wtorek, 1 lipca 2014

in the summer

Odhaczyłam ostatnią rzecz na liście rzeczy do spakowania dla M-ki na wakacje, zasmuciłam się przeogromnie, że będę tęsknić niewyobrażalnie przez te dwa tygodnie, które spędzi z dziadkami na plaży i doznałam olśnienia, że są wakacje, a ja taka zupełnie do nich nieprzygotowana. W sensie, że nie zaplanowałam sobie żadnych zadań, wyzwań, marzeń do zrealizowania na te dwa piękne miesiące. Postanowiłam nadrobić, jak najszybciej to niedociągnięcie i stworzyłam listę. To nic, że prawie całkowicie pokrywa się z listą zeszłoroczną i tą sprzed dwóch lat (tej sprzed trzech wolałam nie sprawdzać).

Pełna zapału z każdym kolejnym wakacyjnym dniem, postanawiam realizować poniższe punkty (tzn nie, że wszystkie jednego dnia, tylko każdego dnia coś. Choć we fragmencie):

  • nie robić remontu. Ewentulanie pomyśleć nad półkami w garderobie. Jeśli zdecyduję się na półki a nie na regały, to przy okazji mogę pomyśleć o zrobieniu za jednym zamachem półek na książki i płyty w pokoju, a jeśli już zacznę te półki montować, to od razu mogę położyć na podłodze panele. Jeśli wybiorę regały, to o półkach w pokoju pomyślę kiedy indziej. Pewnie w następne wakacje.
  • uporządkować zdjęcia, dokładnie te same, które miałam uporządkować rok temu, czyli wyciągnąć je z pudła i wkleić w odpowiedniej kolejności do albumu. Oczywiście tylko wtedy, gdy będę miała półki w pokoju, bo inaczej to bez sensu, bo gdzie ja te albumy trzymać będę? W pudle? Zasadniczym celem tego zadania jest wszak uwolnienie zdjęć z pudła.
  • to samo uczynić z listami uratowanymi z tej samej powodzi, które również miałam uporządkować rok temu, ale jakoś nie wyszło.
  • uporządkować rysunki M-ki, czyli znaleźć im jakieś bardziej godne miejsce niż pudło z podtopionymi zdjęciami i listami.
  • wywołać zdjęcia, póki jeszcze pamiętam, jakie chcę wywołać.
  • kupić osłonkę na balkon, bo naprawdę irytuje mnie to, że kot mi z niego zeskakuje. No dobra. Nie tyle mnie irytuje to, że z niego zeskakuje, co fakt, że po 10 minutach zaczyna się drzeć pod balkonem, bo nie umie wejść z powrotem i trzeba po niego schodzić.
  • nie siać żadnych kwiatków i zachować sobie pozostałości maciejki ku przestrodze.
  • ogarnąć lanosidło (w sensie naprawić, bo, jak to sobie w zeszłe wakacje postanowiłam, porządek w bagażniku mam)
  • przeczytać 6 książek. Co najmniej.
  • ogarnąć się z gazetami, czyli: spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nie ma opcji, abym przeczytała gazety sprzed 12 miesięcy i więcej i je po prostu wywalić, zostawiając tylko te z tego roku i te przeczytać. Albo chociaż przejrzeć. A potem wywalić. 
  • nadrobić seriale (3 seriale, 4.5 serii)
  • wybrać w końcu te zdjęcia, co je mam wybrać.
  • zacząć chodzić na jogę, bo już sama siebie irytuję.
  • znów biegać.
  • jeździć na rowerze.
  • jeździć na rolkach. 
  • zrobić porządek w biżuterii, czyli naprawić wszystkie zapięcia u bransoletek, a jak się nie da, to wyrzucić, tak WYRZUCIĆ te zepsute; naprawić zapięcia od kolczyków i wywalić te pojedyncze, bo nie, drugi kolczyk się NIE ZNAJDZIE nagle po 3 latach. 
  • robić jeszcze więcej zdjęć i w końcu znaleźć dla nich miejsce na blogspocie.
  • napisać bajkę dla M-ki, bo już dawno nie napisałam.
  • napisać coś jeszcze. 
  • zrobić kopytka.
  • spotykać się częściej ze swoimi dziewczynami.
  • chodzić na spacery.
  • jeździć za miasto i do.
  • przypomnieć sobie, czym się interesowałam przed tym nim osiągnęłam coś na kształt bytu spokojnego i znów się dać temu ponieść.
  • upiec 4 ciasta, których nigdy nie piekłam.
  • być jeszcze bardziej w stylu serendipity (w sensie dużo się cieszyć z drobiazgów, tak, jak tylko ja to potrafię).
  • pić siemię lniane.
  • jak już je zacznę pić, to nie uważać, że siemię lniane wszystko załatwi i pójść do lekarza. 
  • przejść ten cholerny, 29 poziom w Candy Crush Saga.
  • kupić sobie wieżę i słuchać muzyki z płyt a nie z kompa.
  • kupić sobie radio do kuchni.
  • polubić się z Twitterem.
  • być jak skała na słowa pewnych osób.
  • mówić o dobrych rzeczach i nie brać ich za oczywistość. Być za nie wdzięczną :)
  • wykorzystać tę listę do nauki ogromnie ważnej sprawy: Nie spinać się. Nie musieć aż tak bardzo, wszystko i zawsze. Nie zadręczać, że coś nie idzie. Robić tyle, ile w danej chwili można. Byle dobrze.

