. I co jest do przewidzenia, tak, jak Tosia, schowałam go na pierwszej przerwie do kieszonki swojego fartuszka i biegałam z nim po korytarzu. Nagle patrzę pod nogi Ooo, a to co? Jakieś rozmazane coś. Yhm. Mój Plastuś. Upokorzona i oszukana udałam, że to nie moje i biegałam, jak gdyby nigdy nic dalej, a łzy kapały na moje białe tenisówki made in China. 
Wtedy obiecałam sobie, że nie dam się już nigdy więcej zwieść literaturze. Daję się za to wciągać w świat, w bohaterów. Żyję nimi tak, jakby istnieli w mojej rzeczywistości. Ich domy widzę tak, jakby były moimi. Ich twarze tak wyraźne, jakbym widywała je każdego dnia. Płaczę i śmieję się nad ich losami, tak, jakby były moimi. Zastanawiam się, jakie decyzje podejmą, czasem nie rozumiem i złoszczę się na nich.
Ale myślę też o takiej Emily i Jane, kiedy pisały kolejne słowa, gdzieś przy biurku, późną nocą, zatopione w swojej wyobraźni, w bohaterach z krwi i kości, w swoich obserwacjach i ukrytych pragnieniach.
Myślę o potędze słów, która przetrwała kilkaset lat i wciąż oczarowuje nowe pokolenia na nowo, albo trafia dopiero teraz. Myślę sobie o tym, czy cieszyłby je fakt, że taka ja z XXI wieku, z wypiekami na twarzy, chłonę każde słowo, a to, co czytam osadza się we mnie i żyje w pryzmacie moich wyobrażeń?
Jeśli reinkarnacja jest prawdą, gdyby los chciał mnie ukarać, to powinien cofnąć mnie w kolejnym życiu do czasów Jane Austen, obdarzyć rozumem i niezbyt dobrymi koneksjami. Niechybnie umarłabym z nudów, waląc głową w ścianę, bo przecież od kilkudziesięciu lat wiem, że nie można dać się zwieść literaturze i żaden Pan Darcy nie stanąłby na mojej drodze.
A jednak ten świat mnie fascynuje, z tą swoją śmieszną i pełną hipokryzji etykietą. A jeszcze bardziej fascynują mnie umysły tych, co piszą. Jak te historie rodzą się w głowie, jak są mielone przez szare komórki, nim ułożą się w tekst, który później inni czytają, który może zmienić życia? John Irving najpierw myśli ostatnie zdanie i dopiero potem do niego prowadzi swą opowieść. Innych inspiruje zdarzenie, wokół którego tkają całą historię. Innym wystarcza drugi człowiek, własne historia czy wyobraźnia.
Kiedyś przerzuciłam ostatnią stronę i płakałam nad pozostałymi przez kilka godzin. Usłyszałam:
- No coś ty! Przecież to tylko książka.
 Nieprawda. To człowiek, pragnienia, życie ze swoim nieustannym falowaniem i spadaniem.
To obietnica, by nigdy więcej nie dać się zwieść literaturze, łamana z każdą dobrą, czytaną książką.
   

6 komentarzy:

  1. "A jeszcze bardziej fascynują mnie umysły tych, co piszą. Jak te historie rodzą się w głowie, jak są mielone przez szare komórki, nim ułożą się w tekst"- o tym właśnie nieustannie myślę czytając Twojego bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) u mnie banalnie: co ślina na język przyniesie :)

      Usuń
  2. To tylko książka???? To AŻ książka.Kolejne drzwi do innych światów:)


    ps. Nie zliczę ile razy płakałam i śmiałam się w głos czytając książkę:)Nie ważne ile razy miałabym się rozsądnie upominać,że to tylko fikcja literacka i wytwór umysłu autora, ciągle mam wrażenie, że światy przez pisarzy wymyślane istnieją nie tylko w ich umysłach.:)Dla mnie po dziecięcemu przy każdej lekturze słowo ciałem się staje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda historia w książce staje się kolejnym alternatywnym światem :)

      Usuń
  3. Ale to takie ludzkie, żyć życiem bohaterów książki. Znaczy,że jest się wrażliwym.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 serendipity , Blogger