piątek, 27 czerwca 2014

circus

circus
Byłam tym dzieckiem, które bało się cyrków i które smuciły wesołe miasteczka. Nie wykazywałam jakieś specjalnej potrzeby częstego korzystania z tego typu rozrywki, wystarczył mi jeden klaun tańczący na beczce i dwie przejażdżki karuzelą przypadające na całe dzieciństwo. Jakoś nie sądziłam, że to wszystko mogłoby przypaść mi w udziale raz jeszcze, ale jednak rodzice zabrali, zaskoczone tym faktem, swoje ponad 30letnie dziecko do cyrku i do wesołego miasteczka. Tak naprawdę to zabrali oczywiście M-kę, ale ponieważ jesteśmy w dwupaku to i ja się załapałam.  Uczucia miałam mieszane, nie przeczę. Nie przeczę też, że pojawiła się buntownicza myśl, że tak nie można, że cyrk to zuo, że jeśli ludzie chcą, to proszę bardzo, ale taka przymusowa praca zwierząt jest okrutna i ja nigdzie nie idę. 
Poszłam. Treser uśmiecha się szeroko, ale ja nie widzę w nim dobra. Odczuwam taki sam niepokój, co kilkadziesiąt lat temu, a naprawdę chciałabym wierzyć, że kocha te swoje konie i wielbłądy paradujące w kółko. Patrzę na te zwierzęta i zastanawiam się, które z nich znały inne życie, niż to na cyrkowej arenie? Czy gdzie indziej były niechciane i jedynym miejscem był dla nich cyrk? Bo na zawody jeździeckie nie mają już ani zdrowia ani sił? Czy pochodzą z nielegalnego handlu? 
A potem na arenę wyszli ludzie. Żaden połykacz mieczy ani kobieta z brodą czy ludzie z krótkimi ramionami. Tancerki, akrobatki, motocykliści. I pomyślałam, że z nimi jest podobnie. Byli tam tacy, po których widać było, że sprawia im to przyjemność. Byli tacy, z których bił profesjonalizm i dobra zabawa. Ale był też uśmiech na twarzy i smutek w oczach. Sztuczki cyrkowe przerywane rozmowami wychowawczymi, bo to rodzina cyrkowa i najlepszy cyrk w Europie z ponad stuletnią tradycją. Ile z tych młodych dziewczyn wspinających się po szarfach chciałoby innego życia? Dla ilu mężczyzn ten cyrk to przechowalnia po kontuzji, która nie pozwala być już lekkoatletą czy dżokejem? Ile tu złamanych marzeń sportowców? Ile prawdziwej pasji i miłości do sztuki cyrkowej, a ile w tym powinności wobec rodzinnej schedy i czystego zysku na żądnej chleba i igrzysk publiki? Może właśnie zbyt dużo rozmyślam o życiu w namiocie cyrkowym, ciągłej wędrówce z miasta do miasta, braku zakorzenienia, godzinach treningów, wylanych łzach i starannemu nakładaniu makijażu przez klauna? Może pod tą całą otoczką błyszczących materiałów nie ma dramatów, tylko jest czysta kalkulacja. A może jest tam zwykła pasja i świadomy wybór, że chce się tańczyć na linie i żonglować talerzami? 
Myślę o zapaśnikach i kuglarzach. O mimach, arlekinach i pierrotach. O rzucaniu nożami, akrobacjach na trapezie i jeździe na jednokołowym rowerku. O wagantach i sztukmistrzach. O przecinaniu skrzyni z piękną dziewczyną w środku. Myślę o hipnotyzujących amazonkach, w których kochał się cały Paryż i Berlin. O nadrealizmie i przełamywaniu własnych ograniczeń, o miłości do ryzyka. O tym, że w pewnych czasach cyrk był sztuką ludzkich możliwości, że miał związek z teatrem. O cyrkowych trupach, które były hermetyczną grupą społeczną, solidarną, zwartą. Myślę o tym, jak przez stulecia sztuka cyrkowa ewoluowała na wielu płaszczyznach, kulturalnej społecznej, historycznej. Myślę, jak bardzo uległa trywializacji będąc uważaną za najpośledniejszego gatunku rozrywkę dla mas. Myślę o Astely'u i Aglaji Veteranyi. 
I wszystko sprowadza się do tego, że nadal nie wiem, co myśleć. 

    

poniedziałek, 16 czerwca 2014

soft

soft
Wiecie, co właśnie robię? Piję żurawinowe piwo, siedząc na progu, z nogami wywalonymi na balkonie i piszę. Rozkrzyczane wróble skaczą po gałęziach brzóz. Pachnie latem i spokojem. Niebo delikatnieje zmierzchem i na okrągło leci ta nowa płyta, która nie nudzi mi się wcale. Niby nic. A brakowało mi tego strasznie. Brakowało, smuciło i ściągało w dół.

Znów stawy w nadgarstkach pulsują mi stresem, mrowieją wyczerpaniem. Skrzydła ciem w żołądku nie przerywają swego ruchu nawet na minutę. Im jestem starsza, tym coraz trudniej radzę sobie ze stresem, który pojawia się w absurdalnych wręcz momentach, jeszcze bardziej wrażliwa się stałam, a sądziłam, że z wiekiem coraz bardziej gruboskórną się robię.

Mogłabym pójść do jakiegoś centrum SPA i zamknąć się w kapsule relaksacyjnej, uwolnić swoje ciało od czynników zewnętrznych, poddać kojącemu działaniu słonej wody, rozluźnić mięśnie i myśli. Mogłabym zarezerwować sobie godzinę w relaksacyjnym pomieszczeniu gdziekolwiek, kupić sobie odpoczynek, relaks i równowagę. 

Po dwudniowych warsztatach potrzebuję 12 godzin snu, by zregenerować się fizycznie i około dwóch dni, by wrócić do równowagi psychicznej. Powoli, w ciszy, z całym zestawem swoich relaksacyjnych pomieszczeń i kapsuł, które mam na wyciągnięcie dłoni i za darmo.

Ten balkon i to piwo. Te wróble, które nawijają już od 3 nad ranem. Te brzozy tuż za oknem i to mieszanie ciasta drewnianą łyżką. Odwiedziny przyjaciół, bo było (nie)po drodze z miasta obok, wytańczenie największego lęku. Garść malin i blask świec, przejażdżka rowerem po nowej dzielnicy  (jak dobrze jest przypomnieć sobie, że mięśnie mogą boleć też od wysiłku fizycznego a nie jedynie od stresu), fioletowe pole rzut kamieniem od bloku. Książki, płyty, stos ulubionych gazet i niczym niewymuszona samotność. Wszystko to rozsmarowuje napięte mięśnie, wygładza zszargane nerwy, rozjaśnia obraz. Znów jestem w swojej mydlanej bańce, do której nie dochodzą zewnętrzne bodźce.  


 


niedziela, 1 czerwca 2014

forever after

forever after
Niemal każdego dnia nadchodzi taka chwila, gdy M-ka staje przede mną i mówi:
- Mamo, chcę być Kopciuszkiem.
Podchodzę wtedy do szafy, odsuwam skrzypiące drzwi (bo nie dość, że mamy nierówno pod sufitem, to podłogi też proste nie są) i wyciągam najprawdziwszą suknię Kopciuszka skrojoną na metr trzynaście. Nim M-ka suknię założy, odgrywamy całą historię według tego, co Pan Disney wyrysował w 1950. M-ka jest Kopciuszkiem, ja całą resztą - włączając w to ptaszki, złego kota, macochę i księcia. Najbardziej lubię tę scenę, gdy jestem Wróżką i spełniam te wszystkie marzenia: piękną suknię, szklane pantofelki, karetę. A jeszcze bardziej lubię to, co potem: M-kę biegającą w tej sukni po domu. Lubię patrzeć, jak je w niej zupę pomidorową, jak śpiewa w niej na balkonie, jak bawi się z kotem, rysuje, wita gości, a potem odprowadza ich do samochodu, mijając sąsiadów na schodach i na parkingu z dumnie uniesioną głową, szeleszcząc dołem sukni. 

I tego Jej zazdroszczę. Tego, że w środku dnia może się przejść główną ulicą z, jak zwykle, rozczochranym włosem, ale za to w balowej sukni. Tego, że może w niej biegać, kiedy tylko ma na to ochotę. Poczuć się jak księżniczka, rozpieścić samą siebie, bez żadnego ale, bez wróżek i oddzielania ziaren od popiołu. 


Kiedyś na pewno byłam księżniczką i miałam swoją wróżkę, która spełniała moje najskrytsze marzenia. A potem wpadłam w wir codzienności, ogarniania tysiąca spraw, nie zawsze swoich. Tak, jak każda z nas. W tak zwanym dorosłym życiu czasem zmieniamy się w księżniczki i w swoje własne wróżki. Zdecydowanie zbyt rzadko. 

Jestem swoją wróżką z każdą nową książką wniesioną do domu. Z każdym pudełkiem czekoladowych lodów opróżnionych w nocy. Z lampką czerwonego wina pitą wieczorem na balkonie. Z długą kąpielą w blasku świec. Z niczym nieskrępowanym tańcem do piosenki odtwarzanej na okrągło, bo polubiłam. Z nową bransoletką okalającą nadgarstek. Z każdym zatopieniem we własnych myślach. Z każdą chwilą, w której jestem zwykłą sobą, bez wskazówki wyrzutów sumienia na godzinie dwunastej.  

Myślę o tym, że jest Dzień Dziecka i momentalnie powietrze zaczyna mi pachnieć cukrową watą. Słodką niewinnością, rozpalonym latem, radością z każdej pierdoły, zdziwieniem i zachwytem nad wszystkim, co się zdarza. Smakuje wodą sodową, lodami z automatu, gumą balonową i napojem z woreczka. Ma na sobie białe podkolanówki made in China i macha dwoma kucykami tuż nad uszami. Na ramieniu ma skórzaną torebkę z samymi skarbami: kamykami i kwiatami zbieranymi po drodze. Na palcu pierścionek z błękitnym oczkiem, który przynosił szczęście. Uśmiecha się dwiema rosnącymi nierówo jedynkami. Dostaje podłużny balon, maskotkę Muminka (którą rok później zostawi w pociągu relacji Wrocław-Kołobrzeg i przepłacze za nią 3 długie noce) i poznaje smak coli pitej prosto ze szklanej butelki.    

W dzieciństwie fajne jest to, że nie martwisz się na zapas. Jesteś tu i teraz. Chłoniesz, cieszysz się, uczysz. Doświadczasz tak prawdziwie. Zakładasz suknię Kopciuszka i malujesz palcami. Dzieciństwo smakuje i pachnie. 

Moja wewnętrzna wróżka, mojemu wewnętrznemu Kopciuszkowi daje - właśnie dziś - prezent do bycia dzieckiem trochę większym niż jestem. Żeby nie martwić się więcej niż w danej chwili jest to wskazane. Żeby nie brać na siebie więcej niż można unieść. Żeby nie dać się zeżreć codziennym macochom. Nie poić fermentującymi frustracjami. By zakładać mentalną suknię Kopciuszka. Głębiej oddychać. Smakować i wdychać. Pluć pestkami czereśni przed siebie. Trzymać nadal w portfelu monetę z mrówkojadem i wierzyć, ze przynosi szczęście. Zatrzymać się. Zapatrzeć i dać ponieść, wciągnąć w głąb. I nie rozmieniać wewnętrznej radości na drobne. Być dla siebie dobrym. Zawsze. 

Copyright © 2014 serendipity , Blogger